Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band – w 50. rocznicę wydania #1

Autor: Bartosz Pacuła
Zdjęcia: Wojciech Pacuła

 

W wywiadzie udzielonym magazynowi „Mojo” Giles Martin – syn George’a Martina – opowiedział anegdotę o swoim ojcu. Na zadane mu pytanie „czy kiedykolwiek dopuścił do siebie myśl, że nie jest dobry z muzyki” ten miał odpowiedzieć: „Nie… zawsze myślałem, że jestem świetny”. To chyba magia otaczająca szóstego Beatlesa sprawia, że jego słów nie traktujemy jako przejawu arogancji, ale jako niepodważalny fakt. Podobnie jest z samymi Beatlesami, o których można mówić co się chce, ale nie można zapomnieć o nich i ich wkładzie w rozwój muzyki rozrywkowej.

Najważniejszym elementem ich artystycznej spuścizny okazał się ich ósmy album studyjny zatytułowany Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band i o nim chcieliśmy tym razem opowiedzieć, korzystając z tego, że został on niedawno wydany w nowej, „rocznicowej” wersji, z materiałem zmiksowanym na nowo przez wspomnianego Gilesa Martina. Artykuł podzieliliśmy na dwie główne części: rys historyczny oraz opis nowego wydawnictwa, przede wszystkim dźwięku wersji Compact Disc. Zdecydowaliśmy się na recenzję wersji cyfrowej, ponieważ remaster został przeprowadzony w tej domenie; wersja LP jest w tym przypadku nośnikiem wtórnym. Część pierwszą przygotował Bartosz Pacuła, redaktor naczelny portalu Music to the People, a drugą Wojciech Pacuła, naczelny magazynu „High Fidelity”. Dobrej lektury!

Pasek - kreska

Wydany 1 czerwca 1967 roku album Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band niemal natychmiast zmienił oblicze sceny światowej muzycznej, wytyczając kierunek, którym będą udawały się następne pokolenia artystów, od Led Zeppelin i Pink Floyd, przez Metallicę i Guns N’ Roses, na Maroon 5 czy Coldplay skończywszy. Siatka tych połączeń jest zresztą dużo szersza i nie sposób byłoby jej przedstawić nawet w osobnym artykule. Niezależnie jednak co myślimy o tym dziele Czwórki z Liverpoolu, jest to kamień milowy dla popu i rocka, „najbardziej wpływowy album Beatlesów”, jak zauważa sam Paul McCartney.

Jednak nikt przed wydaniem Sgt. Pepper’s… (w Polsce krążek ten jest znany, za co winić należy radiowców, jako Sierżant Pieprz) nie mógł zdawać sobie sprawy z wpływu, jaki wywrze on nie tylko na scenę muzyczną, ale i popkulturę w ogóle. To właśnie on wyniósł Beatlesów na wyższy niż dotychczas poziom i walnie przyczynił się do budowania ich legendy najlepszego zespołu rockowego wszechczasów. Ani ich wcześniejsze dokonania, ani późniejsze nie miały tej samej siły przebicia, nawet najbardziej dojrzały muzycznie (i – moim zdaniem – najlepszy w ich dorobku) album Abbey Road. Ósme studyjne dzieło Brytyjczyków było czymś, co zdarza się raz na kilkadziesiąt, może nawet kilkaset lat. Kamieniem milowym. Przełomem. Dotykiem Boga. Oto historia jego powstania.

Historia

Rok 1966 stanowił dla Beatlesów nową jakość. Grupa Johna Lennona i Paula McCartneya nie dawała już koncertów, które – z uwagi na coraz bardziej rozhisteryzowane tłumy – stawały się wyzwaniem ponad siły. Pociągnęło to ze sobą dwie kluczowe dla zespołu zmiany. Pierwsza z nich, jakże trywialna, polegała na zwiększeniu ilości wolnego czasu, który muzycy mogli poświęcić czy to na wypoczynek, czy na komponowanie, czy też szukanie duchowych uniesień w religiach i filozofii Wschodu. Muzycy różnie wykorzystywali ten czas; dla przykładu, John Lennon w październiku tego roku wydał dwie książki: In His Own Write oraz A Spaniard in the Works.

