Precept of Delator/Last Domain/The Aftermath – recenzja

Autor: Piotr Kleszewski
Zdjęcia: Via Nocturna

 

Tym razem na Music to the People recenzja nietypowa, bo złożona z trzech mniejszych tekstów. Każdy z nich został poświęcony płycie wydanej przez wytwórnię Via Nocturna. Mamy nadzieję, że taka formuła (nie ukrywamy – dla nas eksperymentalna) przypadnie Wam do gustu. A jeżeli nie – następnym razem będziemy wiedzieli czego unikać :)

Pasek - kreska

Lectern
Precept of Delator

 

Lectern są włoskim zespołem i choć zajmują się metalem śmierci już od prawie dwudziestu lat, nie byli zbyt aktywni pod względem wydawniczym. W 1999 r. wydali EP-kę Bisbetical i dopiero w roku 2010 nastąpiło pewne ożywienie: wydana została kolejna EP-ka, tym razem zatytułowana Salvific of Perhaps Lambent, a cztery lata później ukazał się kolejny mini-album grupy, tym razem nazwany po prostu Lectern. W zeszłym roku, a więc po 16 latach od rozpoczęcia działalności, Włosi nagrali wreszcie swój pełnoprawny debiutancki krążek – Fratricidal Concelebration. Najwyraźniej dostali wiatru w skrzydła, bo we wrześniu bieżącego roku ukazał się nakładem Via Nocturna ich drugi longplay, Precept of Delator.

Nie jest to jednak wiatr zmian, o którym śpiewał Klaus Meine, nie jest to też nawet delikatny powiew świeżości dla gatunku czy dla twórczości samego zespołu w ogóle. Lectern grają tak, jakby czas zatrzymał się w latach 90., kiedy to zespół zaczynał karierę, a na topie bezkompromisowego grania znalazły się death metalowe załogi z Florydy. Jeśli uwielbiacie Morbid Angel czy Deicide, przy odsłuchu najnowszej płyty Lectern poczujecie się jak w domu.

Widać, że zespół wie, co chce robić i umie to robić. Jest to dość urozmaicony materiał, wolniejsze i umiarkowane walcujące tempa wymieniają się z szybkimi riffami wspieranymi perkusyjną kanonadą,  nie brakuje też gitarowych solówek, które wydają się być jednak nieco wymuszone i raczej nie wywołują opadu szczęki. Pojawiają się w kilku miejscach mające dodać klimatu sample, poza tym jednak dziewięć kompozycji obdarte jest z aranżacyjnych ozdobników i niepotrzebnych dodatków zakłócających celebrację muzycznej przemocy. Wokalnie dominują bulgoczące growle z głębi trzewi, które robią naprawdę dobrą robotę. Czuć diabła, siarkę i miażdżenie czaszek. Całość trwa dokładnie 37 minut, o ziewaniu więc nie ma mowy.

O ile oczywiście lubicie takie granie. Ja niezbyt się przy tej płycie odnalazłem – nie przekonuje mnie odgrzewanie kotletów sprzed lat, a już na pewno nie w takiej formie. Materiał jest spójny, rzetelnie napisany, brakuje mu jednak iskry kreatywności i polotu, momentami do tego stopnia, że muzyka Lectern mogłaby być podpisana  jako „deathmetal.mp3”. Największą wadą płyty nie jest jednak dla mnie zachowawcze granie, które przecież może mieć swój urok, ale produkcja. Masywne, gitarowe riffy brzmią niekiedy dobrze, jednak nie mogłem się pozbyć wrażenia, że są nagrane przez jakąś cyfrową wtyczkę i ktoś za konsoletą mocno przesadził z gainem. Odziera to brzmienie  z dynamiki i czytelności, mocy pozbawiona została również perkusja.

Biorąc pod uwagę, jak dobry był dla muzyki metalowej rok 2016 trudno mi znaleźć powód, żeby wracać do tej płyty więcej niż kilka razy. Nie dlatego bynajmniej, że jest to zły album. Tylko po co jeździć solidnym Volkswagenem, kiedy można zasiąść za kierownicą Porsche? Jeśli jednak lubicie oldschoolowe, bezkompromisowe łupanie, bardzo możliwe, że będziecie się przy Percept of Delator bawić lepiej niż dobrze.

