Robert Piaskowski (Krakowskie Biuro Festiwalowe) – wywiad

Autor: Bartosz Pacuła
Zdjęcia: Krakowskie Biuro Festiwalowe

 

Pewnie część ludzi – po przeczytaniu tego wywiadu – stwierdzi, że został on przeprowadzony niezgodnie ze sztuką. Co to znaczy? Zwykle wywiad to rozmowa dwóch osób (pytającej i pytanej) o (mniej lub bardziej) dynamicznym charakterze. Takiego wywiadu z panem Robertem Piaskowskim, Zastępcą Dyrektora ds. Programowych Krakowskiego Biura Festiwalowego, nie dało się przeprowadzić. Mój rozmówca okazał się bowiem człowiekiem, który ma wiele ciekawych rzeczy do powiedzenia. Nie spieszy się, waży słowa, ale oferuje wyjątkową perspektywę człowieka, który w swojej branży odniósł prawdziwy sukces. Bo jak inaczej nazwać sytuację, w której komuś za dobrze wykonaną robotę dziękuje Hans Zimmer?

Na mój wywiad, który odbył się jeszcze w kwietniu, przygotowałem ok. 10 pytań. Zdążyłem zadać cztery – i to pomimo faktu, że rozmowa potrwała 15 minut dłużej niż powinna. Ale może to dobrze – zbyt często natrafiam na wywiady (w poważnych tytułach, zarówno branżowych, jak i o ogólnym charakterze), w których dziennikarz stara się zająć tyle samo miejsca co bohater danej konwersacji. Oddaję więc pole panu Robertowi.

Pasek - kreska

Wywiad z Panem umawiałem już od kilku miesięcy i dopiero teraz udało się go zrealizować. Czy dobrze mi się wydaje, że jest Pan niezwykle zapracowanym człowiekiem?

Tak, to prawda –mam bardzo dużo na głowie. Odpowiadam za wiele wydarzeń i festiwali Krakowskiego Biura Festiwalowego. KBF produkuje ponad 600 wydarzeń rocznie. Odpowiadam też za rozliczne partnerstwa – w muzyce dawnej, elektronicznej, współczesnej, filmowej za cały obszar związany z literaturą, produkcją filmową itd. Nie narzekam zatem na niedobór zajęć. Ważne jest też, by mieć do pomocy odpowiedni zespół. Ja mam wielkie szczęście, ponieważ mam ogromne wsparcie mojego zespołu programowego. Ludzie pracujący ze mną podzielają te same wartości, umieją też sami wziąć sprawy we własne ręce i radzić sobie z problemami. Nie widzą problemów, tylko koncentrują się na rozwiązaniach. Każdy dostaje tutaj od razu duży pakiet odpowiedzialności, stawiamy na samodzielność. Niektórych może to przestraszyć, ale są ludzie, których to napędza. I ja, powtórzę, mam szczęście być otoczony tego typu osobami. Myślę, że to także dzięki temu Festiwal Muzyki Filmowej jest tym czym jest: potężnym, liczącym się i szanowanym.

„Muzyka filmowa” staje się, na naszych oczach, terminem historycznym. Coraz częściej branża posługuje się terminem „screen music”, biorąc pod uwagę to, jak wielką rolę w naszym życiu odgrywają urządzenia mobilne: smartfony, tablety, panele dotykowe. Tego typu muzyka nie dotyczy już tylko filmu, ale szeregu różnych, znacznie bardziej zróżnicowanych, mediów. My na FMF-ie staramy się to podkreślać. „All is film music” – wszystko jest muzyką filmową. Od lat zwracamy na to uwagę, na wielogatunkowość tego obszaru, to muzyka etniczna, pop, elektro, jazzowa, albo na wskroś neoromantyczna, klasyczna. Pokazujemy, że kompozytorzy przemawiają do nas różnymi językami po to, aby pomóc nam przeżyć ten film głębiej, inaczej. Proszę zwrócić uwagę, że nigdy nie zdecydowaliśmy się na edycję monograficzną, poświęconą jednemu zagadnieniu czy zjawisku w muzyce. Od lat stawialiśmy na różnorodność, starając się, by każdy na tym festiwalu odnalazł coś dla siebie.