Jeszcze ważniejsze okazało się uwolnienie Beatlesów od wymogów komponowania „pod publiczkę”. Nareszcie mogli zrzucić ograniczający ich gorset, który zmuszał ich do tworzenia muzyki nadającej się do grania na żywo. Od tego momentu mogli zamknąć się w studiu i wykorzystać jego możliwości w 100%, potraktować to miejsce jako kolejny – bardzo rozbudowany i oferujący niemal nieograniczone możliwości – instrument. Mogli tym samym jeszcze bardziej zacieśnić współpracę z Georgem Martinem, „piątym Beatlesem” i osobą, która miała niebagatelny wpływ na ich rozwój artystyczny.

Pierwszym dojrzałym owocem tej nagłej wolty w karierze Brytyjczyków był album Revolver. Chociaż z perspektywy czasu nie robi tak dużego wrażenia, chociaż to naprawdę znakomita płyta, był dla słuchaczy niemałym szokiem. Wyraźnie dało się wyczuć radość, którą Beatlesi czerpali z podążania w nieznane, eksplorowanie nowych kierunków rozwoju muzyki. Lennon i spółka oderwali się także od potrzeby postrzegania swoich krążków jako prostego zbioru przebojów; od tego momentu mieli unikatową możliwość spojrzenia na album jako całość, dzieło koherentne, kompletne od A do Z. Nawet okładka Revolver różniła się niemal od wszystkiego, co w tamtych czasach królowało na pólkach sklepowych.

Tym samym, jak słusznie zauważa biograf Beatlesów – Philip Norman, Beatlesi „znaleźli się w takiej sytuacji, że musieli przyćmić konkurentów, których sami sobie stworzyli”. Rywalizowali nie tylko z innymi artystami, którzy szybko zaczęli kopiować ich rozwiązania, ale przede wszystkim sami ze sobą. Ich następne dzieło musiało być większe i wspanialsze pod każdym możliwym względzie, iść tak daleko, jak nie szedł jeszcze nikt.

Swego rodzaju poligonem ćwiczebnym stały się dwie piosenki, które ostatecznie zbudowały bodaj najlepszy singiel w historii rocka: Strawberry Fields Forever Johna Lennona i Penny Lane Paula McCartneya. Na 7-calowej płytce udało się im zamieścić fantastyczne kawałki, które nie tylko świetnie radziły sobie same i, szczególnie w wypadku kompozycji Johna, jednocześnie przesuwały kolejne granice w technice studyjnej, ale także korespondowały ze sobą w ramach większego tworu. Warto nadmienić, iż oba te utwory miały początkowo wejść w skład długogrającego albumu, ale ostatecznie do tego nie doszło (o czym wspomnę za chwilę).

Od śpiewania o swoich dziecięcych latach (bo o tym obie te piosenki są) do koncepcji fikcyjnego zespołu, której szefem miał być tytułowy Sgt. Pepper była jednak daleka droga. O wszystkim, jak to często bywa w życiu, zadecydował czysty przypadek. Tak tę historię relacjonuje Paul McCartney: „Znajdowałem się na pokładzie samolotu z Malem Evansem, gdy ten poprosił mnie, żebym podał mu sól i pieprz (ang. salt and pepper – przyp. red.), a ja usłyszałem, że mówi ‘Sgt. Pepper’. […] Moja wyobraźnia pracowała do końca podróży”. W ten oto sposób Beatlesi zmienili swoją pierwotną koncepcję, mającą być odpowiedzią na płyty Pet Sounds Beach Boys i Freak-Out The Mothers of Invention, polegającą na nagraniu zbioru swego rodzaju pocztówek z dzieciństwa. Od teraz liczył się tylko Sgt. Pepper i jego orkiestra.