Pasek - kreska

Vorgrum
Last Domain

 

Już sama nazwa Vorgrum robi gardłu brzydkie rzeczy, gdy próbuje się ją przeczytać i generalnie brzmi jak jakieś słowo w czarnej mowie Mordoru. Do prawdziwego zła i black metalowej czerni co prawda Vorgrum  daleko, co innego jednak klimaty fantasy. Już pobieżna lektura listy utworów, na której znajdziemy tytuły takie jak Potato Troll, Drunkard Anthem czy Legions from Niflheim uzmysłowi nam, że do czynienia będziemy mieć z folk lub – jak kto woli – pagan metalem i to w tym mniej poważnym wydaniu. W przypadku Vorgrum jest to o tyle ciekawe, że zespół ów, biorący na warsztat europejski folklor i legendy, śpiewający o wznoszeniu pięści ku północnemu niebu i trollach grasujących między fiordami, pochodzi z Argentyny, a konkretnie z Buenos Aires. W dodatku mają w składzie akordeonistę. Nie będę ukrywał, że tzw. folk/pagan metalu nie znoszę do tego stopnia, że w moim osobistym rankingu karmicznym jest na drabinie bytów tylko odrobinę wyżej niż polskie reggae, więc nie sądzę, aby te dwa elementy w jakikolwiek sposób mogły pogorszyć jeszcze sytuację. No, może akordeon. Z akordeonem zawsze może być gorzej.

Odkładając na bok część uprzedzeń, muszę przyznać, że Vorgrum udało się stworzyć wybuchową, rozrywkową i prawdziwie zróżnicowaną mieszankę. Na przestrzeni dwunastu utworów zespół zawarł rozmaite tropy, od klasycznych metalowych „potupajek” w biesiadnym klimacie przy których głowa sama zaczyna się kiwać, po bardziej patetyczne utwory. Największa siła i różnorodność tkwi jednak w aranżach – nawet najbardziej obcesowe i powtarzalne riffy zespół urozmaica czy to wspomnianym akordeonem (który jak się okazuje, nadaje się nie tylko do biesiadnych zagrywek, ale potrafi stworzyć ciekawe rozwiązania harmoniczne z gitarami), klawiszami, partiami chóralnymi czy orkiestracjami, w paru miejscach pojawia się nawet didgeridoo i bouzuki. Najbardziej wyróżnia się utwór Desert Knight, w którym zespół eksploruje już nie tylko klasyczne pagan metalowe poletko, ale sięga po inspiracje orientalne, umiejętnie łącząc je ze swoim folkowym warsztatem. Najsłabszym elementem są bez cienia wątpliwości partie gitary, mało kreatywne i sztampowe, zagrane niemal w każdym utworze na jedno kopyto.

Kilka słów wypadałoby poświęcić również wokalom – Vorgrum to kwintet, a jedyną osobą, która nie udziela się w nim wokalnie jest perkusista. Mamy więc do czynienia z prawdziwie przekrojowym podejściem do głosu i znajdziemy tu zarówno czyste wokale, jak i wściekłe ujadanie, głębsze, warczące growle, chórki i przejęte okrzyki – czym chata bogata, tym rada. Nie zabrakło niestety momentów, w których jeden z muzyków za wszelką cenę chciał zostać Danim Filthem – i to w tej złej wersji. Wiecie, nie tym Danim Filthem z końcówki lat 90., który swoim przeszywającym skowytem przypominał upiorną banshee i zamrażał serca, ale tym starszym Danim Filthem, którego przypominaliście sobie za każdym razem, gdy buldog waszego sąsiada połknął gumową piszczałkę i od tego dźwięku bolały was zęby. Zdarza się to na Last Domain na szczęście rzadko.

Brzmieniowo jest nieźle, zwłaszcza jak na album wyprodukowany niezależnie (Via Nocturna dopiero później zainteresowała się wydaniem albumu na naszym rodzimym rynku). Owszem, bas nieco ginie w miksie a gitary miejscami zbyt mocno dominują elementy folkowe. Są to jednak kwestie raczej kosmetyczne i nie przeszkadzają w odbiorze płyty. Powstrzymam się więc na koniec od złośliwości, nie jest to po prostu moja muzyka i już. Jeśli jednak wy lubicie granie w folkowo-metalowych klimatach i szukacie nowych zespołów, sprawdźcie Vorgrum koniecznie.

