Oda do bogów słońca, czyli ukłon Queens of the Stone Age przed premierą Villains

Autor: Adrian Pilarczyk
Zdjęcia: Matador

 

Świat sztuki, a w szczególności tej muzycznej, lubi dramatyzować i świadkami tego byliście pewnie nie raz. Każdej dekadzie popularnej muzyki rockowej udawało się przyporządkować co najmniej kilka etykiet, po których można było ją rozpoznać. Lata sześćdziesiąte to czas psychodeli; lata siedemdziesiąte to narodziny punk rocka i heavy metalu; kolejna dekada przyniosła gitarową wirtuozerię spod znaku Van Halena czy Randy’ego Rhoadsa, a ostatnie ulegają zaklasyfikowaniu lata dziewięćdziesiąte – era grunge’u i nu metalu. Co łączy jednak albumy, których data premiery zawiera na początku roku „dwójkę”? Nic? Miejmy więc za sobą postawienie sakramentalnego pytania, którym wciąż męczą nas media: czy rock umarł?

Tę prowokacyjną tezę stawiam w masochistycznym charakterze, aby sobie samemu zadziałać na nerwy. Temat motywu przewodniego „moich dekad” w świecie muzyki zasługuje na szersze rozwinięcie, na łamach którego z całą pewnością zaznaczyłbym, jak istotne dla rynku artystycznego było powstanie internetu. Muzyka straciła swój pozorny „focus”, bo liczba źródeł, z których można czerpać informacje o niej, a i ją samą, rozrosła się w bardzo krótkim czasie. Jeśli jednak ktoś zacząłby wyrywać mi paznokcie, każąc zrezygnować z braku konieczności szufladkowania „swoich dekad”, z całą pewnością ściśle powiązałbym ostatnie lata w muzyce rockowej z postacią Josha Homme i jego Queens of the Stone Age.

Zanim zaczniecie ciskać we mnie kamieniami za tę śmiałą tezę, podkreślę, że jestem dużym fanem twórczości tych dwóch nierozerwalnie powiązanych podmiotów. Podróż po ewolucji muzycznego repertuaru tak Kalifornijczyka, jak i stworzonego przez niego zespołu należy do jednej z tych, w które wybieram się najchętniej. Z przyjemnością będę więc Waszym przewodnikiem po krajobrazie, kładącemu kres zarzutom o tym, że prawdziwych rockandrollowców już w muzyce nie ma.

Korzeni brzmienia, jakie Joshua Homme niejako narzucił w pierwszej odsłonie Queens of the Stone Age, należy doszukiwać się w jego wcześniejszych inicjatywach, czyli Desert Sessions i Kyuss. Sięgając jeszcze głębiej, trafiamy do rodzinnej miejscowości Najprzystojniejszego Ryżego Olbrzyma Tej Planety, czyli Palm Springs, gdzie 40 lat temu rzadko kiedy przyjeżdżały choćby mobilne lodziarnie. Te bez dwóch zdań przydałyby się wielu dzieciakom, dorastającym w tamtych czasach pośrodku pustyni i kto wie, może gdyby słońce tak często nie smażyło mózgu Josha, świat muzyki wyglądałby teraz zupełnie inaczej. Pierwszym dojrzałym dzieckiem tego gitarzysty stał się Kyuss, którego uznaję za jeden z najbardziej wyrazistych przykładów przetłumaczenia aspektów geograficznych i klimatycznych na język kompozycji dźwiękowych. Zamykając oczy podczas słuchania muzyki latynoskiej, niemal z miejsca wyobrażamy sobie, jak zgromadzeni na parkiecie ze łzami w oczach oklaskują naszą salsę; z kolei po uruchomieniu pierwszego z brzegu utworu z Blues For the Red Sun możemy spodziewać się co najwyżej wzmożonej potliwości, problemów z oddychaniem i czerwonego odcienia skóry.

