Paweł Mąciwoda (Scorpions/Stirwater) – wywiad

Autor: Bartosz Pacuła
Zdjęcia: Paweł Mąciwoda

 

Kontakt z muzykami, szczególnie z tymi największymi, był jednym z powodów dla których chciałem o muzyce pisać. W końcu kto jak nie oni najlepiej oprowadzą mnie po świecie muzycznych meandrów, pokażą nieznane fakty i interesujące ciekawostki? Nie spodziewałem się jednak, że tak szybko będzie mi dane rozmawiać z gwiazdami naprawdę wielkiego formatu. Za każdym razem, niezależnie czy rozmawiam z Nickiem Barrettem z grupy Pendragon, czy np. z Vinniem Appicem (ex-Black Sabbath, ex-Dio) jestem szalenie szczęśliwy i podekscytowany.

Jestem wtedy bliżej gwiazd – mówię dosłownie i w przenośni. Kiedy więc jakimś cudem udało mi się załatwić wywiad z Pawłem Mąciwodą, liderem projektu Stirwater oraz basistą kultowej grupy Scorpions, moje serce się prawie zatrzymało. Taka okazja nie zdarza się wszak codziennie, szczególnie że daje to zawsze okazję do zadania pytań, których próżno szukać w magazynach branżowych, nawet tych ulubionych. Wywiad na szczęście doszedł do skutku, Paweł dał mi odpowiedzi na moje pytania, nawet na to, które myślałem, że zechce pominąć. Zapraszam więc do przeczytania rozmowy, w której mówimy o Scorpions i Stirwater, o życiu w USA i graniu na polskiej scenie lat 90., o zawodowych planach Pawła, a także o… porcelanowych toaletach, których nie było.

Pasek - kreska

Zaczynając od razu, bez żadnych przydługich i nudnych wstępów: którymi basistami (a może niekoniecznie tylko nimi) się inspirowałeś? Byli to muzycy powszechnie znani (Paul McCartney czy Gene Simmons), a może raczej artyści nie związani z mainstreamem?

Artystą, który od zawsze mnie inspirował był Jaco Pastorius (znany jako Jimi Hendirx gitary basowej – przyp. red.) – wspaniały muzyk, którego do tej pory nikomu nie udało się zastąpić. To właśnie Jaco dawał zawsze wiatr w moje plecy, to pod jego wpływem stworzyłem swoje najlepsze kompozycje. Uważam, że jego duch unosi się wciąż – podobnie jak duch Boba Marleya czy innych wspaniałych artystów –  pośród grających muzyków.

Ponadto osobiście bardzo lubię harmonię w muzyce, warto więc będzie wymienić tych artystów, którzy towarzyszą mi od zawsze: Ahmed Jamal, Bil Evans, Miles Davis. Tych nazwisk przedstawiać nie trzeba.

Jak wspominasz swój pierwszy wyjazd do USA? Pytam o to szczególnie w kontekście muzyki i sceny muzycznej w Ameryce.

Mój pierwszy wyjazd do Ameryki nie był usłany różami, musiałem bardzo ciężko pracować, by utrzymać się w tym kraju. Ameryka to kultura, w której przeplatają się ze sobą praktycznie wszystkie style muzyczne. Byłem zafascynowany różnicą w podejściu czarnych  do rymu, jazzu i gry ogólnie.

Grałem na ulicach Nowego Jorku, ale również i klubach, w których poznałem muzyków światowej klasy, jak Hiram Bullock – wyśmienity gitarzysta czy Adam Holzman – klawiszowiec z grupy Milesa Davisa – z którym nagrałem płytę noszącą tytuł Time Traveler.

Pod koniec lat 90. współpracowałeś z zespołem TSA, potem zaś wspomagałeś takie grupy Oddział Zamknięty. Jak Ci się z nimi współpracowało? I co decydowało o takim doborze zespołów .

Tak to prawda, te zespoły były mi bliskie, współpracowałem również i z innymi, jak Michał Urbaniak, Urszula Dudziak. To dowód na to, że nie zamykam się w jednym rodzaju muzyki, jestem artystą poszukującym i otwartym. W każdej muzyce można znaleźć coś dla siebie, staram się na bieżąco śledzić, w których kierunkach podążają różne style. Daje mi to inspiracje do mojego własnego działania, jak również poszerza moje muzyczne horyzonty.

Jak to się stało, że stałeś się basistą Scorpions? Jak wspominasz pierwsze miesiące w zespole? Było łatwo czy też koledzy zapewnili Ci chrzest bojowy wzorem Metalliki i np. Jasona Newsteda?

