Rafał Iwański – wywiad

Autor: Bartosz Pacuła
Zdjęcia: Łukasz Wodyński (nr 1-3), Małgorzata Florczyk-Bojarska (nr 4), Ewa Bińczyk (nr 5)

 

Rafał Iwański to bardzo zapracowany człowiek. Wystarczy rzucić okiem na ostatnie pytanie w tym wywiadzie, by przekonać się jak bardzo. Mimo to znalazł dla mnie czas, by porozmawiać. W zasadzie o wszystkim. Dlatego czytelnicy MttP nie powinni być zaskoczeni, gdy zorientują się, że czytają właśnie o książkach, a minutę wcześniej dowiadywali się czym jest projekt Mikrowsparcie. I dlaczego ostatnim prorokiem naszych czasów był Philip K. Dick.

Pasek - kreska

Jak zapatrujesz się na sprawę winyla, czyli nośnika, który jeszcze kilka lat temu był uważany za martwy? Czy ten rodzaj muzyki, którym się zajmujesz – choć zdaję sobie sprawę, że jest on dosyć szeroki – pasuje dobrze do czarnej płyty?

Jeśli kogoś stać na wydanie takiej czy innej muzyki na winylu, to czemu tego nie robić? Przyjemnie słucha się z winyla muzyki elektronicznej, elektroakustycznej czy akustycznej. Pomijam fakt fetyszyzmu związanego z tym nośnikiem, osobiście staram się nie uzależniać od takich zjawisk jako słuchacz, dzięki czemu dobrze odbiera mi się muzykę też z płyt CD czy kaset. Jako autor muzyki zdaję sobie jednak sprawę, że spora część ludzi, którzy kupują płyty winylowe robi to dla nośnika, okładki – dzięki temu trafiają nieraz na produkcje z naszego kręgu muzycznego. Swoją droga, ten nośnik nigdy nie był dla mnie martwy – zawsze będzie pierwszym z jakim spotkałem się moim życiu, gdy jako dzieciak słuchałem czarnych płyt z lat 60. i 70., które należały do mojej mamy. Pierwsze płyty winylowe, głównie z muzyką punkową i nowofalową, kupowałem jako nastolatek w drugiej połowie lat 80. Nieraz do nich wracam, słucham, czytam opisy, oglądam okładki.

Właśnie – jeżeli chodzi o sposób wydania – płyty X-Navi:Et wyróżniają się – przynajmniej dla mnie – żelazną konsekwencją w kwestii okładek. Każda z nich z jednej strony jest inna, ale patrząc na nie zebrane na Twoim Bandcampie nie można nie odnieść wrażenia, że poświęciłeś sporo czasu na dopieszczenie tego elementu. Jak więc wygląda „projektowanie” dla Ciebie płyty? Czy Twoja rola zaczyna się i kończy na muzyce, czy też właśnie starasz się ogarnąć wszystko: od muzyki, przez prezentację wizualną, na jakości wydania skończywszy?

Skupiam się przede wszystkim na muzyce, niemniej bardzo cenię sobie okładki stricte artystyczne, tj. zawierające prace malarskie, rysunkowe czy graficzne – mam tu na myśli zarówno techniki tradycyjne jak i komputerowe. Moi wydawcy z Instant Classic oraz  współwydawcy z Zoharum i Beast Of Prey z reguły są otwarci na propozycje współpracy z artystami, których im wskazuję, na przykład pod kątem wykorzystania konkretnych prac czy detali. Nieraz dostaję propozycje od wydawców, którzy rekomendują swoje pomysły na okładki, na co też z reguły przystaję. Proces powstawania oprawy jest zawsze konsultowany ze mną, dla mnie to dość istotne bym był zadowolony z ostatecznego pełnego efektu. Warto dodać, że na ponad połowie okładek płyt sygnowanych nazwą X-Navi:Et użyliśmy prac utalentowanej toruńskiej artystki Ewy Bińczyk, specjalizującej się od lat głównie w grafice warsztatowej i ostatnio coraz bardziej w rysunku.

