Requiem aeternam dona ets – w 225. rocznicę śmierci Wolfganga Amadeusza Mozarta

Autor: Bartosz Pacuła

 

Wolfgang Amadeusz Mozart jest obecnie chyba najbardziej rozpoznawalnym kompozytorem europejskim na świecie. Nie dość, że jako jeden z nielicznych artystów ery pre-fonograficznej wkradł się do popkulturowego mainstreamu, to jeszcze jest postrzegany jako ambasador tzw. „klasyki”, tj. muzyki dawnej. Żaden z jego kolegów po fachu (czy to starszy, jak Johann Sebastian Bach, czy młodszy, jak Ludwig van Beethoven) nie podbił w takim stopniu serc XXI-wiecznych słuchaczy, jak właśnie pochodzący z Salzburga najsłynniejszy przedstawiciel rodziny Mozartów. Dlaczego tak się właśnie stało? Trudno dokładnie powiedzieć. Być może na wyobraźnię kolejnych pokoleń działał jego nimb „cudownego dziecka”, jakim bez wątpienia był? A może przetrwał tak wyraźnie w pamięci potomnych dzięki swojej genialnej mszy żałobnej, Requiem? Należy przyjąć również taką możliwość, że pośmiertną sławę Mozartowi zapewniło jego dość bujne życie; przy wiejsko-mieszczańskim trybie życia Bacha kariera Wolfganga jawi nam się jako nieprzerwane pasmo ekscesów, które prędzej przypisalibyśmy do bogów rocka w XX wieku (tak – były kobiety, mnóstwo muzyki oraz tragiczna śmierć w kwiecie wieku). Niezależnie od powodów to właśnie nazwisko Mozarta jest dziś – przynajmniej w głównym nurcie – najbardziej znane z nazwisk wszystkich wielkich mistrzów kompozycji minionych epok.

Dziś, 5 grudnia 2016 roku, obchodzimy rocznicę wyjątkową: 225-lecie śmierci Wolfganga Amadeusza Mozarta. Salzburczyk umarł pod koniec 1791 roku w Wiedniu, ówcześnie jednym z najważniejszych miejsc na politycznej i kulturowej mapie Starego Kontynentu. Powszechnie uważa się, że umarł w dojmującej nędzy, czego dowodem ma być nieprzystający do skali jego geniuszu pochówek w anonimowej mogile dla biednych. Tymczasem, jak to zwykle bywa w przypadku obiegowych opinii, rzecz miała się nieco inaczej. By dołożyć swoją cegiełkę do odkłamywania postaci Mozarta postanowiłem napisać krótki esej historyczny o dwóch dziełach powstałych pod koniec jego życia (dziełach, warto dodać, kluczowych dla pamięci o nim): operze Die Zauberflöte (Czarodziejski flet, KV 620) oraz słynnym Requiem, KV 626.

Rok 1791 był dla Mozarta okresem stosunkowo dobrym, szczególnie w porównaniu do poprzednich 12 miesięcy. 20 lutego 1970 roku zmarł cesarz Józef II, protektor (momentami wątpliwy, ale zawsze) swojego utalentowanego poddanego, a jego następcą został Leopold II, który do Wolfganga nie miał już tyle ciepłych uczuć ani zrozumienia. Mozart tym samym stracił poważne źródło swoich dochodów, które na dodatek były skutecznie drenowane przez jego żonę, Konstancję. Właśnie z 1790 roku pochodzi wiele upokarzających listów Mozarta do kupca Puchberga, który prosi o kolejne pożyczki, wciąż obiecując, że niebawem spłaci te stare, bowiem mierzy się zaledwie z „chwilowymi tarapatami”. Mozart miał powody do rozpaczania po śmierci Józefa II, jednak dokładnie rok później znajdował się w zupełnie innym stanie ducha: oto na początku marca zwrócił się do niego Emanuel Schikaneder z propozycją napisania opery magicznej – i to po niemiecku (warto tutaj zaznaczyć, że mówimy o czasach włoskiej dominacji w tego typu muzyce). Nie tylko było to spełnienie marzeń Mozarta – ten bowiem najmocniej ukochał sobie operę jako gatunek muzyczny – ale i zastrzyk gotówki, który był mu wówczas tak bardzo potrzebny.

