Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band 50th Anniversary – recenzja

Autor: Wojciech Pacuła
Zdjęcia: Wojciech Pacuła

 

Portal Discdogs.com w artykule poświęconym albumowi Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band grupy the Beatles listuje 594 różnych jego wydań, we wszystkich dostępnych formatach. Nawet jeśli niektóre się powtarzają, a część to wydania pirackie, ta liczba jest przytłaczająca. Całą tę spuściznę da się jednak podzielić na kilka mniejszych grup: wydania LP, wydania CD i pozostałe. Te pierwsze to: oryginalne wydania LP, reedycje LP z masterem analogowym oraz reedycje z masterem cyfrowym. Te drugie: pierwsze remastery cyfrowe z roku 1987 (słowa ‘remaster’ używam w kontekście tego pierwszego wydania na CD z ostrożnością, ponieważ był to po prostu nowy master cyfrowy) i Remaster 2009 (09.09.2009) – teraz dochodzi do tego nowa płyta, której materiał możemy roboczo określić jako Remaster 2017, chociaż jest czymś więcej.

Na początek powiedzmy dwa słowa o ‘REMASTERZE’, tj. czym on jest i czym różni się od ‘REMIKSU’. Czyli – taka jest logika tych działań – powiedzmy o ‘MASTERZE’. MASTER to ostatnia faza przygotowania materiału muzycznego przed jego wysłaniem do tłoczni. Inżynier dźwięku określa pauzy między utworami, ustawia utwory w odpowiedniej kolejności, a także pracuje nad dźwiękiem starając się wydobyć jak najwięcej z materiału, który dostał do obróbki. Na końcu konwertuje materiał do postaci 44,1/16 na potrzeby wydania CD, a jeśli pracuje w domenie analogowej na potrzeby wydania LP wysyła taśmę-master do studia nacinającego acetat. W niemal wszystkich przypadkach mastering dokonywany jest na materiale stereofonicznym.

Kiedyś wyglądało to inaczej, tj. mastering był częścią wcześniejszego etapu produkcji, tj. MIKSU. A MIKS to w przypadku dźwięku stereofonicznego działanie polegające na przejściu z taśmy wielokanałowej multi-mono do dwóch kanałów (stereofonicznych). Dzisiaj, ze znanych mi dźwiękowców, jedynie Jacek Gawłowski jednocześnie miksuje i masteruje materiał, chociaż kiedyś była to norma. Z kolei RE-MASTER, remaster, remastering, to proces polegający na wykonaniu nowego masteru, tj. korekty wcześniejszego masteru. Zazwyczaj obejmuje to odszumianie, korektę barwy, dynamiki, fazy, korektę ubytków taśmy („drop-outów”) itd. W taki właśnie sposób w 1987 roku przygotowano niemal cały katalog The Beatles z myślą o wydaniu CD. Poza dwoma płytami: Help oraz Rubber Soul.

Jak wiadomo, George Martin nie lubił miksów z epoki, uważając, że były wykonane zbyt szybko, a przez to bez wystarczającej staranności (zespół i Martin uważali nagrania monofoniczne za wzorcowe wydania). Na potrzeby pierwszego remasteru na nowo zmiksował (zremiksował) więc te dwa albumy. Wrócił do czterościeżkowych taśm-matek (multi-mono) i za ich pomocą wykonał nowy miks. Ponieważ cofnął się o jeden krok dalej niż przy remasterze, nie pracował na starym masterze, a wykonał zupełnie nowy. Chociaż jest to znacznie głębsza ingerencja w brzmienie, także w artystyczny wyraz muzyki, zazwyczaj i tak używa się w takim przypadku pojęcia „remaster”. Dodajmy, że obydwie płyty otrzymały nowy miks z rąk George’a Martina oraz Geoffa Emericka, inżyniera odpowiedzialnego za dźwięk części płyt Wielkiej Czwórki (za: Sam Inglis, Remastering The Beatles. Guy Massey, Paul Hicks & Steve Rooke).

Kolejna okazja do remiksu nadarzyła się w roku 2006. 20 listopada tego roku (w USA 21 listopada) ukazał się album Love. Zawierał on nowe miksy 26 utworów autorstwa George’a Martina oraz jego syna Gilesa Martina. Martin został poproszony przez dwóch żyjących członków kwartetu z Liverpoolu, Ringo Starra i Paula McCartneya, oraz dwie wdowy, Yoko Ono Lennon i Olivię Harrison, o zrobienie eksperymentalnych miksów nagrań zespołu na potrzeby Cirque du Soleil – do przedstawienia o tym samym tytule, wystawianym w teatrze Mirage w Las Vegas przez tę słynną grupę cyrkową.