Pasek - kreska

ZØRORMR
The Aftermath

 

Wraz z pojawieniem się formatu CD zamgliło się bardzo mocno pojęcie EP-ki. Nie możemy dokonać prostego podziału ze względu na różnice nośnika, w dodatku nierzadko minialbumy jednych zespołów bywają nawet dwa razy dłuższe niż „długograje” innych. EP-ka stała się więc wygodną formułą dla artysty, z którą może w zasadzie zrobić to, co chce – w przypadku jednych są to swoiste checkpointy pomiędzy wydawnictwami, inni traktują minialbumy jako wygodne pole do eksperymentów, wreszcie można w ten sposób wydać nadmiar materiału z sesji nagraniowej, single, bonusy itd.

W przypadku ZØRORMR i EP-ki The Aftermath mamy do czynienia z wydawnictwem przekrojowo podsumowującym całą działalność projektu. Na płycie znajdziemy cztery utwory pochodzące z sesji do ostatniego albumu ZØRORMR, Corpus Hermeticum, które nie znalazły się ostatecznie na płycie, trzy z nich nie były jeszcze w ogóle wcześniej publikowane. Bonusowo, cokolwiek to słowo w tym przypadku znaczy (bo znajdziemy je zarówno na limitowanym wydaniu digipackowym jak i standardowym), znalazły się na płycie dwa utwory z sesji nagraniowych wcześniejszych albumów, odpowiednio po jednym z debiutanckiego Kval i środkowego IHS.

Pierwsze trzy utwory rzeczywiście stylistycznie wpasowują się w to, co ZØRORMR zaprezentował przy okazji Corpus Hermeticum. Jest jednak spokojniej, akcenty zostały przesunięte tym razem nie w stronę wściekłych szybkich riffów, a raczej budowania nastroju. Najbardziej dynamiczną kompozycją jest zdecydowanie The Adversary, zgrabnie łączący elementy charakterystyczne dla twórczości Molocha (wywiad z nim znajdziecie TUTAJ). Tytułowy The Aftermath to całkowicie instrumentalny utwór, który wprowadza słuchacza w trans motorycznym riffem, podczas gdy w tle minimalistyczne klawisze budują atmosferę pełną napięcia i niepokoju.

Pierwszy z dwóch dodatkowych utworów, Arise, Cthulhu, Arise! zajeżdża mocno piwniczną stęchlizną. Produkcja jest obskurna i surowa. Zamykający minialbum ZØRORMR to z kolei rzecz niezwykle zimna. Instrumentalna kompozycja z prostym riffem, automatem perkusyjnym i ambientem w tle może przywodzić na myśl nawet dokonania Burzum z czasów Filosofem.

Interesujące wydawnictwo dobrze podsumowujące całą działalność Molocha pod szyldem ZØRORMR. Entuzjastów projektu ucieszy ciekawe uzupełnienie ostatniego albumu, dla każdego innego jest to po prostu fajna ciekawostka pokazująca jaką drogę przechodzi artysta na przestrzeni kilku lat.

Pasek - wydanie

Wszystkie trzy zrecenzowane wyżej wydawnictwa ukazały się na płycie CD w opakowaniu typu jewel case. Warto jednak dodać, że EP-ka autorstwa ZØRORMR ujrzała także światło dzienne w limitowanym do 66 egzemplarzy 3-skrzydełkowym digipacku.

Pasek - informacje

Wykonawca: Lectern
Tytuł: Precept of Delator
Wytwórnia: Via Nocturna
Data wydania: 2016
Gatunek: Death metal
Czas trwania: 37:00

Wykonawca: Vorgrum
Tytuł: Last Domain
Wytwórnia: Via Nocturna
Data wydania: 2015/2016
Gatunek: Folk/Pagan metal
Czas trwania: 41:14

Wykonawca: ZØRORMR
Tytuł: The Aftermath
Wytwórnia: Via Nocturna
Data wydania: 2016
Gatunek: Black metal
Czas trwania: 25:01