Oglądasz czy słuchasz? #1 – Clint Mansell

Autor: Kamil Brycki
Zdjęcia: Ivan Bideac (nr 1)

 

Poszczególne motywy muzyczne zazwyczaj kojarzymy z filmami, a nie kompozytorami.  Nic w tym dziwnego – tym bardziej, że nieraz nazwisko podane w napisach końcowych nie wywołuje nawet jakichkolwiek skojarzeń. Często również sama twórczość na potrzeby różnych obrazów brzmi absolutnie inaczej, przez co nie jesteśmy w stanie skojarzyć charakterystycznego stylu danego twórcy. A przecież o to w tym chodzi – o różnorodność. To w końcu to ona pokazuje, czy dany kompozytor jest w stanie zaadaptować klimat historii i przenieść go na pięciolinię. Z tego powodu warto przyjrzeć się paru najbardziej, moim zdaniem, interesującym dziełom kilku znanych kompozytorów. Na pierwszy ogień – Clint Mansell.

Clinta Mansella kojarzą prawdopodobnie wszyscy kinomaniacy. A nawet jeżeli nie z imienia i nazwiska czy nawet filmów, do których miał okazję komponować muzykę, to z pewnością z tego jednego utworu –  Lux Aeterna, czyli połączenia kwartetu smyczkowego, niespotykanej dramaturgii i walce z uzależnieniem od tabletek i narkotyków. Mowa oczywiście o Requiem dla snu, ponieważ to właśnie dzięki tej ścieżce dźwiękowej, w moim odczuciu, Mansell stał się bardzo popularny i usłyszeli o nim prawdopodobnie wszyscy.

Nie można powiedzieć, że Lux Aeterna jest zła; ba!, nic dziwnego, że dzięki niej Clint Mansell przedostał się do świadomości większego grona odbiorców. Ta dość prosto brzmiąca kompozycja została nawet zorkiestrowana do zwiastuna Władcy Pierścieni: Dwie Wieże, nie można więc odmówić jej niesamowitego czaru i zdolności do wywoływania najróżniejszych emocji – od niechybnego wrażenia, że coś się zaraz stanie, po złość i żal. „Requiem dla snu” to jednak nie tylko Lux Aeterna – inne utwory opierają się na mniej-więcej tym samym głównym motywie, ale mają całkiem inny wydźwięk. Moim osobistym faworytem jest Summer Overture – nie uderza ono tak mocno w słuchacza, chciałoby się nawet rzec, że jest „takie samo, ale inne”. Nie ma tutaj tej „epickości”, całość jest może nawet odrobinę weselsza – co nie zmienia faktu, że atmosfera dramatu dalej została zachowana.

Kolejna ścieżka dźwiękowa, o której również nie sposób nie wspomnieć, pochodzi z filmu Źródło. Dramaturgia ustępuje miejsca nostalgii, smyczki niesamowicie zwalniają, a do tego wszystkiego dochodzą smutne i proste motywy klawiszowe. Nie mówię, że w każdym utworze tak jest – to byłoby krzywdzące – jednak wydźwięk całego albumu jest zdecydowanie inny. To nie jest ten sam Mansell, z którym mieliśmy do czynienia w przypadku Requiem dla snu – i bardzo dobrze. Dzięki temu mamy prawdziwą okazję poznać się na kompozytorskim rzemiośle. I mimo że instrumenty smyczkowe dalej się pojawiają, to jednak zeszły na zdecydowanie dalszy plan, a to, co zostaje nam w głowach, to pianino – nastrojowe i pozbawione nadziei.

Moon – film opowiadający o człowieku, kimś w rodzaju serwisanta, żyjącym w placówce na Księżycu. Tutaj Mansell poszedł w jeszcze innym, bardziej futurystycznym kierunku, choć tak naprawdę znajdziemy tutaj wszystko: pianino, skrzypce, ambienty i elektroniczne bity. Cała ścieżka dźwiękowa jednak zmienia swój wydźwięk i z nie jest już ani smutna, ani dramatyczna w takim samym znaczeniu – tutaj lepiej pasuje słowo „przerażenie”. Cały czas czujemy, że po prostu coś jest nie tak, ale to, co dzieje się na ekranie jest bardzo skąpe we wskazówki, a sam Mansell nie ma zamiaru ułatwiać nam zadania. Nieswojo? Świetnie, bo tak właśnie ma być.

Clint Mansell odpowiada również w pewnym stopniu za muzykę do filmu Czarny Łabędź. Kolejny, dość zauważalny zwrot – momentalnie słychać wyraźną inspirację twórczością Czajkowskiego (tak bardzo, że w dniu premiery soundtracku pojawiły się głosy czy Mansell nie zaczerpnął od rosyjskiego mistrza za bardzo), odpowiednio wzbogaconą na potrzeby samego filmu. Najpopularniejsze motywy pozostały w zasadzie bez zmian – w końcu po co zmieniać coś, co jest dobre – Clint jednak dodał trochę orkiestry i sprawił, że całość nadaje się znacznie bardziej do obrazu kinowego, aniżeli do teatru. Dzięki takiemu zabiegowi nie odczuwa się przeskoku pomiędzy muzyką skomponowaną od nowa w całości, a utworami inspirowanymi. Mansell pokazał, że jest również w stanie „wcielić się” w ducha Czajkowskiego.

Ostatnim przykładem, który jest mi najbliższy (szczególnie biorąc pod uwagę TEN TEKST) jest nie film, a gra komputerowa – Mass Effect 3. Clint Mansell co prawda nie skomponował całej ścieżki dźwiękowej, odpowiada jednak za najbardziej poruszający temat An End, Once, And For All, utożsamiany z zakończeniem kosmicznej trylogii. W przypadku tego soundtracku Mansell współpracował z innymi kompozytorami też nad innymi utworami, choć najbardziej pamiętliwy jest, bez dwóch zdań, właśnie ten motyw pianistyczny. Nie wirtuozerski, lecz piękny w swej prostocie, co zresztą przypomina o Together We Will Live Forever ze Źródła (którym również jestem zachwycony). Odrobinę przeczy to idei tego tekstu, który miał wskazywać na różnorodność, jednak będąc fanem trylogii BioWare i Clinta Mansella nie można pominąć jego wkładu w to małe-piękne dzieło.

Clint Mansell jest odpowiedzialny za jeszcze wiele innych ścieżek dźwiękowych, jednak te wspomniane wyżej najbardziej utkwiły mi w pamięci i sprawiły, że zacząłem śledzić działania tego kompozytora. Zaczynając, jak większość, od Requiem dla snu nie spodziewałem się, jak dużo przestrzeni w mojej duszy zajmie muzyka Mansella i ile lat po pierwszym odsłuchu dalej będę jej słuchał z takim samym zapałem.