Pocztówki z Kalisza #1 – wywiad

Autor: Bartosz Pacuła
Zdjęcia: Made in Kalisz Festival

 

Made in Kalisz Festival 2017 zbliża się wielkimi krokami. Z tej okazji postanowiłem – we współpracy z Przemysławem Rychlikiem, organizatorem tego wydarzenia – przepytać artystów, który już 18 marca tego roku podzielą się swoją twórczością w Pubie Urwany Film w Kaliszu. Zasady tej „zabawy”, podsunięte przez Przemysława, są proste: wymyśliłem dla wszystkich jeden „formularz”, w skład którego weszło sześć pytań. Ich głównym bohaterem (nawet jeśli niezaznaczonym wprost) jest Kalisz właśnie. Pytania te zostały rozesłane do artystów, którzy zasilają tegoroczny line-up MIKF. Przed Wami pierwsza część odpowiedzi, a w roli głównej DJ Sok, Łukasz Szafrański oraz dwaj muzycy z formacji Skinwalk – Łukasz Karolak oraz Grzegorz Kuś.

Pasek - kreska

Jakie są Twoje/Wasze pierwsze muzyczne wspomnienia związane z Kaliszem? Czy jest to miasto, które kojarzy się Wam bezpośrednio z muzyką?

DJ Sok: Dla mnie pierwsze muzyczne wspomnienia związane z Kaliszem to klub studencki Pod Muzami. We wczesnych latach wniósł on dużo dobrego dla lokalnej sceny i świadomości muzycznej młodych ludzi w ogóle.

Łukasz Szafrański: W Kaliszu ukończyłem PSM I stopnia oraz uczelnię wyższą na kierunku pedagogiczno-artystycznym. Tutaj wszystko dla mnie się zaczęło i dojrzewało. Tutaj znajdują się moi pierwsi słuchacze. Bezpośrednio jednak z muzyką Kalisz mi się nie kojarzy z powodu katastrofalnych zaniedbań włodarzy miasta w ostatnich latach. Tak to jest gdy stawia się na pielgrzymki zamiast na  rozrywkę. Idą chyba jednak zmiany.

Skinwalk (Łukasz Karolak): Klub Futurysta na Fabrycznej. I nie – nie jest to miasto, które obecnie kojarzy się z muzyką. Brak tu profesjonalnych klubów koncertowych. Znane polskie zespoły, a nawet te średnio znane, nie odwiedzają Kalisza, bo nie ma gdzie zagrać. Z ważnych wydarzeń muzycznych zostały tylko Festiwal Pianistów Jazzowych i rozwijający się Ambient Festiwal. Klub Kwadrat walczy i stara się rozkręcać muzykę elektroniczną w Kaliszu. Tak poza tym to pustynia. Wydarzeń typu Dżem pod ratuszem nie liczę, bo to muzak, nie muzyka.

W jaki sposób nawiązaliście współpracę z Przemysławem Rychlikiem? Zadziałały stare znajomości, sami się do niego zgłosiliście? A może to on uderzył w pierwszej kolejności do Was?

DJ Sok: Przemek sam się odezwał.

Łukasz Szafrański: Wszystko dzięki KAF 2016, w którym wraz z Marysią Szczap braliśmy udział i udało się nam zostać laureatami. Zaproszenie na Made In Kalisz padło ze strony Przemka Rychlika – i za to jestem wdzięczny.

Skinwalk (Grzegorz Kuś): Przemek szukał twórców, którzy w taki czy inny sposób chcieliby udziału we wspólnych przedsięwzięciach. Ta idea „współudziału” kryje się, jak podejrzewam, w samej nazwie jego projektu: „Accomplice Affair”. Ale tu już trzeba chyba dopytać o to autora. Co do naszej współpracy – Przemek od początku deklarował chęć wspierania lokalnych artystów i z tego co pamiętam, to on zagadał pierwszy. W 2013 zaprosił nas na II edycję Kalisz Ambient Festiwal, a w tym roku na Made In Kalisz, który odbędzie się 18. marca w pubie Urwany Film, za co jesteśmy bardzo wdzięczni.

Jak zapatrujecie się na tego typu lokalne przedsięwzięcia, których głównym celem jest de facto promocja danego regionu? Jaką siłę oddziaływania mają, jaki wpływ na otaczającą nas rzeczywistość?

DJ Sok: W Kaliszu jest wiele osób tworzących muzykę, natomiast trudniej niż w innych miastach jest im się pokazać na żywo. Festiwal wypełnia pewną niszę, za co organizatorom należą się słowa uznania.

Łukasz Szafrański: Popieram i kibicuję. Siła oddziaływania jest jeszcze mała… lecz rośnie. Może w końcu powróci nad Prosnę kultura, ale nie ta profanacyjna typu disco czy inne polo.

Skinwalk (Łukasz Karolak): Bardzo pozytywnie. Nie mieszkałem w Kaliszu prawie siedem lat i dopiero w zeszłym roku byłem na AF po raz pierwszy od dłuższego czasu. Byłem pod dużym wrażeniem organizacji całego przedsięwzięcia. Na razie to jeszcze zjawisko prawie niszowe, ale przenika powoli do świadomości kaliszan – oby tak dalej!

