Najlepsze z najlepszych – The Beatles

Autor: Bartosz Pacuła
Zdjęcia: Warner Music Group

 

Ostatnio jeden z moich znajomych powiedział, że Beatlesi nie tylko są przereklamowani, ale – co ciekawsze – „zepsuli muzykę”. Nie wnikałem już co miał na myśli, chociaż kiedyś pewnie powrócę w rozmowie z nim do tego stwierdzenia. Znajomy ten nie jest jednak pierwszym lepszym gostkiem, który w życiu odsłuchał trzech płyt na krzyż i struga wielkiego znawcę. To facet, który muzyką oddycha, wielki znawca klasyki i (przede wszystkim) jazzu, ale także człowiek, który w swojej przepastnej (mowa tu o kilkudziesięciu tysiącach płyt) płytotece posiada także wiele znakomitych nagrań rockowych.

Jego reakcja na Beatlesów, co by o niej nie mówić, świadczy jednak o jednym – że ponad 50 lat od wydania ich debiutanckiej płyty wciąż wzbudzają wielkie emocje wśród pasjonatów muzyki. Koło twórczości Czwórki z Liverpoolu nie da się przejść obojętnie – już samo znaczenie tego zespołu dla pop-kultury powoduje, że o Beatlesach nie da się w kręgach muzycznych nie rozmawiać. Problemem jest jednak to, w jaki sposób można pokazywać muzykę Lennona i spółki, skoro charakteryzuje się ona takim „ciężarem”. Czy w dyskusji o Beatlesach jest jeszcze jakiekolwiek miejsce na odpalenie ich płyt i porozmawianie – bez niepotrzebnych emocji – o ich muzyce jako takiej? Ja wciąż, jako wielki miłośnik zespołu, w to wierzę. I dlatego najnowszy wpis z serii Najlepsze z najlepszych postanowiłem zadedykować właśnie tej formacji.

Zanim jednak przedstawię trzy najlepsze – moim zdaniem – albumy Fab Four, chciałbym zaprosić wszystkich do zapoznania się z trzema artykułami dotyczącymi krążka Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band, które MttP przygotował wraz z magazynem „High Fidelity”. Są to: historia jego nagrania (TUTAJ); recenzja rocznicowego remastera (TUTAJ); unboxing kolekcjonerskiego wydania tegoż (TUTAJ). A teraz – zaczynamy!

Pasek - kreska

Please Please Me
Parlophone
22.03.1963

 

Na początku 1963 roku Beatlesi cieszyli się już wielkim uznaniem na rodzimym, tj. brytyjskim rynku muzycznym. W październiku 1962 roku na Wyspach ukazał się ich singiel Love Me Do, zaś w styczniu roku następnego na półki sklepowe trafił jego następca – Please Please Me. Oba odniosły wielki sukces komercyjny i zdopingował wytwórnię Parlophone do wydania pierwszego albumu długogrającego Beatlesów. Ten ukazał się 22 marca 1963 roku pod takim samym tytułem jak najnowszy (ówcześnie) singiel grupy. W jego skład weszło 14 kawałków, z czego osiem zostało napisanych przez Lennona lub McCartneya. Nagranie całości, co ciekawe, nie zajęło nawet 10 godzin – tak dobrze Beatlesi mieli ograny ten materiał. Również ikoniczna okładka (wykorzystująca zdjęcie autorstwa Angusa McBeana) została wykonana bardzo szybko, praktycznie od ręki.

Tego pośpiechu na płycie jednak nie słychać. Albo inaczej: słychać, ale objawia się to w niezwykle pozytywny sposób. Bo Please Please Me to potężna dawka wspaniałej, młodzieńczej i niewinnej energii oraz radości. Kolejne numery zachwycają swoją lekkością i bezpretensjonalną strukturą, pozbawioną wszelkiego zadęcia. Weźmy, dla przykładu, utwór tytułowy: to w gruncie rzeczy prosta pioseneczka z pustym jak zasoby NFZ-u tekstem, która – jednocześnie – charakteryzuje się niezwykłą głębią, niespotykaną w tamtych czasach w twórczości zespołów popowych. Również inne numery, chociaż niezbyt skomplikowane, mają w sobie tę moc przyciągania, która sprawia, że nawet po tylu latach debiutanckiego albumu Beatlesów słucha się z niezwykłą przyjemnością. To krążek, który z jednej strony jest dość typowym tworem swoich czasów, z drugiej zaś zapowiedzią genialnych dokonań, które miały stać się udziałem McCartneya i reszty.