Kluczem do zabierania słuchaczy w tak charakterystyczne muzyczne podróże był dla Kyussa właśnie Joshua Homme. Ciężko zapisać mu całe zasługi za brzmienie tej legendarnej formacji, bo napracowali się nad nim i Nick Oliveri, i Brant Bjork, i John Garcia, ale to właśnie potężnie przesterowana gitara kalifornijskiego wieżowca – moim skromnym zdaniem – robiła największą robotę. Na debiutanckim krążku QotSA – Queens of the Stone Age – rozpoczynającym w roku 1998 niemal 20-letnią historię zespołu, widać było niegasnącą miłość lidera do strun o grubości palca, bo utwory takie jak How to Handle a Rope, You Can’t Quit Me Baby czy zwłaszcza Mexicola zaledwie o jeden stopień zmniejszały poziom ciężkości kompozycji względem …And the Circus Leaves Town.

I choć tytuł ich kolejnego albumu, Rated R, mógłby sugerować, że i tam pojawią się głównie utwory, którymi nie chcielibyśmy zamęczać dzieci, Queens of the Stone Age postanowiło wyznaczyć nowy kierunek swojej twórczości. Wydany dwa lata po debiucie drugi studyjny krążek zaczyna się co prawda od mocnego uderzenia, ale Feel Good Hit of the Summer z szalonymi krzykami Nicka Oliveriego jest natychmiast kontrowane przy pomocy mocno radiowego The Lost Art of Keeping a Secret. I bynajmniej nie jest to ostatnia z lżejszych piosenek zasilających szeregi Rated R, co – mimo bardzo dobrej jakości całego albumu – zapewne sprowokowało larum wśród bojowników za to, czym niegdyś QotSA było. Zespół postanowił jednak przyzwyczaić fanów niemalże od początku swojej działalności, że jeśli członkowie zespołu, którzy wtedy dosyć dynamicznie się zmieniali (poza Homme’m rzecz jasna), zapragną eksperymentować ze swoim brzmieniem, to tak właśnie się stanie. Zgodność z gustami słuchaczy przy jednoczesnym zachowaniu szacunku do swoich własnych muzycznych ambicji udało się jednak Kalifornijczykom zachować i nic pod tym względem się od tamtego czasu nie zmieniło.

Queens of the Stone Age nie powiedziało jednak ostatniego słowa, tak pod kątem rozwoju muzycznego, jak i podbijania list przebojów. Wraz z dokooptowaniem do składu Dave’a Grohla w charakterze perkusisty, zespół wypuścił w eter swoją prawdopodobnie najlepszą płytę, czyli Songs For the Deaf. Nie brakowało na niej niczego – ani pędzącej kompozycji rozpoczynającej album w takim samym stylu, co Feel Good Hit of the Summer, ani radiowych przebojów w postaci No One Knows, ani świetnych teledysków (Go With the Flow) czy eksperymentów muzycznych reprezentowanych przez Mosquito Song. Grohl, mszczący się na talerzach jakby te wymordowały mu rodzinę; Oliveri od zawsze wyglądający i zachowujący się tak, jakby zbiegł ze szpitala psychiatrycznego; tajemniczy i hipnotyzujący Lanegan; w końcu – Rudy Elvis, czyli Joshua Homme. To grono było naprawdę niebezpieczne.

Następny rozdział w dyskografii, zatytułowany Lullabies to Paralyze, można rozpatrywać jako kolejny fragment ewoluującego manifestu na temat tożsamości zespołu. W akompaniamencie utworów takich jak Little Sister, In My Head, Medication czy Long Slow Goodbye, QotSA akcentowało zwrócenie się w stronę nieformalnego gatunku sexy rocka. Określenie to, mimo ciągłej ewolucji brzmienia zespołu, dwanaście lat później wciąż wypada najbardziej naturalnie, gdy staramy się ująć je w słowach. Zwrot w kierunku bardziej zmysłowej, wolniejszej i zachęcającej do tańca muzyki trudno nie powiązać z wyrzuceniem z zespołu basisty Nicka Oliveriego, który był stemplem na wizytówce pustynnych dzikusów. Z impulsywnym wikingiem, który zdecydowanie za często lubił przebywać na scenie nago, udało się ostatecznie Joshowi pogodzić, ale z agresywnym, barbarzyńskim brzmieniem już nie. Niektórzy mówią, że szkoda.