To się łączy, jak mi się wydaje, z precyzyjnie wybranym targetem publiczności. Zależy nam na jej wielopokoleniowości, by na jednej płaszczyźnie spotykali się młodsi odbiorcy kultury z seniorami pamiętającymi artystów, którzy dla młodych ludzi już niewiele znaczą. Poszerzamy bazę naszych odbiorców przeprowadzając różne eksperymenty. A to wprowadzamy muzykę dance’ową, a to elektroniczną, a to soundtracki z gier komputerowych. Dokładnie rok temu muzyka z Wiedźmina 3 zdominowała finał FMF-u. Również w zeszłym roku na naszym festiwalu zabrzmiał improwizowany jazz. Jak Pan widzi, podczas Festiwalu Muzyki Filmowej pokazujemy klasyczne partytury, ale i inżynierię dźwiękową – bo przecież tak można nazwać muzykę dronową Jóhanna Jóhannssona.

Widzę, że zacząłem już sam przeprowadzać ten wywiad (śmiech). Ale proszę mi wybaczyć –  to dla mnie bardzo ważne, by podkreślić, że wielorakość publiczności jest dla nas kluczowa. Stanowi to, moim zdaniem, największą wartość tego festiwalu. W pierwszym tygodniu sprzedaży biletów sprzedaliśmy 10 000 biletów i to bez żadnej reklamy. Na dwa miesiące przed startem festiwalu mamy sprzedane ponad 20 000 wejściówek, a jeszcze nikt nie widział żadnego plakatu! Widać tu siłę marki, ale i – co ważniejsze – siłę wspólnoty, która wokół FMF-u powstała. Znam takie historie, że ludzie specjalnie biorą urlopy na czas trwania tego festiwalu, przyjeżdżając niejednokrotnie z najdalszych zakątków świata. Mamy kilka par, które się na festiwalu zaręczyło, a nawet kilka takich, które wzięło na nim ślub. Rok temu para z Belgii przywiozła tu kilkudziesięciu gości i zorganizowała ślub, a potem panna młoda w białej sukni przyszła do Centrum Kongresowego ICE. Publiczność mogło to zaskoczyć, ale dla tych ludzi był to ważny moment, ponieważ festiwal jest częścią ich życia. Niektórzy tagują się na facebooku „pokolenie FMF” i wiem, że to jest prawda i  to zawsze chcieliśmy osiągnąć – by FMF był elementem historii różnych ludzi, od widzów/melomanów, przez artystów, na osobach organizujących to przedsięwzięcie skończywszy. Tak było w moim wypadku: Festiwal Muzyki Filmowej był moim pierwszym poważnym projektem po przyjściu do Krakowskiego Biura Festiwalowego. Tak samo stało się w wypadku Agaty Grabowieckiej, która jest generalnym menedżerem tego festiwalu; ona ubiegała się o pracę w Biurze po tym, gdy wzięła udział – jeszcze jako widz – w pierwszej edycji festiwalu i powiedziała sobie: „To chcę właśnie robić w życiu”. I jest to dla mnie źródłem ogromnej satysfakcji.

Warto dodać, iż my – po 10 latach – zbudowaliśmy coś więcej niż markę. Rozwinęliśmy platformę dla muzyki filmowej w skali globalnej. To była ogromna wolność, jaką dał nam Prezydent miasta i jego zastępcy, a także kolejne dyrekcje Krakowskiego biura Festiwalowego. Dekadę temu, gdy zaczynaliśmy swoją przygodę z FMF-em, nie było absolutnie niczego. Żadnego dostępu do artystów, agencji, nut. Pamiętam, że pierwszą edycję festiwalu skrytykowała prasa, spodziewając się w Krakowie zdobywców Oscarów, a otrzymując jakiś „marny” koncert typu „The best of film music”. Ale już na pierwszej edycji mieliśmy Władcę Pierścieni, który okazał się fenomenalnym wydarzeniem i na wiele lat określił tożsamość tego festiwalu. Nawet później, gdy to już wszystko wystartowało, nie było łatwo. Mam tutaj na myśli kryzys FMF-u, który miał miejsce przy jego piątej edycji (w 2012 roku – dop. red.). Istniała wtedy realna groźba, spowodowana zawirowaniami polityczno-gospodarczymi, że festiwal się nie odbędzie. I wtedy właśnie ta publiczność, której my jeszcze nie odbieraliśmy w kategoriach wspólnoty, sama się skrzyknęła w internecie w obronie wydarzenia. Za głosem widzów poszedł także głos branży: wielcy kompozytorzy – na przykład Howard Shore czy Abel Korzeniowski – wsparli nas i nasze wysiłki. To był prawdziwy przełom. Okazało się bowiem, że festiwal dostrzeżono w Hollywood! A być dostrzeżonym w Fabryce Snów to jest największy sukces.