To weźmy dla przykładu płytę Technosis (recenzja TUTAJ); wybrałem ją, ponieważ – po pierwsze – wydała ją wytwórnia Instant Classic, którą bardzo cenię i – po drugie – dlatego, że to pierwszy krążek X-Navi:Et, z którym się zetknąłem: jak wyglądało powstawanie tego albumu – od początku do końca?

Materiał na ten album powstawał dość długo i był to złożony proces. Niektóre utworów, które na nim się znalazły były wcześniej mocno ograne na koncertach, inne powstały podczas sesji realizowanych w moim domowym studio, specjalnie pod kątem tego wydawnictwa. Niektóre utwory udało mi się nagrać w ciągu jednej sesji, jednego dnia, inne natomiast potrzebowały tygodni pracy. Fakt, że oprócz różnych urządzeń elektronicznych użyłem sporo instrumentów akustycznych nie ułatwiał sprawy. Zależało mi, by na Technosis zaprezentować możliwie najszersze spektrum moich możliwości producenckich. Oraz by muzyka zgromadzona na albumie posiadała w sobie to coś co sam cenię w innych dobrych płytach, czyli tajemnicę. Samo miksowanie nagranego materiału było w tym wypadku dość żmudnym i czasochłonnym procesem. Na szczęście ostatecznie udało mi się zamknąć te sprawy dzięki wizycie i odsłuchom w studio Marcina Bocińskiego, który od kilku lat robi świetne masteringi moich płyt, jak i dla większości wydawnictw z kręgu bydgosko-toruńskiego czy Instant Classic.

Nie uważasz, że muzycy zajmujący się – ujmijmy to szeroko – muzyką elektroniczną stanowią swojego rodzaju „ostatni bastion” artystów umiejących korzystać ze studia w 100%, traktujących to miejsce jako kolejny instrument? To i na Technosis, i na Machina Nova po prostu słychać, że za materiał odpowiedzialny jest ktoś, kto nie ogranicza się tylko do szybkiego „klepania” muzyki i wyjścia ze studia, czy to domowego, czy jakiegoś większego.

Bardzo możliwe, że jest tak jak mówisz, choć nie wiem jak jest ostatecznie, bo wszystko w obecnym świecie jest bardzo dynamiczne i powstaje bardzo dużo nagrań. Sporo muzyki powstaje w domenie cyfrowej, bez użycia jakichkolwiek urządzeń zewnętrznych, a tym bardziej żywych instrumentów. Trudno nieraz rozpoznać ile jest na danej płycie własnych nagrań, a ile ukradzionych z innych płyt czy z banków sampli. Co natomiast mogę powiedzieć: znam pewnych muzyków, którzy są konkretnymi instrumentalistami i w sposób bardzo kreatywny zajmują się rejestracją dźwięku, przekształcaniem ich brzmienia przy użyciu urządzeń elektronicznych i miksowaniem. Oni na pewno potrafią korzystać ze studia i wyciskają z jego możliwości ile tylko się da.

Mógłbyś polecić wobec tego kilka takich nazwisk? Niekoniecznie nawet tych muzyków, których osobiście znasz, chociaż oczywiście ich nie wykluczam, ale też artystów, których słuchasz prywatnie i których cenisz za sposób, w jaki „pracują studiem”.