Muzyka

O skali zmian, jakie zaszły w sposobie pracy Beatlesów między rokiem 1963 i wydaniem płyty Please Please Me a 1967 i Sgt. Pepper’s… najlepiej świadczą pieniądze związane z tymi projektami. Debiutancki długograj Fab Four został zarejestrowany w jeden dzień, a koszt tego przedsięwzięcia wyniósł 400 funtów; z kolei beatlesowskie opus magnum wymagało wyłożenia ponad 25 000 (!) funtów i poświęcenia czterech miesięcy wytężonej pracy. Był to jednak wyjątkowy okres (jeszcze przed śmiercią menagera Beatlesów, Briana Epsteina), w którym współpraca Lennona, McCartney’a i Harrisona była nie tylko możliwa (czego nie będzie można powiedzieć już dwa lata później), ale i nieprawdopodobnie stymulująca i owocna. Cały zespół rzucił się w wir kreowania cyrkowego, momentami odpustowego klimatu. Inspiracją mogło być niemal wszystko, od XIX-wiecznych plakatów cyrkowych, przez muzykę kataryniarzy, po LSD.

Z tym narkotykiem związana jest zresztą najsłynniejsza piosenka pochodząca z tej płyty, czyli Lucy in the Sky With Diamonds. Utwór ten stanowi swego rodzaju hymn hipisowskich lat 60., gdzie wolna miłość i swobodne eksperymentowanie z szerokim wachlarzem używek były na początku dziennym. Warto zaznaczyć, że Lennon konsekwentnie zaprzeczał takiej interpretacji, wskazując tutaj na swojego syna Juliana jako główne źródło inspiracji; młody Julian Lennon miał bowiem pokazać mu rysunek zatytułowany Lucy—in the sky with Diamonds. Jego bohaterką była koleżanka z klasy Juliana, Lucy O’Donell, w której dzieciak był zakochany.

Tam, gdzie John poszukiwał „mandarynkowych drzew i marmoladowego nieba”, Paul widział okazję to zmierzenia się, najlepiej w sposób radosny – jak to miał w zwyczaju, z otaczającą go rzeczywistością. Nic też dziwnego, że jego kawałki są zdecydowanie bardziej przyziemne i podejmują tematy o bardzo „codziennej” wymowie. Dla przykładu, w jednej z najpiękniejszych piosenek o starości (mowa tu oczywiście o When I’m Sixty Four) Paul prowadzi dialog ze swoją drugą połówką, zastanawiając się co będą robili, gdy dobiją tytułowej liczby lat.

Mimo tych różnic – bo jak można porównywać frywolność Lovely Rita z obłąkańczym klimatem Being for the Benefit of Mr. Kite? – powstawał, kawałek po kawałku, album, który był zaskakująco spójny. Tylko Ringo Starr, wykazując się typowym dla siebie brakiem rozeznania w sytuacji, nie za bardzo zdawał sobie sprawę z tego, co się wokół niego dzieje: „Kiedy skończyliśmy oryginalną piosenkę o sierżancie Pepperze, zarzuciliśmy cały ten pomysł z orkiestrą wojskową. Po prostu nagrywaliśmy kolejne utwory”.

Na osobny akapit zasługuje zamykający całość kawałek A Day in the Life. Jak zauważa cytowany już Philip Norman, piosenka ta „była rezultatem tak bliskiej współpracy Johna i Paula, jaka nie przydarzyła im się od początków beatlemanii”. Co ciekawe, kompozycja ta stanowi tak naprawdę połączenie dwóch zupełnie odmiennych utworów; jeden – ten bardziej ponury – należy przypisać Johnowi, drugi zaś – rzecz jasna o pogodnym wydźwięku – Paulowi.

Najważniejszą częścią tego kawałka okazała się jednak coda; epickie zwieńczenie epickiego przedsięwzięcia, „dźwięk narastający od niczego do końca świata” według zamysłu Lennona. George Martin uzyskał ten efekt w bardzo prosty, lecz genialny sposób: kazał grać orkiestrze symfonicznej bez żadnych nut – mieli zdać się, poza niewielkimi wytycznymi, na swoje przeczucie. Całość zakończyć miało potężne uderzenie w fortepian, które następnie było nagrywane do oporu, tj. tak długo, jak tylko się da. Zabawnym jest fakt, że współautor tego dzieła, Paul McCartney, dopiero przy okazji prac nad rocznicową reedycją Sgt. Pepper’s… dowiedział się, że jest to akord zagrany w E, nie zaś – jak do tej pory myślał – w C.

