Run the Jewels 3 – recenzja

Autor: Adrian Pilarczyk
Zdjęcia: Run The Jewels, Inc.

 

Aż nie mogę uwierzyć, że większość z nas nazwę Run the Jewels usłyszała po raz pierwszy raptem cztery lata temu. Przez ten stosunkowo krótki okres czasu, duet tworzony przez raperów Killer Mike’a i El-P, z których ten drugi pełni również rolę producenta, zdążył zadebiutować w oszałamiającym stylu (RTJ1), podbić swoje notowania wraz z wydanym rok później RTJ2 i…

…stanąć przed wyzwaniem – czy „Klejnoty” z przełomu 2016/2017 muszą jeszcze coś komuś udowadniać, czy od teraz pozostaje im już jedynie przedłużanie swojego, kto wie, może nawet legendarnego dziedzictwa? Dokładne zapoznanie się z najnowszym krążkiem Run the Jewels dało mi odpowiedź na to pytanie, ale byście i Wy mogli się nią nacieszyć, postarajcie się chociaż wyrywkowo przebrnąć przez moją recenzję.

Duet amerykańskich raperów postanowił wyciąć fanom i dziennikarzom niemałego psikusa, zupełnie niespodziewanie wypuszczając swoje najnowsze dzieło do serwisów streamingowych w samą wigilię. Internet zgodnie stwierdził, że skoro to nowa płyta Run the Jewels, jest to prawdopodobnie najlepszy prezent, jakiego nikt nie oczekiwał ujrzeć pod swoją choinką. Upierdliwość daty premiery RTJ3 polega na tym, że skoro odbyła się ona w okresie przejściowym między rokiem 2016 a 2017, nie do końca wiadomo, po której stronie „płyt roku” ją ulokować. Całe szczęście, akurat z takimi problemami lubię się zmagać.

Już pierwsze kilka minut spędzonych z RTJ3 przynosi spokój i odbudowuje wiarę u tych, którzy z nieznanego mi powodu mogli zwątpić w umiejętności panów Meline’a i Rendera.
W roku 2017 postanowili oni zachować formułę, która przyniosła im duży sukces komercyjny oraz prawdopodobnie jeszcze większe uznanie wśród bardziej hardkorowych fanów gatunku, nie bojąc się jednak popuszczać lejce kreatywności. Jednym z fundamentów twórczości Run the Jewels pozostaje wokalna forma społecznego buntu przeciwko wszelkim niesprawiedliwościom trawiącym współczesny świat. Nie ma co się więc dziwić, że do współpracy nad tą ideą ponownie zaprzęgnięto być może największego specjalistę w temacie, Zacka de la Rochę.

Pan ten pojawia się jedynie na ostatniej piosence z trwającego 51 minut albumu, ale niemal namacalny jest duch jego inicjatywy – Rage Against the Machine. Oczywiście, Run the Jewels różnicują poruszane przez siebie tematy, zdecydowanie najczęściej krążąc jednak wokół nienawiści do systemu, ludzi, z którymi rap-duo musiało użerać się przez całe życie oraz bolesnej, braterskiej drogi, jaką musieli przebyć, aby znaleźć się tu, gdzie są teraz. Atmosfera jest więc taka, do jakiej RTJ przyzwyczaiło nas w ostatnich latach – jest wulgarnie, krwiście i agresywnie, ale jednocześnie pokrzepiająco.

Run the Jewels ma wszystko, co nagradza sukcesami wyjątkowe duety w gatunku raczej intymnym, zdominowanym przez stawiane przed mikrofonem indywidua, wspierane co najwyżej przyjacielem zza konsoli. Głosy Killer Mike’a i El-P równoważą się tak umiejętnie jak zawsze, a panowie często nie skupiają się kompletnie na rymowaniu, kontrolując beat tak, jakby od urodzenia znali każdą jego sekundę. Mogą więc oni wchodzić na kompozycję w jej dowolnych momentach, pokazać kilka razy środkowego palca do mickiewiczowskiej dbałości o sylaby, skracać sobie wersy jak leci, a i tak brzmią doskonale dopasowani do muzycznego tła. Ciężko uwierzyć, że ich wspólny bagaż doświadczeń wyniesiony z podróży przez rynek był zbierany raptem przez cztery lata, a nie, na przykład, 14.