W kręgu muzycznym w którym się poruszam to nawet dość częste zjawisko, że muzycy jednocześnie są producentami swoich płyt – wspomnę chociażby moich kolegów z Bydgoszczy i Torunia, z którymi gram lub współpracuję w ramach realizacji nagrań: Kuba Ziołek, Artur Maćkowiak, Rafał Kołacki. Jeśli chodzi o muzyków zagranicznych, z którymi grałem lub nagrywałem to od lat wzorcami są dla mnie Z’EV, Rapoon, Rihard Pinhas. Z tym pierwszym miałem przyjemność współpracować wiele razy w warunkach koncertowych, ale też w warunkach studyjnych i w ramach w postprodukcji. Polecam sprawdzić album Dead City Voice/Remix Project, spora część wymienionych tu nazwisk została przeze mnie zaproszona do pracy nad stworzeniem całkiem nowych wersji utworów z płyty Dead City Voice. Bardzo cenię  Bill Laswella za to co robi w studio, jako producent i oczywiście jako muzyk. Poza tym od lat zgłębiam fenomen Muslimgauze, czyli zmarłego prawie 20 lat temu Bryna Jonesa. To momentami niewiarygodne co i jak on nagrywał w latach 90.

A opowiedziałbyś coś więcej o Twojej przygodzie z programem Mikrowsparcie, między innymi dzięki któremu światło dzienne ujrzała „Machina Nova”?

To program monitorowany od kilku lat przez Toruńską Agendę Kulturalną. Jest czymś w rodzaju stypendium artystycznego przeznaczonego na konkretne działania kulturalne związane z miastem Toruniem lub w nim realizowane. Biorąc pod uwagę fakt, że miasto Toruń przyznaje stypendia artystyczne tylko do 35. roku życia, to jest to dość ciekawa forma wsparcia, którą udało mi się uzyskać już chyba cztery razy, głównie na wkłady konieczne do wydania płyt winylowych i CD+DVD, które są dość kosztowne. Na przykład w Bydgoszczy nie istnieje limit wiekowy stypendiów artystycznych, no ale tam chyba nie ma takiego programu jak Mikrowsparcie. W Toruniu co kwartał gdy rusza program wielu artystów  intensywnie się stara, by dostać takie „mikrowsparcie”, które rzeczywiście nie jest duże (maksymalnie 2500 zł brutto), ale przy wydaniu płyt jest bardzo przydatne (tłoczenie płyt, wydruki okładek, mastering, plakaty). Zdradzę, że w wypadku albumu Machina Nova około 50%  kosztów na wydanie płyty zdobyłem z Mikrowsparcia, a drugą połowę wyłożył Wojtek Zięba z Beast Of Prey, jako mój (czyli Eter Records) współwydawca.

Pozostając w tym duchu: czy łatwo jest – Twoim zdaniem – być artystą w Polsce?

Mam pewne porównanie, bo grając w wielu krajach Europy, ale też zapraszając do Polski artystów zagranicznych czy współpracując z nimi sporo się dowiedziałem jak jest za granicą. Jak u nas jest to wiemy. Dobrze, że jest na przykład program „Kultura polska na świecie”, realizowany przez Instytut Adama Mickiewicza. Dzięki tej opcji kilka razy miałem sfinansowane moje zagraniczne podróże. Na składanie wniosków do Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego nie mam obecnie nerwów, chociaż muszę przyznać, że w przeszłości otrzymałem takie stypendium na działania muzyczne. Powiem tak: w Polsce mamy nieco gorzej niż w większości krajów Europy Zachodniej (np. Austria, Szwajcaria, Niemcy, Francja) czy całej Skandynawii, ale o wiele lepiej niż ludzie ze wschodu Europy, nie mówiąc już o krajach tzw. „trzeciego świata”, np. całej Afryki i prawie całej Azji.

Lepiej, gorzej – to znaczy?

Ogólnie rzecz biorąc nie jest łatwo być artystą w Polsce, ale możliwe też, że w ogóle nie jest łatwo być artystą w tym świecie nastawionym głównie na zysk. Choć to raczej odrębny temat. Obracam się w kręgu różnych twórców, znam mniej lub bardziej dramatyczne biogramy.

Dla mnie modelowym przykładem jest Islandia, która mocno wspiera swoich artystów.