Mozart pracował z Schikanederem przez kilka miesięcy, które z jednej strony przynoszą wiele trosk Wolfgangowi, z drugiej zaś są okazją do wypoczynku; czy to od żony (którą w tym czasie „kochał” już raczej z przyzwyczajenia), czy od trosk codziennego życia. Wysiłek włożony w Czarodziejski flet tak go pochłonął, że odmówił swojemu byłemu libreciście, Lorenzo Da Ponte, potencjalnie intratnej podróży do Londynu. Jego – jak się okazało – przedostatnia opera musiała być wyjątkowa. Zresztą nie tylko Mozartowi zależało na jej sukcesie – również Schikaneder dbał usilnie o jej wysoką jakość, czego dowodem może być zmienianie libretta, by jak najlepiej odnosiło się do ówczesnych wydarzeń (jak lipcowy lot balonem François Blancharda).

W międzyczasie Mozartowi przybyło zamówień. Jednym z nich była opera seria La clemenza di Tito (Łaskawość Tytusa, KV 621) do libretta Pietra Metastasia (skomponowana pośpiesznie, Mozarta gonił bowiem nieprzekraczalny termin koronacji wspomnianego już Leopolda II na króla Czech), drugim zaś msza żałobna, zamówiona w dość tajemniczych okolicznościach. Do Mozartów przybył pewnego dnia sprawiający nieprzyjemne wrażenie posłaniec, który przekazał anonimowy list z zapytaniem o możliwość skomponowania przez Wolfganga Requiem. Ten – po wahaniach i konsultacjach z Konstancją – przyjął zamówienie; z powodu zapracowania (w końcu komponował jednocześnie dwie opery!) musiał jednak odłożyć Requiem na później. Tajemniczym zleceniodawcą ostatniej kompozycji Mozarta okazał się być hrabia Walsegg, który postanowił uczcić pamięć niedawno zmarłej żony. Co ciekawe, jego zamiarem było przypisanie sobie autorstwa tego arcydzieła, co – jak wiemy – ostatecznie nie wyszło.

30 września 1791 roku w Theater auf der Wieden odbyła się prapremiera Czarodziejskiego fletu. Znamiennym jest, że publiczność początkowo nie doceniła tego wiekopomnego dzieła; ponoć brawa po pierwszym akcie były tak słabe, że Mozart musiał być pocieszany przez Schikanedera. Kolejne wystawienia tej opery odnosiły jednak coraz większy sukces, szczególnie w latach późniejszych, gdy dotarła ona do Pragi (1792), Frankfurtu (1793) czy Berlina (1794). „Niemieckość” opery co prawda była dla wielu melomanów nie do przełknięcia, jednak dla samych Niemców stanowiła powód do dumy. Było to jedno z najwybitniejszych osiągnięć muzyki niemieckiej, które miało zainspirować ogromną rzeszę twórców w XIX wieku (w tym Richarda Wagnera, dla którego Czarodziejski flet okazał się kompozycją całkowicie zmieniającą poglądy dotyczące zależności między tekstem a muzyką).

Po chłodnym przyjęciu Tytusa i nieco cieplejszym (choć wciąż niezadowalającym) Czarodziejskiego fletu mógł Mozart poświęcić się w pełni swojemu ostatniemu dziełu. I to naprawdę „poświęcić”: salzburczyk nie tylko odwołał wszystkich swoich uczniów, ale i pracował bez wytchnienia, czując oddech śmierci na swoim karku. Co ważne, od pewnego momentu pisał on Requiem z przekonaniem, że jest to msza żałobna dedykowana jego pamięci. Konstancja za jego marny stan zdrowia zaczęła obwiniać właśnie tę kompozycję, nie dostrzegając w kiepskim losie małżonka swojej winy. Ostatecznie Mozart zmarł 5 grudnia 1791 roku, zostawiając swoje Requiem niedokończone. Na prośbę Konstancji utwór zostaje dopracowany m.in. przez ucznia Mozarta, Franza Xavera Süssmayra.