Kiedy przygotowywano materiał do Remasteru 2009 zdecydowano się jednak skorzystać ze stereofonicznych taśm-matek, w tym dwóch nowych miksów z 1987 roku, o których mówiliśmy. Nie podjeto więc wyzwania zremiksowania całego katalogu. Jak mówił Paul Hicks, członek ekipy, która w studiach Abbey Road przygotowała nowy remaster „mówimy generalnie o tym, co George Martin, Norman Smith oraz Geoff Emerick uważali za mastery i wydobycie z nich jak najlepszego dźwięku” (za: dz. cyt.). Zremiksowano za to materiał dźwiękowy, który ukazał się jako podkład do gry komputerowej The Beatles: Rock Band.

Jak widać, nie jest to pierwszy krążek The Beatles który został na nowo zmiksowany. Po raz pierwszy mamy jednak do czynienia z tak dużymi zmianami. Nawet album Love traktowany jest jako coś dodatkowego, równoległego do właściwej spuścizny. Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band (Anniversary Edition) jest czymś zupełnie innym – odpowiedzialny za nowy miks i co za tym idzie mastering Giles Martin wszedł w materię dźwiękową tak, jakby była ona miksowana po raz pierwszy. W rozlicznych recenzjach i felietonach ta zmiana perspektywy znalazła się w centrum uwagi dziennikarzy. I dobrze, tak miało być. Materiał ten otrzymujemy na podstawowym, jednopłytowym wydawnictwie CD. Nie należy jednak zapomnieć, że celem było nie tylko zaprezentowanie tego albumu w sposób, w jaki dzisiaj rozumiemy „stereo”, ale także oczyszczenie materiału dźwiękowego, jak również przedstawienie dodatkowego materiału. Dla tych, którzy chcieliby się z nim zapoznać przygotowano wersję DeluxeSgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band 2 Deluxe CD (Anniversary Edition). Na drugim krążku umieszczono 18 dodatkowych utworów, z czego 13 to wcześniej niepublikowane, alternatywne wersje utworów z albumu.

I jest wreszcie wydawnictwo, które zbiera wszystko, co udało się z tej okazji przygotować: Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band 6 Disc Super Deluxe (Anniversary Edition). TUTAJ znajdą państwo jego dokładny opis, teraz powiedzmy tylko, że wersja japońska – i tę pokazujemy – zwiera płyt Compact Disc w wersji SHM-CD. Osobną ofertą jest wersja winylowa, nacięta z cyfrowych plików hi-res.

Poniższa część artykułu składa się z sesji odsłuchowej dotyczącej CD; porównaliśmy ze sobą nowe wersje Compact Disc i SHM-CD, a także starsze wersje CD – europejską i japońską, zawierające dźwięk zremasterowany w 2009 roku przez George’a Martina. Najważniejszy odsłuch dotyczył jednak porównania: starej (2009) i nowej (2017) wersji SHM-CD w wersji stereo. Jako wydanie kontrolne przyjąłem japońską, stereofoniczną wersję Toshiba-EMI Limited z 11 marca 1998 roku (ze starym cyfrowym remasterem) do której – ciekawostka – wstęp napisał (ten!) Mark Lewinson. Płyty odsłuchiwane były za pomocą dwóch odtwarzaczy CD; Ancient Audio Lektor AIR V-edition oraz dzielonego systemu Chord Blu Mk II + DAVE.

Pasek - kreska

DŹWIĘK

 

Bardzo trudno będzie oddzielić wrażenia estetyczne związane z przearanżowaniem poszczególnych elementów na scenie przed nami od tych związanych z jakością dźwięku. Dobrym na to przykładem jest otwierający płytę utwór tytułowy. Publiczność jest w nim umieszczona naprzeciw nas, w półokręgu, a nie nieco przesunięta w lewą stronę, jak wcześniej. Perkusję słychać teraz z lewej strony wraz z gitarą rytmiczną, a gitara solowa umieszczona jest w prawym głośniku. Głosy solowe ulokowane są przed nami i dopiero chórki rozkładają się w panoramie.