Dziesięcioletnia już Era Vulgaris uznawana jest raczej za najsłabsze dzieło, które wyszło spod dłuta Królowych, ale w znakomitym towarzystwie Songs For The Deaf czy Queens of the Stone Age mało która płyta nie wypadłaby blado. W szczególności pochwały Hommemu i spółce należą się za dwie rzeczy: spowicie Ery Vulgaris w bardzo wyraźną, budowlano-syntezowaną atmosferę oraz za Make It Wit Chu, czyli chyba najseksowniejszą piosenkę w historii rocka. Firmy farmaceutyczne produkujące specyfiki na potencję i inne afrodyzjaki powinny każdego dnia dziękować za to, że utwór ten nie okupuje już szczytów list przebojów, bo ich usługi byłyby wtedy kompletnie niepotrzebne.

Możliwe, że i sam „Carlo Von Sexron” poczuł przytłoczenie tempem, w jakim Queens of the Stone Age atakowało kolejnymi albumami, zarządzono więc chwilę oddechu na rozwój pobocznych inicjatyw, do których należało choćby znakomite Them Crooked Vultures. Powiedzieć, że przerwa ta wyszła muzykom na zdrowie byłoby dosyć niesmacznym żartem, bo właśnie w jej trakcie Joshua otarł się o śmierć i za sprawą gronkowca spędził cztery miesiące w szpitalu. W późniejszych wywiadach artysta podkreślał, jak wpłynęło na niego to doświadczenie, ale i jak odmieniło pomysł na najnowszą płytę zespołu, którą okazało się wydane w 2013 …Like Clockwork.

I cóż to jest za płyta! Już posmakowanie pierwszego utworu zwiastuje, że Joshua Homme chętniej dałby sobie ponownie zainstalować rurki w nodze niż artystycznie stać w miejscu. Składający się z dziesięciu kompozycji album jest doskonałą mieszanką stylów. Są na niej ciężkie, psychodeliczne ballady, ale i piosenki, przy których słońce zawsze znajdzie drogę spomiędzy chmur. Duży udział w tym sukcesie mają goście, od których Josh nigdy na swoich płytach nie stronił, teraz jednak gromadząc nadzwyczaj wyśmienite towarzystwo: Dave’a Grohla, Alexa Turnera, Trenta Reznora, Eltona Johna czy swoją partnerkę Brody Dalle. Wstyd byłoby zhańbić takie osobistości słabą płytą, całe szczęście godząc się na współpracę z Joshuą ma się raczej gwarancję posmakowania sukcesu.

Co sprawia, że Josh Homme tak udanie pracuje na swoją reputację króla Midasa muzyki rockowej? Pomimo imponującego zaangażowania w dźwiękową kreację nie tylko swojej formacji, ale i w charakterze producenta (choćby płyt Arctic Monkeys), Rudy Elvis jest ciągle zdolny do tego, aby patrzeć na rynek ze zdrowej perspektywy. To swoboda, frywolność, pewność siebie sprawiają, że Joshua wypada po prostu autentycznie we wszystkim, co robi. Przystępując do słuchania poszczególnych płyt Queens of the Stone Age możesz być przekonany, że są one audialną fotografią tylko i wyłącznie tego, co akurat „Królewnom” w duszy grało. Zdanie to może brzmieć jak truizm, bo w teorii każdy zespół powinien z nienaruszonym sumieniem móc to o swojej twórczości powiedzieć, rzeczywistość okazuje się jednak bardziej skomplikowana. Rockandrollowcy, pomimo morza wyobrażeń na ich temat, zawsze będą kojarzyć się z jedną cechą – wolnością, w tym również tą artystyczną. Oby wraz z premierą najnowszej płyty Villains ci pustynni macho, degustatorzy każdej kolorowej pigułki świata, od 20 lat wprowadzający w stan niepewności o swoją orientację seksualną fanów z całego świata, udowodnili, że w muzyczne dyby nie da się ich zakuć.