Oglądasz czy słuchasz? #2 – Thomas Newman

Autor: Kamil Brycki

 

Czasem świetni kompozytorzy tracą swój rozmach. Ostatnio dowiódł tego Hans Zimmer (o czym możecie przeczytać TUTAJ) – genialny, lecz mimo to powoli wypalający się twórca. Mam oczywiście nadzieję, że po prostu potrzebuje on tymczasowej przerwy, aby wrócić na dobre tory, ponieważ sam uwielbiam wiele, naprawdę wiele ścieżek dźwiękowych przez niego skomponowanych. Jeszcze jednym z takich „trochę wypalonych” kompozytorów, w mojej opinii, jest Thomas Newman. Owszem, była nominacja do Oskara, ale ani Most Szpiegów, ani Spectre, nie były dziełami zachwycającymi. A jak to wyglądało kiedyś?

Początkowo chciałem ten tekst napisać w miarę chronologicznie, jednak później doszedłem do wniosku, że byłoby to dość sztuczne. Newman skomponował muzykę do ponad 70 filmów i szczerze powiedziawszy nie wiem, gdzie powinienem zacząć, aby wyczerpująco się zaznajomić z tym kompozytorem. Z całą pewnością mogę jednak stwierdzić, że parę ścieżek znam po prostu na wylot.

Zacznijmy może od Spectre, które miałem już okazję recenzować. Wtedy też powróciłem do Newmana po dość długiej przerwie, aby przekonać się, co kompozytor ma nowego do zaoferowania. Bardzo podobał mi się bondowy klimat – Newmanowi udało się utrzymać szpiegowską atmosferę, przy której czułem się niczym agent, po cichu przemykający z jednego utworu na drugi. Urzekło mnie wprowadzenie meksykańskiego klimatu do głównego motywu w pierwszym utworze… I tyle w zasadzie jestem w stanie sobie przypomnieć – że pierwszy utwór był bardzo fajny i że całość była odpowiednio klimatyczna. Oznacza to, że nie była to ścieżka dźwiękowa jego życia, lecz bardziej coś w stylu rzemieślniczej roboty. Dlaczego więc o tym wspominam? O tym za chwilę.

Kolejną ścieżką Newmana, z tego samego roku, jest OST z filmu Most Szpiegów. Ten za to został nominowany do Oskara, chociaż nie rozumiem, dlaczego. Mamy podobną sytuację co w przypadku Spectre (nawet klimat, jakby się uprzeć, dosyć podobny), a więc: bardzo miły w odsłuchu soundtrack, prawdopodobnie świetnie współgrający z filmem, jeden czy dwa utwory zapadające w pamięć i dalej, niestety, nic wyjątkowego. Przytaczam te dwa przykłady, aby potwierdzić swoją tezę postawioną we wstępie – że kompozytorzy tworzący od lat czasem potrzebują jakiejś przerwy. Aby jednak nie być całkowicie poza tematem, należy wspomnieć o tych ścieżkach dźwiękowych, które jednak mają to „coś” i po prostu miażdżą. Nawet teraz.

Brothers jest świetnym przykładem. Co prawda tego filmu również nie oglądałem, jednak uderzyła mnie magia ścieżki dźwiękowej już w zasadzie od pierwszych nut. Stonowana, spokojna, z gitarą jako główny instrument… Mimo że nie wiem, jak na ten OST trafiłem, tak jestem pewien, że po prostu muszę ten film obejrzeć. Ta ścieżka znacząco różni się od dwóch wymienionych wyżej – jest niezwykle, ale to niezwykle klimatyczna, ale nigdy nie wybija się na pierwszy plan. Jest to po prostu towarzysz podróży, wywołujący ciarki, smutek i skruchę, ale jednak nie uderzając z całą swą siłą i nie wywołując łez. To był właśnie Thomas Newman.

Do czego również warto się cofnąć, poza wspomnianym Brothers? Do American Beauty – złośliwie mógłbym powiedzieć, że jest on dość podobny do wcześniej wymienionej ścieżki dźwiękowej. Rozwijając jednak tę myśl łatwo zauważyć, że podobieństwo jest tylko konceptualne – OST z American Beauty również nie wybija się wyjątkowo na pierwszy plan, również jest raczej pasażerem, aniżeli kierowcą, za to w zasadzie cała reszta to już całkowicie inny klimat. Atmosferę tym razem buduje spokojne pianino (Any Other Name) i to właśnie ono najbardziej wbija się w pamięć. Co ciekawe, mimo że jest to najlepiej zapamiętany przeze mnie utwór, to jednak nie przyćmiewał on pozostałych kompozycji – na tej harmonii polega czar Newmana w American Beauty.

Idąc jeszcze dalej, trafimy na jeden z najwyżej ocenianych filmów wszechczasów – Skazani na Shawshank. Ta ścieżka dźwiękowa jest zrobiona w starym stylu, co jest dość dobitnie słyszalne. Już główny motyw brzmi odrobinę pompatycznie i trochę zbyt podniośle, jak na klimat filmu, do którego został skomponowany. Dalej jednak jest naprawdę różnorodnie i możemy natrafić nawet na utwory, które brzmią dość tajemniczo (New Fish!). W przeciwieństwie do American Beauty i Brothers, tutaj już słyszymy muzykę i wiemy, po co gra. Słuchając samej ścieżki dźwiękowej nieraz odnosi się wrażenie, że to właśnie ona prowadzi akcję, a nie ją uzupełnia – co, w porównaniu do dwóch poprzednio wymienionych soundtracków (a chronologicznie skomponowanych parę lat później), stanowi znaczną różnicę. Skazani na Shawshank był jedną z pierwszych nominacji Newmana do Oskara i, w przeciwieństwie do Mostu Szpiegów, całkowicie zasłużoną. Może i nie była tak rewolucyjna, jak sam film, jednak na pewno nie można powiedzieć, że jakościowo od niego odstawała.

Thomas Newman świetnym kompozytorem był. Tfu, świetnym kompozytorem jest – po prostu potrzebuje dobrego materiału, aby znowu coś dobrego stworzyć. Bardzo podoba mi się jego styl – nie narzucający się, odpowiednio delikatny i zachowawczy, a jednak uderzający w czułe struny. Pokazał jednak, że kiedy jest potrzeba, potrafi skomponować coś żywszego i mocniejszego – ale czy należy o tym pamiętać? Cóż, czekam na nowe kompozycje z nadzieją, że będą zaskakujące w jak najbardziej pozytywny sposób.