Tak jest – Islandia to inny świetny przykład. Wracając do „bycia artystą” – sprawy nie ułatwia fakt, że występując w takiej roli życiowej trzeba jest się skazanym na częste odrywanie się od rzeczywistości, np. grając koncerty, a potem trzeba do niej stale wracać. Niestety nie wszystkim się udają te powroty do rzeczywistości. Nie wszyscy z nas w sposób świadomy, będąc nastolatkami, decydowali się na muzyczną drogę życiową. Osobiście mogę powiedzieć, że jestem uzależniony od muzyki od samego początku gdy zacząłem grać na moim pierwszym instrumencie czyli na gitarze, co oznacza, że od ponad dwóch dekad nie potrafię przestać się nią zajmować. Ale u zarania nie był to raczej mój świadomy wybór, a raczej czynniki środowiskowe, może też jakiś rodzaj intuicji i silnego bakcyla. Miewałem też okresy załamania, jak każdy chyba, kiedy nie mogłem z różnych względów zajmować się muzyką. Dlatego bardzo cenne są takie cechy, jak upór, konsekwencja, budowanie swojej marki, a przede wszystkim codzienne doskonalenie warsztatu i obcowanie z fajnymi ludźmi.

A Tobie jak się to udaje? Czujesz się artystą 24/7 czy też udaje Ci się zachować balans? Pytam, bo w wypadku sceny elektronicznej (myślę tu na przykład o krautrocku w latach 70.) często się to zaciera, czasami z przykrymi skutkami.

Staram się zachować balans, w czym – dla przykładu – od lat pomaga mi chociażby praca jako kurator festiwali muzycznych (głownie CoCArt Music Festival), ale przede wszystkim układanie koncertów dla siebie i niektórych zespołów i projektów, w których gram, sprawy związane z negocjacjami, umowami, hotelami, podróżowaniem, zdobywaniem dofinansowań, nagrywaniem, miksowaniem i produkcją płyt, prowadzeniem stron internetowych, itd. Wszystko to jest dość czasochłonne i nawet nieraz bardzo upierdliwe. Muszę przyznać, że granie koncertów i wydawanie płyt jest najprzyjemniejsze, jednak nie da pewnych spraw  uniknąć. Wydaje mi się, że artysta, który nie ma codziennego kontaktu z muzyką raczej na tym traci niż zyskuje. Od jakiegoś czasu  staram się by każdego dnia mieć praktyczny kontakt z muzyką, ćwiczę na instrumentach perkusyjnych, grzebię coś w elektronice czy w miksach. Nie mam nawet już za bardzo czasu czytać o muzyce, przynajmniej  tak dużo jak  kilkanaście lat temu. Oczywiście przerwy w graniu też mogą być pozytywne, byle nie były za długie. Pomagają uzyskać dystans, zaczerpnąć powietrza.

To w jaki sposób wypoczywasz od muzyki?

Czytając książki, jadąc na rowerze, oglądając filmy, śpiąc, jedząc… Realizując „normalne” czynności życiowe. Bo to chyba normalne, że każdego dnia coś czytamy? Na przykład książkę. Chociaż w Polsce to nie jest obecnie aż takie normalne.

W „Noise Magazine” Łukasz Dunaj przeprowadzał raz wywiad z członkiem zespołu Clutch i sporą część przegadali o książkach. Ja sam dużo czytam, więc może się tym zainspiruję przy następnym pytaniu: co ostatnio ciekawego czytałeś?

Dziś na przykład kończę Beat Generation – sacrum i profanum młodego autora z Wrocławia – Pawła Gibasa. Wczoraj natomiast sięgałem do książki Sudan Konrada Piskały.

I jak wrażenia? Mi gdzieś mignęła ta lektura – tj. Beat Generation – przed oczami, ale nie zainteresowałem się nią na tyle, żeby po nią sięgnąć.

Wrażenia są ogólnie dobre – ponownie systematyzuję sobie to co wiem o moich ulubionych autorach amerykańskich. Wątki religijne rozpracowywane w tej książce są przedstawione dość przekonująco – nie oczekiwałem nawet, że ktoś będzie starał się głębiej w ten sposób interpretować dzieła Williama Burroughsa, którego zawsze odbierałem raczej jako gnostyka, z ewentualnymi skłonnościami w kierunku politeizmu czy duchowości pogańskiej. Kolejny raz przekonuję się, że dobrze się stało, że za młodu trafiłem na takie a nie inne lektury, miały one na mnie duży wpływ, też na moje poszukiwania dźwiękowe.