Zostałem bardzo ciepło przyjęty, przeszedłem poważne przesłuchania i do tego, abym przyjął się w tej grupie musiały zadecydować moje umiejętności, jak również –  wypracowany na tamten czas – mój styl gry. To wszystko ze sobą współgrało i moje zachowanie na scenie było idealnie wpasowane w charakter grupy Scorpions. Właśnie takiego człowieka jak ja potrzebowali. Jestem już w zespole dziesięć lat i odnosimy wspólnie niemałe sukcesy

Album Scorpions Sting in the Tail uważany jest za jeden z fajniejszych w całym dorobku grupy. Mógłbyś przybliżyć historię powstania tego krążka?

Album Sting in the Tail powstawał z tak zwanego „marszu” w 2012 roku, w przerwach  trasy koncertowej. Topowy zespół był tak rozpędzony i rozgrzany w pracy, że nagranie i realizacja płyty tylko zwieńczyło rozpoczęte dzieło. Profesjonalne podejście i traktowanie swojej pracy bardzo poważnie, pokazało, że w ciągu jednego roku można na wysokich obrotach zrealizować swoje cele jak również i zadowolić publiczność.

Oprócz bycia basistą Scorpionsów poświęcasz się też muzyce w inny sposób – prowadzisz swój własny autorski projekt Stirwater. Mógłbyś zarysować jego początki (oraz wyjaśnić nazwę)? Jaką filozofią starasz się kierować grając z Stirwater?

Stirwater to w języku angielskim Mąciwoda, czyli nazwa wywodzi się po prostu od mojego nazwiska. Tak, to mój autorski projekt. Będę realizował go zgodnie ze swoim planem. Ostatnio bardzo dużo komponuję własnych utworów, zajmuję się produkcja muzyczną, czyli tworzę produkt od nagrania – do wydania. Założyłem firmę Stirproduction, która pozwoli mi na to, by zaistnieć na rynku muzycznym właśnie jako producent. Jestem zafascynowany mixem i masteringiem, pracuję na najlepszym licencjonowanym  sprzęcie, który jest kompatybilny w studiach muzycznych na całym świecie. Produkuję gotowe dema dla artystów, wraz z tekstami do muzyki. W niedalekiej przyszłości powstanie profesjonalne studio nagraniowe, dosyć spore, gdzie będę mógł od samego początku nagrać artystów na tzw. setkę, czyli na żywo. Swoją przyszłość lokuję jako producent.

Stirwater to projekt, który pozwala Ci grać w mniejszych miejscach niż ogromne sale koncertowe. Jakbyś porównał klimat/odbiór muzyki w tak dwóch odmiennych miejscach? Które jest bliższe Twojemu sercu?

Jestem muzykiem światowego formatu i chciałbym utrzymać taki poziom. Owszem – od czasu do czasu – lubię zagrać w klubie, ale z artystami na moim poziomie, czyli takimi, którzy rozumieją się ze mną bez słów. Mniejsze sale posiadają wspaniałą akustykę i dlatego bardzo lubię grać np. w salach teatralnych.

Czy nagrywając płyty (w dowolnej grupie/zespole) jesteś świadomy, że część ludzi będzie słuchać Twojej muzyki na ultra-drogich systemach high-endowych? Jest to dla Ciebie istotne w jakikolwiek sposób? Czy ważny jest dla Was dźwiękowy aspekt nagrania, czy też nie celujecie za bardzo w tę grupę odbiorców?

Jako artysta, muzyk, ale jako i producent muzyki,  uważam, że nagranie i wbicie pierwszych tracków jest rzeczą najbardziej istotną w kontekście nagrania całości płyty. Dostrzegamy niuanse muzyczne, których zwykły słuchacz nie wychwyci, a niekiedy decydują o brzmieniu. Słuchacz dostaje gotowy produkt, jednakże praca nad płytą jest żmudna i trwa niekiedy parę lat.

Czy uważasz, że muzyk powinien mieć kontrolę nad tym jak jego płyta jest wydana? A może sądzisz, że sposób wydania danego albumu nie ma w ogóle znaczenia i jedyne co się liczy, to jakość artystyczna muzyki?

Artysta musi mieć całościową kontrolę nad tym, jak jego płyta jest wydana, jednakże powinien być otwarty na to, co proponują i o czym mówią profesjonaliści w studio zajmujący się dźwiękiem, niekiedy zaproponowane rozwiązania są bardzo korzystne dla autora i mogą przyczynić się do wzrostu popularności lub dalszej sprzedaży płyty. Dlatego zawsze warto wysłuchać, co kto ma do powiedzenia, lecz niekoniecznie trzeba korzystać z propozycji inżynierów dźwięku.