Paradoksalnie kryzys ten wydatnie nas wzmocnił. Kazał się nam zastanowić co takiego się stało, że taka impreza mogła się nie odbyć, ale i – z drugiej strony – w jaki sposób udało nam się „wychować” tak ogromną i lojalną publiczność. W tym roku nie wiemy nawet ile ludzi nas odwiedzi, ponieważ planujemy zorganizować wielką imprezę o charakterze otwartym z Giorgio Moroderem na placu przed historycznym dworcem PKP w Krakowie. Osiągnięcie takich wyników nie było jednak efektem postawionych w ten sposób celów. Nigdy nie myśleliśmy w kategoriach bicia jakichkolwiek rekordów publiczności. To po prostu sami fani domagali się więcej i więcej. Oczywiście ważną rolę odegrała też – otwarta w międzyczasie – nowa infrastruktura miejska. W końcu Tauron Arena i Centrum Kongresowe ICE Kraków, którego KBF jest operatorem, umożliwiło nam dużo lepsze, bezpieczniejsze i znacznie tańsze organizowanie różnych imprez i wydarzeń kulturalnych – w tym właśnie FMF-u. Dało nam to komfort, którego wcześniej nie mieliśmy. Oczywiście musieliśmy za to w pewien sposób zapłacić. Myślę tu przede wszystkim o hali ocynowni w Nowej Hucie, która na zawsze pozostanie piękną częścią historii festiwalu, ale z której już nie korzystamy, ponieważ generowała zbyt wysokie koszty.

Oczywiście sukces festiwalu pociągnął za sobą i mniej oczywiste konsekwencje. Wystarczy spojrzeć na wysyp różnego rodzaju koncertów związanych z muzyką filmową, które niejako wyrosły na FMF-ie. Niektórzy nawet to cynicznie wykorzystują, planując swoje wydarzenia w okolicach maja, tuż obok naszego festiwalu i starając się podpiąć pod jego promocję. Często są to rzeczy niedopracowane i bardzo drogie. Ale nie zawsze tak jest. Część takich wydarzeń świadomie nawiązuje do tego co się dzieje u nas w Krakowie, a niektóre zostały nawet na festiwalu wytworzone. Takich produktów, które miały u nas światowe premiery, a potem wyruszyły w świat, jest kilkanaście. Samo tournée Hansa Zimmera jest pokłosiem tego, co wydarzyło się na FMF-ie, kiedy Hans stanął przed wielką publicznością w hali ocynowni i musiał zmierzyć się z ogromną tremą. Rok temu, kiedy się z nim spotkałem rok temu, powiedział mi: „Wiesz Robert, to właściwie dzięki Wam zrozumiałem jak ważny jest mój kontakt z publicznością, jak bardzo potrzebuję takich emocji”. Odpowiedziałem mu: „Hans, ale nie opowiadaj głupot. Przecież dawałeś już koncerty, na przykład w Kodak Theater czy Gandawie”. „Tak, ale to nie to samo. Tutaj jest zupełnie inna energia” – usłyszałem w odpowiedzi. Wiele, jak się okazało, Festiwalowi Muzyki Filmowej zawdzięcza też Elliot Goldenthal. Wszyscy przecież pamiętają jego kryzys związany z wielkim procesem, który wytoczył wytwórni Warner Brothers. Eliot co prawda ten proces wygrał, ale od Hollywood otrzymał wilczy bilet. Dla niego nasz festiwal był powrotem do twórczości. Odkąd w Krakowie spotkał się z Kilarem czy z Pendereckim jest na wznoszącej fali i pędzi do przodu, tworzy, komponuje. Z kolei Jeff Beal wykorzystał FMF do zorganizowania światowej premiery muzyki z House of Cards, by zaraz potem rozwinąć ten projekt w pełnoprawną trasę koncertową, z którą jeździ po całym świecie. Podobnie rzecz się miała z Raminem Djawadi; to właśnie w Krakowie suita z Gry o Tron miała swoją premierę na żywo, a teraz jest to w pełni rozwinięte show na dwie godziny.