Grafika

Jednak od czasów Revolver dla Beatlesów albumem nie była tylko muzyka, ale i jego warstwa graficzna. Nic więc dziwnego, że i w tym względzie postanowili przebić wszystko, co do tej pory było widziane w popie i rocku. Okładka projektu Petera Blake’a i Jann Haworth na podstawie pomysłu McCartney’a miała przedstawić fikcyjną orkiestrę Sgt. Peppera (tj. Beatlesów), za którą znalazł się tłum ludzi, imitowany przez tekturowe i woskowe figury. Główną grupę postaci wybrali rzecz jasna sami Beatlesi i tylko Ringo, jak zwykle, wymigał się od roboty, deklarując, że „wszystko co wybiorą inni będzie mu pasowało”. Swoje trzy grosze dorzuciły też inne osoby.

Cała ta instalacja została następnie sfotografowana przez Michaela Coopera (lub – jak donosi magazyn „Mojo” w wydaniu z czerwca tego roku – Nigela Hartnupa), trafiając ostatecznie do ścisłego kanonu art-popu. Co ciekawe, początkowo okładka nie wzbudziła zachwytu wśród decydentów, tj. szefostwa EMI, którzy obawiali się  wielomilionowych pozwów. Ostatecznie przystano na ten odważny krok, nakazując tylko usunięcie z kolażu Ghandiego.

Dla równowagi, jak po latach wyjaśnił McCartney, zdjęcie użyte w środku rozkładanej okładki wydania winylowego („gatefold”) było tak proste, jak to tylko możliwe. Beatlesi wpatrują się na nim w kamerę, starając się przeszyć wzrokiem patrzącego na fotografię. Co prawda siedzą w swoich fantazyjnych strojach, jednak znajdują się na jednolitym kolorystycznie tle. Nawet ich pozy nie są w żaden sposób wyszukane; Czwórka z Liverpoolu jest bardzo zrelaksowana, niemal znudzona. Ich jedynym zadaniem jest dotrzeć do widza, za pośrednictwem aparatu fotograficznego i przez niego. Świadomy wybór akurat tego zdjęcia świadczy o tym, jak doskonale Beatlesi „zaprojektowali” swoje najważniejsze dzieło. Tutaj nie ma miejsca na przypadek w żadnym, nawet najdrobniejszym elemencie.

6 czerwca tego roku opiniotwórczy magazyn „Rolling Stone” poinformował o aukcji, podczas której można było nabyć część beatlesowskiego kolażu; mowa tu o figurce Bobby’ego Breena, pochodzącego z Kanady aktora i piosenkarza, który największe tryumfy święcił w dzieciństwie (czytaj TUTAJ). Został on umieszczony zaraz nad lewym ramieniem George’a Harrisona. (W porządku – dam wszystkim czas na sięgnięcie po okładkę i odnalezienie go. Już? – Jeśli tak, to możemy iść dalej). Jej organizatorzy spodziewają się zysku nawet do 70 000 dolarów. To dobitnie pokazuje, jak wielką estymą cieszy się Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band – album, który na zawsze zmienił oblicze rocka.

Niestety właśnie ze względu na swoją reputację ludzie zbyt często podchodzą do niego czołobitnie, słysząc go, ale nie słuchając. Jego rocznicowa wersja autorstwa Gilesa Martina jest znakomitą szansą na zmianę tego stanu rzeczy. Bo w pierwszej kolejności Sgt. Pepper’s… to po prostu dawka genialnej i ponadczasowej muzyki. Dziś możemy śpiewać „it was fifty years ago today”, licząc, że nasi potomkowie z równą przyjemnością będą wykrzykiwać te same słowa, zmieniając tylko liczby na większe, i większe, i większe…

Pasek - kreska

Czytaj dalej:

Hunter Davies, The Beatles, Kraków 2013
Philip Norman, Szał! Prawdziwa historia Beatlesów, Bielsko-Biała 2013
Michael Seth Starr, Ringo, Kraków 2016
Steve Turner, Beatles ’66. The Revolutionary Year, New York 2016
„Mojo”, nr 283, czerwiec 2017

Pasek - kreska

Tekst powstał we współpracy z magazynem „High Fidelity”.

High Fidelity - logo (2015)