Pasek - kreska

Revolver
Parlophone
05.08.1966

 

Nieco ponad trzy lata dzieliły wydanie albumów Please Please Me i Revolver. Dla „zwykłych” ludzi to nieprzesadnie dugi okres czasu, w uniwersum Beatlesów to raczej kilka tysiącleci. W ciągu kilkudziesięciu miesięcy Fab Four przeszli daleką drogę: od ciekawego zespołu znanego głównie w Wielkiej Brytanii, przez najświeższe odkrycie na rynku amerykańskim, na światowym fenomenie kończąc. Ich kolejne albumy i filmy wzbudzały coraz większe emocje, podobnie było z koncertami, które od pewnego momentu były nie do zniesienia dla członków zespołu. Wystarczy odpalić sobie dowolne nagranie live z tamtych czasów (ostatnio nawet wyszła koncertówka z materiałem nagrywanym podczas występów w latach 1964-1965 pod tytułem Live at the Hollywood Bowl), by przekonać się samemu o czym mówię: o niekończącej się histerii, piskach, krzykach i wrzaskach, które zupełnie zdominowały muzykę. Ona się nie liczyła – liczyła się czwórka wymuskanych chłopców z instrumentami.

Dla Beatlesów taka sytuacja była niedopuszczalna, ich ambicje sięgały bowiem daleko wyżej. Dlatego też postanowili zaprzestać koncertowania i skupić się na nagrywaniu albumów. Decyzja ta miała dla nich dwie zalety. Po pierwsze, wreszcie mieli więcej czasu dla siebie; mogli go poświęcić na poznawanie świata, czytanie czy jakże potrzebny wypoczynek. Co jednak ważniejsze, nie musieli już podczas sesji nagraniowych przejmować się ograniczeniami, które narzucał im reżim grania muzyki na żywo. Od tego momentu mogli rejestrować co tylko im przyszło do głowy. I rejestrowali. Efektem tego jest jedna z najważniejszych płyt w historii rocka, album, który określany jest często mianem prototypowego dzieła koncepcyjnego.

Najważniejszą zaletą Revolver jest jego niesamowita spójność. To nie był, jak ówcześnie nagrywano, zbiór kilkunastu utworów, które nie miały ze sobą nic wspólnego, ale doskonale przemyślana całość. Na dodatek ponad połowa z 14 zamieszczonych na tym krążku utworów niemal z miejsca zyskała status klasyków rocka; to właśnie na Revolver znalazło się miejsce na takie hity, jak Taxman, Eleanor Rigby, I’m Only Sleeping czy Yellow Submarine. Całość dopełnia świetna okładka autorstwa Klausa Voormanna, będąca połączeniem dwóch technik: rysunku oraz kolażu.

Pasek - kreska

Abbey Road
Apple/Parlophone/EMI
26.09.1969

 

Czy jest jakiś fan rocka, który nie zna okładki albumu Abbey Road? Wykonane na jej potrzeby zdjęcie przedstawia Beatlesów, który przechodzą na (obecnie chyba najsłynniejszych na świecie) pasach na Abbey Road. Beatlesi w ciągu kolejnych trzech lat pokonali ponownie pokonali dystans, który innym zajmuje całe dziesięciolecia. Po wydaniu Revolver nagrali swój opus magnum (Sgt. Pepper’s), które uzupełnili w 1968 roku o kolejne znakomite, choć mocno nierówne dzieło znane jako White Album (prawdziwy tytuł: The Beatles). W międzyczasie musieli zmierzyć się ze śmiercią swojego menagera i przyjaciela Briana Epsteina, a także z wewnętrznymi tarciami, które powoli rozsadzały grupę od środka. Czarę goryczy niemal przelały sesje do krążka, który ostatecznie ukaże się w roku 1970 pod tytułem Let It Be, jednak muzycy znaleźli w sobie na tyle chęci, by jeszcze raz wejść razem do studia i zadziwić świat.

Owocem ich ostatniego wspólnego wysiłku jest mój ulubiony krążek sygnowany przez Beatlesów. Nie znajdziecie na nim ani jednego słabego kawałka; powiem więcej – większość z nich to być może najlepsze utwory Fab Four w całej ich karierze. Właśnie do tego punktu zmierzali od samego początku swojej kariery, to tutaj ujawniły się w pełni ich talenty kompozytorskie. Nawet Ringo Starr – człowiek, który przez cały czas pozostawał z boku najważniejszych momentów w historii liverpoolskiej ekipy – wzniósł się na wyżyny swoich umiejętności i wysmażył uroczą piosenkę Octopus’ Garden. Co ciekawe, oprócz wielkich przebojów Beatlesi przygotowali również osiem numerów, z których najdłuższy trwa niecałe dwie i pół minuty (Sun King), najkrótszy zaś… 23 sekundy (Her Majesty). Zamykają one stronę B albumu (na winylu) i tym samym cały krążek. Czy jakiś inny zespół odważyłby się pożegnać z fanami idiotyczną mini-piosenką o królowej, która jest „całkiem fajną dziewczyną”?

Pasek - kreska

Koniecznie odsłuchaj:

Please Please Me
Twist and Shout
Taxman
I’m Only Sleeping
Come Together
Something
Octopus’s Garden
I Want You (She’s So Heavy)
Here Comes the Sun
Polythene Pam
Her Majesty