Oczywiście KBF-u, z racji przyjętej filozofii działania, nie interesuje komercyjna strona rynku – choć bez wątpienia jest bardzo ciekawa. Nas interesuje jednak coś innego – że FMF stał się swego rodzaju „market place”, miejscem, w którym dochodzi do spotkania ludzi, idei, pomysłów. Co ważniejsze, dzięki festiwalowi zwróciliśmy kompozytorom muzyki filmowym należne ich miejsce. W filmie ich dzieła traktowane są przedmiotowo; tnie się je, wycina, nagina pod konkretne sceny – i to często nawet bez udziału samego artysty. Dzięki temu festiwal stał się ważny nie tylko dla publiczności, ale i dla branży. To jest teraz market place, „place to be”, tutaj po prostu trzeba się pojawić. Udowadniamy cynikom, że muzyka filmowa może istnieć bez ekranu, na swoich warunkach. I że artyści z nią związani nie muszą się czuć gorsi od ludzi zajmujących się muzyką dawną. Wykonywanie na dobrym poziomie muzyki filmowej jest równie trudne co granie kompozycji barokowych, a czasami nawet trudniejsze.

Pamiętam jak wielkim wyzwaniem dla artystów było odegranie muzyki z Incepcji w hali ocynowni. Przecież to był prawdziwy kolos, coś trudnego do zaprezentowania na żywo. Co prawda nie wszystko wyszło idealnie, ale wrażenia były niesamowite. Raz nawet trafił nam się kompozytor, który zarzekał się, że wykonanie jednego z jego utworów jest w warunkach live niemożliwe. Szybko udowodniliśmy mu, że się myli. Można nawet pokusić się o stwierdzenie, że my przecieraliśmy szlaki dla kompozytorów, pomagając im niejednokrotnie zmieniać ich przyzwyczajenia, łamać utarte schematy. Muzyka filmowa nie powinna istnieć tylko w filmie. Trzeba ją pokazywać ludziom, nagrywać, ale i grać na żywo, spisywać partytury, organizować publiczne koncerty. To jest przecież ważny element kultury XX i XXI wieku.

W tym roku współorganizowany przez Krakowskie Biuro Festiwalowe festiwal muzyki dawnej Misteria Paschalia został zaprezentowany w całkowicie zmienionej formule. Zamiast zbioru mniej lub bardziej powiązanych ze sobą dzieł mogliśmy usłyszeć kompozycje, które czerpią z francuskich tradycji muzycznych, pojawiła się też nowa funkcja Dyrektora Rezydenta. Ta zmiana jawi mi się jako coś potrzebnego, ale i radykalnego. Czy powinniśmy spodziewać się podobnego ruchu ze strony KBF-u przy Festiwalu Muzyki Filmowej? W końcu w tym roku świętujemy 10-lecie tego wydarzenia, może to dobry czas, by zamknąć pewien rozdział w jego historii?

Z mojej perspektywy radykalną zmianą byłaby sytuacja, w której oddałbym stery FMF-u komuś innemu (śmiech). Na pewno zmieniłoby to dynamikę tego festiwalu. Przyznam się szczerzę, że przychodziły mi do głowy takie pomysły. Chciałbym uniknąć myślenia o FMF-ie w kategoriach „dożywocia”. To mogłoby się skończyć bardzo źle – impreza byłaby przewidywalna i… nudna. Póki co jednak udaje nam się trzymać wysoki poziom. Może nie jestem w tej ocenie obiektywny, ale wydaje mi się, że festiwal co roku zadziwia, nigdy nie był przewidywalny. FMF zawsze traktowaliśmy jako święto różnorodności. Abel Korzeniowski nie ma nic wspólnego z muzyką do Titanica, trudno też znaleźć jakieś podobieństwa między Giorgio Moroderem a Johnem Williamsem. Neverending Story łączy Morodera z Doldingerem tylko w ten sposób, że ten drugi skomponował piosenkę na rynek amerykański. Jeden koncert jest dla hipsterów, drugi dla osób, które szukają sentymentalnego powrotu do lat dzieciństwa, a kolejny stanowi przekrój tego, co uważamy za istotne w kontekście „screen music”.