Czego słuchasz w wolnym czasie? Pozostajesz przy klimatach związanych z pracą czy też „uderzasz” w zupełnie inne rejony?

W wolnym czasie słucham utworów w zależności od mojego nastroju, mam sporą płytotekę i jeśli tylko poczuję głód danego gatunku, sięgam po niego i odtwarzam. Staram się również zachęcić do słuchania moich gości i przyjaciół, proponując im ciekawych wykonawców – niekiedy dla nich niezrozumiałych – ale jak zawsze jestem i służę pomocą (śmiech).

Jak zapatrujesz się w ofensywę różnych serwisów streamingowych (np. Spotify)? Chała dźwiękowa, która okrada biednych artystów (zdanie Thoma Yorke’a z Radiohead) czy też świetne narzędzie dające tysiące godzin świetnej muzyki ludziom na całym świecie?

Thom raczej do biednych artystów nie należy. Uważam, że są od tego w każdym państwie organizacje, które pilnują praw autorskich, tych oczywiście zarejestrowanych, musimy iść ramię w ramię wraz z technologią cyfrową i szukać takich prawnych rozwiązań, aby były korzystne dla danego artysty. Muzyk zawsze musi mieć na uwadze to, że tworzy dla ludzi, zawsze dla nich, dla siebie również, ale odbiorcą są inni ludzie. Technologia pozwala odtwarzać muzykę na tabletach, w komórkach, dbajmy  o rejestrację swoich utworów i praw wykonawczych.

Jesteś polskim artystą, który odniósł nieprawdopodobny sukces. Masz swój Stirwater, jesteś członkiem legendy rocka, współpracujesz z wielkimi artystami. Tymczasem część muzyków z Polski uważa, że w naszym kraju nie da się do niczego dojść i że to państwo (wzorem Islandii) powinno zadbać o „niedożywionych, biednych artystów”?

Artysta musi grać, tworzyć, komponować, nie może zajmować się wszystkim jednocześnie. Polscy artyści nie mają we krwi, by zatrudniać profesjonalistów do swoich działań, by ci wsparli ich w przedsięwzięciach, tylko sami organizują koncerty, biegają za plakatami, grafikami, zamiast zlecić to komuś, kto umie równie dobrze to zrobić. Później narzekają , bo brak im już czasu i werwy do prawdziwego muzykowania. Według mnie stąd bierze się główny problem narzekań. Jeśli każdy będzie robił swoje – osiągnie sukces. Narzekanie jest stratą czasu, musimy odszukać się w rzeczywistości, która nas otacza, jeśli nie potrafimy jej zmienić.

Mógłbyś polecić czytelnikom MttP pięć albumów godnych uwagi? Gatunek jest oczywiście dowolny.

Jak już wcześniej wspominałem mojemu sercu najbliższe są jazz i funky, więc poniżej przedstawię zespoły, których najczęściej słucham i które mam w domu. Jestem zafascynowany dźwiękiem i odtwarzaniem płyt winylowych, mam już ich spora kolekcję i na pewno będę ją poszerzał. Moje ulubione grupy i artyści to: Art Ensamble of Chicago, Weather Report, London Electricity, Led Zeepelin oraz Bob Marley.

Chciałbyś jeszcze dodać coś od siebie, o co i ja, i żaden inny dziennikarz nie zapytaliśmy?

Tak. Chciałbym dodać, że na ten czas jestem spełniony, mam rodzinę i kobietę swojego życia u boku. Będę konsekwentnie, krok po kroku, realizował swoje plany – zarówno prywatne, jak i zawodowe.

Na sam koniec zostawiłem pytanie najbardziej kontrowersyjne, ale które bardzo chciałem zadać: czy to prawda, że lista życzeń zespołu Scorpions dotycząca fińskiego festiwalu RockCock liczyła sobie 38 stron (w których była też mowa o porcelanowych toaletach)?

Nie, to nie jest prawdą. Scorpions to zespół, który nastawiony jest na profesjonalną muzykę i ogromne show, a porcelanowe toalety i inne dodatki nie są istotne lub schodzą na dalszy plan. Jednakże muszę przyznać, iż śp. Peter Amend – menager grupy  – bardzo dbał o to, by zespół nie schodził poniżej najwyższych światowych standardów co do obsługi, pobytu i traktowania. To fakt.

Dziękuję bardzo za rozmowę.