A wracając do tego Sudanu… – to książka społecznie zaangażowana, przynajmniej ja odniosłem takie wrażenie. Czy Twoim zdaniem artysta powinien być w taki sposób zaangażowany? W Twoim wypadku pytanie jest o tyle ciekawsze, że momentami Twoja twórczość może się wydawać (vide Technosis) zdehumanizowana do granic możliwości.

Po lekturze tej książki kolejny raz przypomniałem sobie, że wciąż żyjemy w całkiem  przyjaznym pod wieloma względami miejscu na świecie. Mam nadzieje, że ludzie jednak nie dopuszczą, by do pełnej władzy nad nami dorwali się chorzy psychicznie politycy i zdegenerowani przedstawiciele hierarchii kościelnej. W kilku krajach Afryki i Azji coś takiego się stało w ostatnich kilku dekadach, oczywiście głównie w wydaniu islamskim, a skutki zawsze były fatalne. Generalnie mam to szczęście, że obracam się w środowisku, które jest zdeklarowane światopoglądowo i dość zwarte w kwestiach obecnej sytuacji politycznej, ekologicznej czy ekonomicznej. Wydaje mi się, że spora część artystów to ludzie myślący i skłonni do pomocy innym, przecież jednym z głównych celów sztuki jest oświecanie ludzi i sprawianie by byli mądrzejsi i bardziej świadomi. Tworzenie z reguły łączy się z jakimś zaangażowaniem. Nieraz idzie ono głównie do wewnątrz, a u innych ma szansę wypłynąć na zewnątrz, też w taki sposób, by pomagać innym. Wątki, które mnie interesują, jak wspomniane przez Ciebie zdehumanizowanie, są kluczowe dla naszej epoki galopującego postępu technicznego. Mamy często wrażenie, że na naszych oczach dokonują się zmiany epokowe – ale to nie tylko wrażenie, to ostre fakty. Nie wiemy co z tego wszystkiego ostatecznie się urodzi. Na pewno jest bardzo interesująco. Tak – momentami pozwalam, by moja muzyka była nieludzka. A zarazem bardzo ludzka. Te kontrasty dają do myślenia, mam nadzieję.

Kiedyś usłyszałem od pewnej osoby, którą szanuję, że artyści mogą sprawiać wrażenie oderwanych od rzeczywistości, może część z nich być też zupełnie niewykształcona, ale często warto ich słuchać, bo oni czują więcej, są w stanie w pewien sposób przewidzieć – dla przykładu – zbliżające się poważne kryzysy społeczne. A ostatnio artyści coraz częściej powracają, takie mam przynajmniej wrażenie, do wieszczenia końca znanego nam świata. Masz jakieś przemyślenia dotyczące naszej przyszłości?

Mam rozmaite przemyślenia, a jeśli chodzi o przyszłość, to przynajmniej w dwóch planach: rzeczywistości najbliższych dekad, w których mam nadzieję jeszcze będziemy żyć jako wolni ludzie i w ogóle będziemy żyć – oraz tego co będzie się działo po mojej śmierci, jeśli w ogóle coś takiego zaistnieje (ostatnio coraz bardziej bliskie jest mi myślenie buddyjskie, też pod wpływem przemyśleń, spotkań z buddystami, lektur i własnych odczuć po stracie kilku najbliższych osób). Richard Pinhas, legendarny gitarzysta i pionier muzyki elektronicznej z Francji, ale też nasz współpracownik (tj. mój i Kuby Ziołka – chodzi o duet Kapital) mówi często w wywiadach, że Philip K. Dick (którego znał osobiście) był ostatnim prawdziwym prorokiem naszych czasów, dlatego warto czytać jego książki.