Podobne zmiany, tj. tej samej kategorii, usłyszymy w kolejnym  utworze pod tytułem With A Little Help With My Friend. Głos ulokowany został dokładnie pośrodku, bas umieszczono z prawej strony, a gitarę solową z lewej. W starszej wersji wokal był po lewej stronie, a nieco dalej z lewej, głęboko na scenie chórki. Rozpoczynający utwór Lucy In The Sky With Diamonds instrument w nowej wersji przechodzi z kanału do kanału. I tak można bez końca. Opis wszystkich zmian sekunda po sekundzie pozostawiam więc lepiej do tej pracy przygotowanym, tym bardziej, że naszym celem jest ocena jakości dźwięku.

Zanim do tego przejdziemy powiedzmy jednak, że zmiany dokonane przez Gilesa są – jak dla mnie – trafione i potrzebne. Główne płaszczyzny na których pracował to panorama (scena dźwiękowa), barwa oraz intensywność (namacalność). Jeśli chodzi o panoramę, to wreszcie mamy do czynienia z prawdziwym albumem stereofonicznym, na którym słychać takie bogactwo działań aranżacyjnych i produkcyjnych, o którym można było wcześniej przeczytać, ale które w pewnej mierze umykało w odsłuchach. Barwa jest w dużej mierze podobna do tej, którą znamy z „Remasteru 2009”, tj. jest dość jasna, ale nie za jasna, a dźwięk ma mocne oparcie w basie. Co łączy się z namacalnością – żadna wcześniejsza wersja nie dawała tak bliskiej perspektywy i tak pełnego obrazowania instrumentów i wokali, jak ta. To pełnokrwiste, gęste przedstawienie.

Pasek - kreska

Remaster 2009 vs Remaster 2017
SHM-CD vs SHM-CD & CD vs CD

 

Co powiedziawszy dochodzimy do sedna tej części recenzji. Uważam, że Remaster 2017 jest o wiele lepszy od starszego. Jest bardziej treściwy i ma lepiej uchwycony balans tonalny. Instrumenty mają bardziej trójwymiarowe body i są mocniejsze, lepiej zaznaczają się w miksie. Największe zmiany dotyczą jakości wysokich i niskich tonów. Skraje pasma są bardzo selektywne, ale przy tym gładsze i mniej jednowymiarowe niż w ‘2009’. Ten ostatni brzmi trochę jakby podkręcono kontur, zapominając czasami o wypełnieniu. Słuchana równocześnie wersja z remiksem pochodzącym z 1987 roku (moje wydanie ukazało się w roku 1998) ze starym remasterem była jeszcze gładsza i jeszcze cieplejsza i – prawdę mówiąc – przy obydwu nowych remasterach trochę mi tego brakowało.

Ale, jak zwykle, nie ma nic za darmo. Dlatego z przyjemnością wysłuchałem najnowszej wersji (2017), ponieważ jest bardzo spójna i opowiada realne historie. O ile mnie pamięć nie myli, idzie to w podobnym kierunku jak to, co słyszałem podczas odsłuchu kopii taśmy-matki podczas wystawy Audio Video Show 2015 http://highfidelity.pl/@main-2607&lang= </a>. Analogowa taśma z oryginalnym miksem i oryginalnym masterem brzmiała niebywale organicznie i tego nie udało się powtórzyć na żadnym wydaniu – ani z tamtego okresu, ani nowych cyfrowych. Ale tak to już jest – zarówno LP, jak i CD, pliki itp. to tylko pewne przybliżenie tego, co jest na oryginalnej taśmie-matce. I dotyczy to wszystkich wydawnictw, nie tylko Sgt. Pepper’s…

Remaster 2017 jest też mniej szklisty niż Remaster 2009. Kiedy we wrześniu 2009 roku otrzymałem do recenzji sampler z nowo wówczas wydanymi wersjami wybranych utworów początkowo zachłysnąłem się ilością informacji, jakie udało się wydobyć. Nagrania z japońskiego wydania z 1998 roku wydawały się w takim porównaniu ciemne i mało rozdzielcze. Z czasem, kiedy przyzwyczaiłem się do nowej wersji, doceniłem spokój i organiczność tego, co George Martin zrobi w latach 80. Teraz wiem, dlaczego – Remaster 2017 jest równie selektywny jak ten z 2009 roku, ale jest też w pewien naturalny sposób miękki. Wersja ‘2009’ jest w takim porównaniu dość płytka, jakby „cienka”.

