Return to Ommadawn – recenzja

Autor: Bartosz Pacuła
Zdjęcia: Virgin EMI Records (nr 1-5), Bartosz Pacuła (nr 6-7)

 

Tubular Bells, Hergest Ridge oraz Ommadawn: te trzy albumy, wydane na przestrzeni lat 1973-1975, w zasadzie definiują całą twórczość Mike’a Oldfielda. To właśnie one uważane są przez wielu melomanów za jego najlepsze dzieła, do których w następnych dekadach próbował – z lepszym bądź gorszym skutkiem – nawiązać. Oczywiście daleki jestem od stwierdzenia, że „Mike Oldfield skończył się na Ommadawn”, trudno jednak nie zgodzić się z tymi, którzy właśnie w tej trójcy upatrują szczytów geniuszu Oldfielda.

Tym bardziej, że jego kariera pełna jest wzlotów i upadków. Do tych pierwszych zaliczyć należy występ podczas ceremonii otwarcia Igrzysk Olimpijskich w Londynie w 2012 roku (obejrzeć możecie go TUTAJ) czy naprawdę niezłe albumy o bardziej popowym charakterze z lat 80. (mam tutaj na myśli Five Miles Out, Crises oraz Discovery), do tych drugich: nieustanne molestowanie swojego opus magnum (tak, patrzę tutaj w kierunku drugiej i trzeciej części Tubular Bells) czy fatalny krążek Man on the Rocks z 2014 roku. To właśnie temu ostatniemu dziełu zawdzięczam prawie trzyletnią apatię dotyczącą współczesnej działalności Brytyjczyka. Dlatego też wieść o wydaniu krążka Return to Ommadawn nie zrobiła na mnie żadnego wrażenia, prowokując jedynie myśl, że oto po raz kolejny Oldfield odgrzeje nam starego kotleta.

Co zabawne, tak się dokładnie stało, a ja tym wszystkim jestem zachwycony. Na Return… nie uświadczymy w zasadzie niczego nowego. To Oldfield w najbardziej klasycznym ze swoich wszystkich wydań. Nie ma na jego najnowszym albumie niczego, czego wcześniej byśmy nie słyszeli. A jednak, z niezrozumiałych dla mnie przyczyn, przez kilka dni nie potrafiłem od krążka się oderwać. Doskonale zdawałem sobie sprawę, że stary wujek Mike karmi mnie po raz kolejny tym samym, ale zupełnie mnie to nie obchodziło. Być może było to spowodowane faktem, że po naprawdę miernym Man on the Rocks miałem niewielkie oczekiwania. A może człowiek lubi od czasu do czasu uraczyć się czymś znanym, okrytym jednak nowymi ciuchami?

W skład Return to Ommadawn wchodzą dwie kompozycje (Return to Ommadawn (Part One) oraz Return to Ommadawn (Part Two)), które na winylu zajmują dokładnie po jednej stronie. Są to długie, ponad 20-minutowe instrumentalne suity, które nawiązują do największych osiągnięć Oldfielda w tej dziedzinie. Stanowią więc swojego rodzaju „baśń”, która rozwija się z upływem czasu, prezentuje coraz więcej „wątków” i prowadzi słuchacza do szczęśliwego zakończenia. Warto zaznaczyć, iż Oldfield swoją opowieść snuje umiejętnie; z gracją, ale i z polotem. I – przede wszystkim – niezwykle konsekwentnie. Na pochwałę zasługuje również klimat całości. Pełno tu magii i swojego rodzaju dziecięcej naiwności. Wszystko to zostało nam zaserwowane z głową i wyczuciem, dzięki czemu nikt nie powinien narzekać na zbytnią infantylność.

Wydanie dwukrotnie już przywoływanej w tym tekście płyty Man on the Rocks spowodowało także, że zupełnie inaczej podszedłem do kwestii jakości dźwięku na najnowszym wydawnictwie Oldfielda. Ta, samo z siebie, pozostawia sporo do życzenia. Przede wszystkim zabrakło mi tutaj pomysłu na ciekawe zaprezentowanie sceny dźwiękowej, dość płaskiej i przez to nudnej. Po raz kolejny nie mogłem również cieszyć się zbyt wielką liczbą informacji na dole i górze pasma, które jest na Return… wyraźnie okrojone. A jednak w porównaniu do Man… Oldfield poczynił wielki krok naprzód. Dźwięk nareszcie nie „huczy”, nie jest też tak karykaturalnie ostry i nieprzyjemny, zamieniając te niepożądane cechy na większe nasycenie i lekkie ocieplenie brzmienia.

Najbardziej w dorobku Mike’a Oldfielda cenię sobie dwa okresy jego kariery: ten pierwszy, gdy bez żadnego wysiłku komponował długie, przemyślane utwory o epickim charakterze oraz ten z pierwszej połowy lat 80., gdy 20-minutowe suity zamienił na chwytliwe przeboje popowe. Teraz do swoich faworytów mogę zaliczyć kolejny krążek Brytyjczyka. Wiem doskonale, że Return to Ommadawn nie wnosi do świata muzyki nic nowego. Ale żeby każdy album leciwej gwiazdy rocka miał w sobie tyle energii i sprawiał tyle czystej, niczym nieskrępowanej frajdy!

Pasek - wydanie

Album Return to Ommadawn można nabyć w czterech formach: CD, CD/DVD (Deluxe Limited Edition), LP oraz pliku do pobrania. Ja sam pozostałem wierny czarnej płycie. Ku mojemu zaskoczeniu infantylna okładka na żywo prezentuje się nad wyraz okazale: jest epicka, baśniowa, magiczna – dokładnie taka, jak muzyka na Return…. Warto dodać, iż do longplaya wydawca zdecydował się dołączyć kod uprawniający do pobrania albumu przez internet. Niestety, z niewiadomych przyczyn (chociaż, jak tak sobie teraz myślę, jeśli nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o…) można ściągnąć wyłącznie pliki MP3.

Pasek - informacje

Wykonawca: Mike Oldfield
Tytuł: Return to Ommadawn
Wytwórnia: Virgin EMI Records
Data wydania: 20.01.2017
Gatunek: Rock
Czas trwania: 42:07