Do tej pory nie wiadomo co stało za śmiercią Mozarta. Część osób twierdzi, że otruł go Salieri, jeden ze znanych muzyków XVIII-wiecznego Wiednia. Chociaż teoria ta brzmi niezwykle ciekawie, należy ją najprawdopodobniej odrzucić: Mozart nie był w 1791 roku tak sławny i ceniony jak mogłoby się wydawać, przez co Salieri nie miał najprawdopodobniej żadnych powodów, by czyhać na jego życie. Być może przyczyną śmierci Wolfganga był jego niezdrowy tryb życia i choroby? Ciekawy pogląd na tę sprawę przedstawił socjolog Norbert Elias, który nagłe pogorszenie się zdrowia Mozarta przypisuje utraty chęci do życia. Z większą stanowczością można jednak stwierdzić, że chociaż autor Czarodziejskiego fletu rzeczywiście spoczął w anonimowym grobie, to nie stało się tak dlatego, że był biedny. Co prawda zostawił żonę z długami, ta szybko sobie z nimi poradziła, uzyskując m.in. skromną rentę od Leopolda II czy sprzedając kilka dzieł swojego męża królowi Prus za znaczną sumę. Należy również pamiętać, że z dnia na dzień na popularności zyskiwała najsłynniejsza niemiecka opera, która przynosiła regularny dochód.

Wydawać by się mogło, że nagły wzrost popularności artysty po jego śmierci jest zjawiskiem ściśle przypisanym do wieku XX, szczególnie zaś do muzyki rockowej. W 2016 roku mogliśmy zaobserwować to wielokrotnie: zmarł przecież David Bowie czy Leonard Cohen, a ich płyty (stare i nowe) ponownie zaczęły znakomicie się sprzedawać. A jednak tradycje tego mechanizmu sięgają znacznie głębiej. Mozart – pomimo swojego geniuszu – zdobył nieśmiertelną sławę dopiero po śmierci. Z drugiej strony nie powinniśmy też zbyt rozczulać się nad jego ostatnimi miesiącami życia: był to wszakże niezwykle twórczy okres, który przyniósł mu możliwość skomponowania aż dwóch oper i arcydzieła muzyki sakralnej.

Pasek - kreska

CHCIAŁBYM POSŁUCHAĆ MOZARTA, ALE NIE WIEM OD CZEGO ZACZĄĆ

 

Jeżeli ktoś – tak jak w podtytule – chciałby zacząć swoją przygodę z Mozartem, powinien natychmiast sięgnąć właśnie po Requiem. Nie dość, że jest to dzieło niezwykle przejmujące i „epickie”, to jeszcze jest relatywnie krótkie, szczególnie jak na standardy muzyki dawnej. Od siebie polecić mógłbym trzy wykonania: Bruno Weila i Tafelmusik, Philippe’a Herreweghe’a oraz Johna Butta i Dunedin Consort. Są to nagrania dosyć młode, reprezentujące nowe podejście do dobrze znanego nam dzieła. Nie ma w nich miejsca na „zwalistość” interpretacji Soltiego czy Karajana; w jej miejsce przyszła niemalże rockowa energia.

Warto również dodać, że z okazji 225. rocznicy śmierci Mozarta ukazał się potężny box The New Complete Edition, który jest najpełniejszym zbiorem nagrań utworów pochodzącego z Salzburga kompozytora. Znaleźć tam można wszystko: od rzeczy już rozpowszechnionych, przez rejestracje dopiero co odkrytych utworów, skończywszy na kilku mniej lub bardziej ważnych ciekawostkach. Pudło to uzupełnione jest o dwie książki (biografię Mozarta i zbiór esejów o nim) oraz zaktualizowany katalog Köchla (Köchelverzeichnis).