Świetnie można to usłyszeć przyglądając się niskim tonom. Ilość basu w obydwu wydawnictwach z XX wieku wydaje się podobna i w 2009 roku była to ważna, dobra zmiana. Tam było to jednak nieco mechaniczne podbicie dołu, a teraz mamy do czynienia z mocniejszą „obecnością”. Efekt niby podobny, a tak naprawdę odbiór kompletnie inny. Nowa wersja jest przez to bardziej naturalna, „ludzka”. Starsza, dla kontrastu, bardziej mechaniczna, płytka. Dotyczy to także sposobu ukazywania wokali – teraz są one gęstsze, bardziej trójwymiarowe i lepiej łączą się z pozostałymi instrumentami, w pewien sposób przywracając organiczność remasteru z 1987 roku.

Pasek - kreska

Remaster 2017: CD vs SHM-CD

 

Z ciekawością wysłuchałem też różnic pomiędzy regularnym wydawnictwem z Europy i japońskim wydaniem SHM-CD (Super High Material CD). Przypomnę, że SHM-CD to płyta Compact Disc, tyle że przygotowana w nieco inny sposób niż regularne wydanie. Zamiast zwykłego polikarbonatu (przezroczystego plastiku) używa się na niej dwóch warstw – zewnętrznej z polikarbonatu oraz wewnętrznej z materiału wykorzystywanego do produkcji ekranów LCD. Dzięki temu, że ma on płynną postać, a po naświetleniu ekstremalnie szybko się zestala, lepiej wypełnia pity wytłoczone w metalu (aluminium). Skutkuje to mniejszą ilością błędów odczytu.

O tym, że proces tłoczenia płyt CD nie jest „przezroczysty” dla dźwięku można się przekonać porównując w studiu masteringowym plik PCM 16/44,1 oraz gotową płytę CD. Można też porównać krążek Master CD-R z płytą CD – różnice są duże, a czasem szokująco duże. Każdy sposób poprawiający precyzję wykonania płyty CD jest więc godny uwagi. SHM-CD to jedna z lepszych metod, ale szkoda, że nie dostaliśmy wersji Platinum SHM-CD, wyrafinowanej wersji tej pierwszej.

Nie powinno więc dziwić, że różnice pomiędzy standardowym wydaniem Sgt. Pepper’s… i jej wersją SHM-CD są klarowne. Już o nich powiem, jednak od razu chciałbym zaznaczyć, że z jakiegoś powodu różnice te są mniejsze niż w takim samym porównaniu pomiędzy dwoma wersjami Remasteru 2009. Ale do rzeczy – wersja europejska jest płytsza i ma wyżej ustawiony punkt ciężkości. SHM-CD wydaje się więc głębsza i gęstsza. Ma mocniej zaznaczaną trójwymiarowość brył, a przez to panorama przed nami jest bardziej namacalna, wszystkiego jest więcej. SHM-CD prezentuje wysokie tony w większym bogactwie harmonicznych, co z kolei powoduje, że bas jest lepiej różnicowany. Ogólny wniosek z takiego porównania jest taki: SHM-CD jest bardziej organiczne i dostajemy z nim więcej informacji przy jednocześnie ciemniejszym dźwięku.

Pasek - kreska

PODSUMOWANIE

 

Różnice pomiędzy dwoma wydaniami nowego remasteru są wyraźne i jeśli mógłbym wybierać, to bez wahania wybrałbym wersję SHM-CD. Ale też przez jakiś czas, zanim dotarł do mnie japoński box, słuchałem wersji europejskiej i niczego mi w niej nie brakowało. Remaster 2017 jest bowiem niesamowicie satysfakcjonujący i starsza wersja z 2009 roku nie ma przy nim szans. Jedynie najstarsze wydanie w tym zestawie, japońskie wydanie z 1998 roku, oferuje coś, czego później już nie było: koherentność. Wersje ‘2009’ i ‘2017’ są rozdzielcze, selektywne, wyraźne, a jednak idą w tym tak daleko, że czasem potrzebna jest odtrutka w postaci pierwszego cyfrowego remasteru.

Co by jednak nie mówić, płyta Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band z nowym miksem i masterem jest fantastyczna! Nie wszystko da się poprawić, bo kolejne ścieżki były dogrywane i miksowane w czasie sesji nagraniowych, a Gil Martin miał dostęp do finalnej, czterościeżkowej wersji roboczej. Myślę jednak, że wydobył z niej mnóstwo muzyki, a o to przecież chodzi. Brawo!