Roby Lakatos/Wiktor Modrzejewski – Cztery pory roku (29.12.2016)

Autor: Bartosz Pacuła
Zdjęcia: Muzeum Narodowe w Krakowie

 

Najważniejszą informacją, która obiegła wczoraj polskie media była ta dotycząca sprzedania przez księcia Adama Karola Czartoryskiego kolekcji Fundacji Książąt Czartoryskich. Tym sposobem Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego zapewniło sobie kontrolę m.in. nad Damą z gronostajem Leonarda da Vinci, a także kilkunastoma innymi (również niezwykle cennymi) dziełami: Krajobrazem z miłosiernym Samarytaninem Rembrandta czy rękopisami Roczników Długosza. Obfite zbiory Czartoryskich zostały przekazane Muzeum Narodowemu w Krakowie.

Wstęp dotyczący MNK nie został napisany przez przypadek; właśnie wczoraj przyszło mi wziąć udział w koncercie, podczas którego zabrzmiały Cztery pory roku Vivaldiego. Wydarzenie to towarzyszyło wystawie Złoty wiek malarstwa węgierskiego 1836-1936 i odbyło się w Galerii Sztuki Polskiej XIX wieku w Sukiennicach w Krakowie. Co istotne, nie było to standardowe odegranie Czterech pór roku. Zadbał o to Roby Lakatos, pochodzący z rodziny o wielowiekowej tradycji muzycznej węgierski wirtuoz skrzypiec. I tak oto miejsce klawesynu zajęły cymbały, zaś do grania Czterech pór… zgodnie z zapisem nutowym wkradło się miejsce na improwizacje. Dodajmy do tego występ aż dwóch solistów (Lakatos był odpowiedzialny za Wiosnę i Lato, zaś Wiktor Modrzejewski za Jesień i Zimę). A – byłbym zapomniał: kompozycja Vivaldiego została objęta klamrą w postaci dwóch utworów Alfa oraz Omega, a także uzupełniona kilkoma innymi kawałkami. Na nudę – przynajmniej w teorii – nie można było narzekać.

Przede wszystkim chciałbym w tym tekście skupić się na utworze Vivaldiego. Był to bowiem bezsprzecznie najlepszy element wczorajszego koncertu. Lakatos i Modrzejewski (wywiad z p. Wiktorem możecie znaleźć TUTAJ) wypadli naprawdę bardzo dobrze, chociaż każdy starał się akcentować coś zupełnie innego. Dla Węgra najważniejsze było szaleństwo, gorące emocje, ekspresyjne wyrażanie siebie. Nic też dziwnego, że tak chętnie dodawał od siebie liczne ozdobniki, jakby suche odegranie XVII-wiecznej kompozycji mu nie wystarczało. Z kolei Polak nie próbował nawet nawiązać do gry Lakatosa, zamiast tego decydując się na spokojniejszą, nieco bardziej stonowaną grę. Kto w ostatecznym rozrachunku wypadł lepiej? Osobiście wskazałbym na Modrzejewskiego; Roby Lakatos, chociaż fenomenalny technicznie, czasami przesadzał w swoich improwizacjach, które nie zawsze doprowadzały go w odpowiednie miejsce.

Wysoka klasa solistów (co do której nikt nie powinien mieć wątpliwości, nawet mimo pewnych uwag, które wyraziłem akapit wyżej) lśniła tym bardziej, że towarzysząca im Vivaldi Orkiestra nie zawsze potrafiła dotrzymać kroku. Składała się ona „z muzyków z renomowanych krakowskich orkiestr” (jak można przeczytać w programie koncertowym), co – moim zdaniem – nieco się na koncercie zemściło. Wyraźnie było słychać, że osoby grające w tej orkiestrze nie są ze sobą do końca zgrane, co w tak karkołomnej i energicznej kompozycji ma ogromne znaczenie.

Znakomicie wypali za to inni instrumentaliści, na czele ze znakomitym (kontra)basistą Laszlo Lisztesem oraz świetnym cymbalistą Jeno Lisztesem. Każdy z nich wykazał się ponadprzeciętnym wyczuciem muzyki, niezależnie czy grali wspomnianą już Omegę czy zamykającą całość Ave Marię Eliasza z Gruzji. Na słowa uznania zasługuje także Kálmán Cséki Jr,, który doskonale zajął się fortepianem, serwując prawdziwą ucztę dla miłośników tego instrumentu.

Chociaż opisany powyżej koncert na pewno będę dobrze wspominał, to nie wszystko (prócz dyspozycji Vivaldi Orkiestra) przypadło mi do gustu. Chodzi mi tutaj przede wszystkim o obfitość materiału, który pod koniec potrafił być męczący. Przypomnę, że oprócz Czterech pór roku Vivaldiego usłyszeliśmy Alfę i Omegę duetu Lakatos-Cséki Sr., utwór Eliasza (Ave Maria), a także niespodziewany występ węgierskiego skrzypka na… perkusji. Pomijam tutaj nawet ocenę tych kompozycji – tego wszystkiego było po prostu zbyt wiele.

Złota zasada mistrzów muzyki mówi, że czasami „mniej oznacza więcej”. Roby Lakatos z tą tezą zapewne by się nie zgodził. Hojną ręką dodawał kolejne dźwięki do (i tak bardzo energetycznego) utworu Vivaldiego, nie zawahał się również w znaczny rozciągnąć swojego występu. Bez wątpienia stworzył świetne show, które swoim spokojem i opanowaniem Wiktor Modrzejewski starał się równoważyć. W ostatecznym rozrachunku wziąłem udział w naprawdę fajnym koncercie, którego jedyną naprawdę poważną wadą była długość jego trwania. Poza tym – kiváló.