Na pewno chcielibyśmy wrócić do projektu Scoring for Polish Directors, a nawet go przerodzić w cykl Scoring for Directors. To – jak uważam – czas, by zacząć prezentować monograficzne koncerty, pokazujące współpracę na linii kompozytor-reżyser. Kilka takich wydarzeń już się w ramach FMF-u odbyło. Na przykład koncert z muzyką Alberto Iglesiasa do filmów Pedro Almodóvara. Ale po Polańskim i po Wajdzie wybór takiej pary na jubileuszową edycję festiwalu byłby bardzo znaczący. Ludzie mogliby to postrzegać jako zabieg hierarchizujący – a tego chcieliśmy uniknąć. Na pewno jednak do formuły Scoring for… wrócimy. Istotna dla nas jest również eksploracja czegoś nowego. Polem do takich eksperymentów jest nasze Forum Audiowizualne. Rok temu mówiliśmy o zabiegach akustycznych, elektroakustycznych, o muzyce algorytmicznej, w tym roku też chcemy podejmować kontrowersyjne tematy. O wyjątkowości FMF-u świadczy też balans między wielkimi tytułami filmowymi, które współtworzyły naszą kulturę a propozycjami najnowszymi, najświeższymi. Przykładem filmu należącego do tej drugiej kategorii jest La La Land. Na festiwalu zabrzmi premierowo suita z tego dzieła, co jest przedsięwzięciem o tyle karkołomnym, że na przygotowanie całości mieliśmy niezwykle mało czasu. Co prawda samego Hurwitza nie uda nam się przywieźć w tym roku, będzie za to – premierowo! – jego muzyka. Pomysłów w każdym razie nam nie brakuje, mamy plany na jakieś trzy-cztery lata do przodu.

Pytanie może być grząskie, szczególnie teraz, gdy sytuacja polityczna w Polsce jest napięta, ale istotne: jak ocenia Pan współpracę na linii ludzie kultury-władza/państwo?

To naprawdę trudne pytanie. Oczywiście łatwo przesadzić w jedną lub w drugą stronę, na dodatek taka odpowiedź jednoznacznie nas klasyfikuje politycznie. Ja na szczęście mam festiwal, który łączy a nie dzieli. FMF kochają ludzie wszystkich opcji politycznych, to jest produkt neutralny pod względem światopoglądowym. I to pomimo tego, że nie uciekamy od ważnych problemów współczesności, takich jak ekologia, mniejszości, pokój na świecie, prawa człowieka. O tych tematach dyskutujemy, te tematy pojawiają się w filmach, które wybieramy na kolejne edycje FMF-u. Nie są jednak podporządkowane żadnej opcji światopoglądowej. Ważną kwestią jest również brak dofinansowania naszego festiwalu ze środków centralnych, no – poza kilkoma programami edukacyjnymi. Ten festiwal jest piękną – i wciąż trwającą – przygodą dzięki wsparciu władz Krakowa i Prezydenta miasta. Dzięki temu wszystkiemu FMF to piękny, kosmopolityczny festiwal o światowym znaczeniu, który wydaje się być bardziej odpornym na zawirowania polityczne.

Co więcej, FMF to wydarzenie dla każdego. Ludzi zamożnych i tych, którzy dysponują ograniczonym budżetem; ludzi sprawnych i takich, którzy mają pewne problemy. Dla przykładu, w ramach festiwalu robiliśmy audiodeskrypcję dla niedowidzących, specjalne ścieżki dostępu dla ludzi niepełnosprawnych, eksponowaliśmy rolę kobiet, pokazywaliśmy rolę mniejszości – w tym narodowych czy seksualnych. Chciałbym jednak zaznaczyć, że nie staramy się iść za żadną modą. Tematem Puszczy Białowieskiej zajęliśmy się rok temu nie dlatego, że jej sprawa stała się głośna, ale dlatego, że akurat wtedy skończył się dwuletni projekt Akademii Górniczo-Hutniczej, która zbierała dźwięki tego wyjątkowego terenu. Jak Pan widzi, nie unikamy tematów trudnych, ale unikamy jakichkolwiek nawiązań o charakterze politycznym. Dlatego właśnie na FMF-ie ludzie się dobrze czują i mogą naprawdę wypocząć.

Z pańskich wypowiedzi jasno wynika, że wierzy Pan w moc festiwali. W to, że mogą one – i ogólnie: wydarzenia kulturalne – zmieniać otaczającą nas rzeczywistość.

Ma Pan na myśli problem festiwalizacji kultury?

Nie. Chodzi mi o to, że te wielkie słowa – o trudnych tematach, budowaniu wspólnoty – ładnie brzmią, ale czy rzeczywiście festiwale – nie tylko FMF – mają taką moc twórczą?