Czy uważacie, że istnieje coś takiego, jak lokalny sound Kalisza? Jakiś typ muzyki czy jej charakterystyczna atmosfera, która wprawionemu słuchaczowi może powiedzieć, że pochodzi ona właśnie z tego miasta?

DJ Sok: Być może jestem w błędzie, ale Kalisz w moim mniemaniu to melancholijne i… smutne miasto. Osobiście widzę to w także w lokalnych produkcjach muzycznych.

Łukasz Szafrański: Obecnie mieszkam poza Kaliszem, więc mogę nie być na bieżąco, ale wydaje mi się, że nie było tutaj czegoś takiego. Przez ostatnie trzy lata trudno było w ogóle o sound, a co dopiero jakiś charakterystyczny. Dzisiaj w ogóle coś takiego chyba nie istnieje nawet globalnie, chyba, że skamieliny jakieś.

Skinwalk (Łukasz Karolak): Raczej nie. Na przełomie lat 90. i 2000. był to zdecydowanie metal i to raczej taki, który starał się poza ramy metalu wychodzić. Odbywały się koncerty pod flagą Wolfstock. A potem jakoś to się wszystko rozpadło. Wiem, że kilka lat temu dość prężnie rozwijała się scena hip-hopowa i elektroniczna, był przegląd 62-800, ale teraz nie odważyłbym się stwierdzić, że można powiedzieć o istnieniu lokalnego soundu.

Skinwalk (Grzegorz Kuś): Trudno też mówić o lokalnym soundzie, kiedy lokalni muzycy wyjeżdżają masowo do większych miast lub za granicę.

Wspomniane wyżej zjawisko „lokalnego soundu” nie jest w historii niczym nowym; mielimy m.in. thrash metal z San Francisco, glam metal z Miasta Aniołów czy grunge z pochmurnego Seattle. Tego typu lokalnych scen ze „swoim” dźwiękiem było dużo więcej. Czy przychodzą Wam jakieś do głowy?

DJ Sok: Niestety nie.

Łukasz Szafrański: Przypomniała mi się jednak lokalna scena rapu, którą nazywałem ” anemic rapem” z powodu słabej dykcji, wolnego tempa rapowania i ciągłego narzekania na brak bogactwa. Na szczęście się to chyba zmienia choć muzycznie to nie moja bajka. Mimo to kibicuję, bo nie chodzi o gatunek a jego jakość.

Skinwalk (Łukasz Karolak): Ze Stanów na pewno jeszcze Death z Florydy, Hardcore z NY, z Polski bardzo mocno stoi scena black metalowa, a z tego co się orientuję, to większość składów jest z południa Polski – Górny Śląsk, Kraków. Ogólnie polski metal stoi mocno w świecie, oprócz blaku mamy jeszcze Kobonga i jego spadkobierców. Składy te odznaczają się lokalnym sznytem, charakterystycznym dla naszego kraju, ale mało kto o nich słyszał. Dorzuciłbym jeszcze scenę yassową z Trójmiasta, bardzo mocny akcent na polskiej scenie w latach 90.

To pytanie zadałem już Przemysławowi Rychlikowi już wcześniej (o – TUTAJ), ale sądzę, że jest na tyle ciekawe, że warto je powtórzyć: czy współczesny artysta ma łatwiej, czy trudniej od swojego starszego kolegi po fachu? Jakie są plusy i minusy życia i tworzenia w świecie Facebooka, Instagrama, ale i serwisów streamingowych (TIDAL, Spotify itp.) czy nawet pirackich? Trudniej i łatwiej zarazem.

DJ Sok: Czasy się zmieniły i teraz oprócz tworzenia dobrej muzyki trzeba umieć ją „sprzedać” w internecie. Kiedyś trzeba było promować się na inne sposoby ale też wymagało to pewnych umiejętności, chociażby dotarcia do potencjalnych promotorów. Często tych umiejętności czy umiejętności promocji w Internecie po prostu artyści nie posiadają, więc ich muzyka -mimo, że równie wartościowa – ma trudniej przebić się do szerszego grona odbiorców. Dzięki internetowi na początku kariery wszyscy mają relatywnie podobne szanse, później istotne okazują się umiejętności marketingowe, zaplecze finansowe i po prostu szczęście.

Łukasz Szafrański: Pojęcie „artysty” zostało zdewaluowane. Kiedyś artystą był Mozart czy Robert Plant lub Vangelis. Dzisiaj wystarczy byle uczniowski poziom gry na tamburynie a wyznacznikiem wielkości jest ilość lajków, nawet jeśli lajkujący są niewidomi i niesłyszący. Infantylność i ogrom ułatwień, które są wszechobecne w przestrzeni publicznej nas „odwrażliwia” i blokuje umiejętność szukania. Nie jestem wrogiem technologii, a jedynie odmóżdżenia z jej pomocą. Takie czasy. Na szczęście historia kołem się toczy. Czekam więc cierpliwie na zmiany.

Skinwalk (Łukasz Karolak): Minusy są takie, że konkurencja jest dużo większa 😀 A poważnie – że trzeba zajmować się tym całym gównem, mniej poświęcając się muzyce. Plusy to oczywiście sieć kontaktów i dużo większe możliwości zasięgu dla swojej twórczości. Nie ośmieliłbym się jednak jasno stwierdzić, że kiedyś było lepiej czy gorzej niż dziś, dziś jest inaczej i trzeba sobie z tym radzić.