Zdaję sobie jednak sprawę, że El-P i Killer Mike to bynajmniej nie nowicjusze na scenie hip-hopowej, mają więc oni doskonałe poczucie tego, co mogą i powinni robić na swoich płytach. Znowu dostajemy więc wyjątkowo oszczędną liczbę zewnętrznych artystów zaproszonych do zabawy nad RTJ3, a ta redukuje się jeszcze bardziej, jeżeli postanowimy odjąć tych, których wkład ogranicza się jedynie do zaśpiewania refrenu. Można odnieść wrażenie, że nasz duet jest na bardzo prywatnej wojnie, do której wciągnąć mogą tylko najbardziej zaufanych żołnierzy (choćby Danny’ego Browna, którego jestem dużym fanem, a który to pojawił się na Hey Kids).

Twórcza dojrzałość obydwu panów, a w szczególności El-P, zaznaczona jest również na bogatej jak nigdy warstwie muzycznej. Nie ma tu mowy o jakimś utraceniu tożsamości, bo wciąż jest ona naszpikowana rytmami, które wyróżniają z tłumu płyty Run the Jewels (szybkie, mocno syntezowane beaty będące jakby pod napięciem). Nie sposób jednak nie docenić starań RTJ, aby ich nowy album nie brzmiał jak zbita masa tych samych dźwięków, z których ciężko wyróżnić za cokolwiek pojedynczą piosenkę. Przez wizerunek duetu nie zawsze udaje się to doskonale, ale śmiało można nazwać „trójkę” najbardziej zróżnicowaną brzmieniowo płytą w dyskografii zespołu.

Paradoksalnie, moim ulubionym utworem z wszystkich czternastu, jakie Run the Jewels umieściło na swoim tegorocznym krążku, jest 2100, a więc ten, który namawia do stawania w obronie poszanowania wartości naszych żyć, tak często poświęcanych w wyniku politycznych wojen. Padają tam określenia ckliwe jak na takich cynicznych skurczybyków jak RTJ, do których należy choćby „Only thing more is the love, so when you see me, please greet me with a heart full (and a pound and a hug)”, co nieco śmiesznie kontrastuje z typowym dla zespołu rozjeżdżaniem walcem tych, którzy weszli im w drogę.

Run the Jewels niewątpliwie częściej decyduje się odnaleźć w roli wyzwoliciela stłumionego we wściekłym społeczeństwie głosu, w Thieves! analizując choćby tak pochodne zjawisko jak zamieszki (posługując się przy tym cytatem Martina Luthera Kinga: „But in the final analysis, a riot is the language of the unheard”). Poruszając takie tematy chwil na oddech doczekamy się chyba tylko na samym początku i końcu albumu, gdzie z panów schodzi nieco ciśnienie, przez co postanawiają się oni oddać refleksjom innej natury. W przygnębienie może wpędzić utwór Thursday in Danger Room, na którym to Mike i El-P rozprawiają się z bezsilnością wobec śmierci przyjaciela, czemu przygrywa wyjący w tle saksofon znanego muzyka jazzowego – Kamasi Washingtona. Piosenka ta robi szczególne wrażenie, gdyż odnosi się przy jej odsłuchiwaniu wrażenie zaglądania w głąb wrażliwej części duszy obydwu muzyków, na pozór tylko ukrywającej się pod pierzyną agresji i buntu.

Nie będę udawał, że właduję calusieńkie RTJ3 na moją hip-hopową playlistę, bo nie jest to płyta bez przestojów – czasem można odnieść wrażenie, że duet decyduje się zbyt długo bazować na tym samym klimacie czy podobnej kompozycji. Mimo tego, Run the Jewels daje dowód na to, iż – parafrazując słowa ich własnego kawałka Legend Has It – zaczynamy się przyzwyczajać, że te chłopaki nie popełniają zbyt wielu błędów.

Pasek - wydanie

Autor: Bartosz Pacuła

 

Od 24 grudnia RTJ3 można ściągać za darmo z oficjalnej strony duetu lub słuchać za pośrednictwem serwisów streamingowych. Na półki sklepowe w fizycznej formie album trafi za dwa dni, tj. 13 stycznia. Fani „Klejnotów” będą mogli nabyć materiał Amerykanów na CD oraz winylu. Szczególnie interesująco prezentuje się ta druga opcja: oprócz wersji standardowej (podwójny złoty LP) w ofercie znalazła się także opcja Super Vinyl, będąca w istocie wydawnictwem 4-płytowym (!), wzbogaconym o dodatkowe dwa „czarne” (tak naprawdę to niebieskie) krążki. Dodatkowo zespół przygotował całą masę nowego merchu. Z całym kramem spod znaku Run The Jewels można zapoznać się TUTAJ.

Pasek - informacje

Wykonawca: Run The Jewels
Tytuł: Run The Jewels 3
Wytwórnia: Run The Jewels, Inc.
Data wydania: 24.12.2016 (wersja cyfrowa), 13.01.2017 (wersja fizyczna)
Gatunek: Rap
Czas trwania: 51:27