Ja jestem zwolennikiem festiwali. Uważam, że są potrzebne z wielu powodów. Bo nas gromadzą razem, konfrontują z odmiennością, zwracają uwagę na innych ludzi. Bo łączą nas ze światem, zmieniają naszą rzeczywistość, mają wpływ na rozwój ekonomiczny miasta. Wokół naszych krakowskich festiwali powstały całe sektory gospodarki, specjalistyczne firmy, które rozwijają się wraz z obsługiwanym przez siebie festiwalem. A także sfera turystyki, w tym turystyki kulturalnej. Nie można zapomnieć też o budowaniu wizerunku miasta. Jednak najważniejszą rzeczą dla mnie jest inwestycja w kapitał kulturowy mieszkańców. Oczywiście, że nie zmienimy czyiś poglądów tylko dlatego, że przemycimy kontrowersyjne treści od czasu do czasu. Ważna jest jednak konsekwencja stanowiąca element tożsamości i misji FMF-u. A misją tego wydarzenia nie jest zarabianie pieniędzy czy granie na nazwisko jednej osoby, ale sprawianie, by ludzie byli szczęśliwi, by mieli poczucie mieszkania we wspaniałym mieście.

Początkowo myślałem, że chce Pan zadać pytanie o festiwalizację kultury, ponieważ – jako człowiek zajmujący się właśnie festiwalami – często borykam się z tego typu zarzutami. Zawsze odpowiadam swoim krytykom: „Zobaczcie jaka jest relacja między festiwalami a tym istniejącym życiem kulturowym, gospodarczym. Festiwale zmieniają miasta, ludzi i ich nastawienie, mają wpływ na całą lokalną scenę „. Wracając do wspomnianych przez Pana Misteriów – prze nimi nikt w tym mieście nie słyszał o muzyce dawnej. Od czasu do czasu przyjechał do nas jakiś mistrz… i tyle. A my zbudowaliśmy cały ten wizerunek Krakowa jako miasta muzyki dawnej. Zaczęło się od Misteriów, a potem dołączyła do tego Opera Rara, przemiana Capelli Cracoviensis, klasa instrumentów dawnych na Akademii Muzycznej w Krakowie. A także wysoka reputacja, którą cieszą się muzykolodzy z UJ. To jest jeden wielki pakiet! Tak samo jak Festiwal Muzyki Filmowej wpisuje się w znacznie szerszy kontekst Krakowa jako miasta filmu. Miasta, które ma Wajdę, Polańskiego, Preisnera, a które teraz ma Kaczmarka, Korzeniowskiego, wschodzące gwiazdy młodego pokolenia. Nasze przedsięwzięcia nie istnieją same dla siebie, są częścią czegoś większego. I to ma wpływ na mieszkańców. Dodam jeszcze, że 70% widzów naszych festiwali to mieszkańcy Krakowa właśnie. I to jest bardzo ważna informacja. Czasami zarzuca się nam, że nasze festiwale przygotowujemy dla przyjezdnych. A to nie jest prawda. My to robimy dla Krakowian. Dla ich rozwoju, wiedzy, poczucia wyjątkowości.

W ostatnim pytaniu dam dojść do głosu mojemu lokalnemu patriotyzmowi. Pochodzę bowiem z Nowej Huty, która zawsze była – i wciąż jest – traktowana przez „miasto” po macoszemu. Czy nie uważa Pan, że KBF skupia się za bardzo na centrum, takie miejsca jak Nowa Huta pozostawiając samym sobie?

Proszę zauważyć, że aż trzy wielkie festiwale krakowskie odbywały się w Nowej Hucie. Sacrum Profanum, Boska Komedia i właśnie Festiwal Muzyki Filmowej. Ten ostatni do Huty już nie wróci, bo nie ma tam do tego warunków, ale możemy się umówić, że Tauron Arena znajduje się na granicy tej dzielnicy. Dzięki tej hali doszło moim zdaniem do istotnego zbliżenia się podzielonego Krakowa. Zresztą polityka miasta w stosunku do Nowej Huty się zmienia. Dowodem na to może być fakt zorganizowania sylwestra dla mieszkańców czy plany postawienia osobnej sceny na Wianki. Również tamtejsze instytucje znacznie się zaktywizowały, na przykład Nowohuckie Centrum Kultury, które jest domem dla obrazów Beksińskiego i znakomitego programu, prężnie działają galerie sztuki i Teatr Łaźnia Nowa. Aktywizacja północnych dzielnic nie może jednak wyglądać tak, że centrum wrzuci tam jakieś wydarzenia i tyle. Huta musi wygenerować własne środowisko odbiorców i aktywistów kulturalnych, którzy będą tam działali. Inaczej to zawsze będzie kolonializm: centrum odwiedza od czasu do czasu peryferia. To niefajne, pozbawione kontekstu. I widać, że te środowiska tam się tworzą i są coraz silniejsze. Myślę, że to jest dobry moment, by wzmogły teraz swoją aktywność – idą dobre czasy.