Jeżeli w książkach Dicka jest zapisana przyszłość, to mamy – delikatnie mówiąc – przesrane.

Biorąc pod uwagę, że Richard jest doktorem filozofii, który porzucił karierę naukową na rzecz muzyki, spostrzeżenie o proroctwie Dicka jest dość przekonujące i może być trafne. Podobnie z książkami i przepowiedniami Stanisława Lema, ale też innych wizjonerów. Czy mamy mocno przesrane to się okaże, prędzej czy później  Może to kwestia przystosowania się do tego co nam ten świat oferuje, mam nadzieje, że taką broń daje nam sztuka, muzyka, filozofia. Może jest szansa by stworzyć jeszcze jakąś platformę przetrwania, ale biorąc zawsze pod uwagę ekologię planety, która jest bardzo zagrożona. Faktem jest, że wychodząc z materialistycznego punktu widzenia można dojść do wniosku, że życie jest naprawdę przerąbane. Dlatego chyba religie, ezoteryka i okultyzm cieszą się tak dużym powodzeniem w tych czasach „technosis”.

Ostatnie pytanie – polecił byś cztery-pięć albumów dobrych na przetrwanie tych czasów?

Tak jest, daj mi pomyśleć chwilę, to nie takie łatwe zadanie. Ostatnio słucham tych płyt:

Richard Pinhas – Event and Repetitions
Phurpa – Mantras of Bön
Rapoon – Dream Circle
Solitude of Sounds – in memoriam Tomasz Sikorski

A od lat wciąż wracam do:

Popol Vuh – Hosianna Mantra
Z’EV – Opus 3.1
Richard Pinhas and Merzbow – Keio Line
Moondog – Elpmas
Miles Davis – On the Corner

Ok – a powiedz jeszcze: umawialiśmy ten wywiad ładnych parę tygodni, ale ciągle byłeś zajęty. Skąd wynika Twoje zapracowanie?

Spiętrzyło się wszystko ostatnio – ciężka choroba i śmierć mojej mamy, granie koncertów pomiędzy dniami spędzonym w szpitalu i hospicjum, sporo jeżdżenia po Polsce. To był najtrudniejszy czas w moim życiu. Do tego wiosną zawsze jest kumulacja, mniej więcej od lutego do czerwca, do tego w tym roku dotyczyło to praktycznie każdego projektu czy zespołu, w którym gram i musieliśmy się zawsze rozruszać przygotowaniami i próbami.  Teraz będzie chyba nieco spokojniej, przynajmniej do października – w lipcu zagram na festiwalu Hradby Samoty VII na Słowacji (festiwal co roku obywa się w innym zamku na Słowacji lub w Czechach), w październiku w ramach cyklu Ucho Gmachu II w Muzeum Narodowym w Warszawie, do tego dojdzie pewnie trochę koncertów klubowych. Wracamy też powoli do grania koncertów z Voices of the Cosmos, a latem zamykamy się na kilka dni w planetarium by nagrać wreszcie materiał na trzeci album (ostatni wyszedł w 2013 roku). Poza tym jesienią będą się działy mocne rzeczy związane z HATI, których w dniu dzisiejszym nie mogę jeszcze zdradzać. Natomiast we wrześniu mamy sesję nagraniową na drugi album Alameda 5, materiał jest skomponowany już prawie w całości. Teraz w czerwcu i lipcu z Kubą Ziołkiem kończymy miksowanie krążka Kapital & Richard Pinhas. Płyta ukaże się w pierwszej połowie 2018 roku nakładem Instant Classic, zaraz po niej nowa Alameda 5. Ostatnio w studio u Artura Maćkowiaka nagrywaliśmy z Anią Zielińską i Wojtkiem Jachną  materiał na płytę, bo jakiś czas temu stwierdziliśmy, że nie możemy kontynuować koncertowania bez oficjalnego wydawnictwa. Chyba jestem skazany na zapracowanie, podobnie jak kilku moich kolegów…