Sit down, lil’ bitch, be humble – jak Kendrick Lamar rozbił bank na MTV VMA 2017

Autor: Bartosz Pacuła
Zdjęcia: MTV

 

W ubiegłą niedzielę odbyła się ceremonia rozdania nagród MTV VMA 2017. Tym, którzy nie są zbyt dobrze zorientowani w amerykańskiej odsłonie biznesu muzycznego podpowiadam: MTV Music Video Awards to nagrody wręczane przez – rzecz jasna – telewizję MTV, które skupiają się na teledyskach wyprodukowanych w ciągu 12 miesięcy od poprzedniej gali. Najważniejszą kategorią jest Wideo roku, gdzie wszystkie najlepsze klipy rywalizują ze sobą, bez podziału na gatunki i stylistyki.

Tegoroczna gala była ważna dla przemysłu muzycznego z kilku powodów. Po pierwsze, trudno nie zauważyć problemów targających współczesny świat. Sytuacja polityczna w Stanach Zjednoczonych jest bardzo gorąca, zaś Stary Kontynent musi mierzyć się z problemem imigracyjnym czy różnymi wizjami dotyczącymi Unii Europejskiej. A tak się składa, że artyści (co byśmy o nich nie myśleli) są dobrze wyczuleni na wichry historii. Po drugie, sam przemysł muzyczny znajduje się obecnie w newralgicznym miejscu; do wszystkich zaczyna powoli docierać prosty fakt: artysta nie będzie zarabiał na sprzedaży swoich płyt. Obserwatorom i znawcom rynku obowiązywanie takiego modelu biznesowego (od mniej więcej lat 50. do końca lat 90. XX wieku) jawi się obecnie jako anomalia, krótki epizod, trwająca mgnienie oka przerwa w długiej tradycji utrzymywania się artystów przede wszystkim z grania na żywo. Ale przejdźmy teraz do VMA 2017 – bo działo się naprawdę dużo.

Bez wątpienia największym wygranym tegorocznej gali MTV VMA okazał się Kendrick Lamar. Dla Amerykanina ostatnie miesiące należą do najlepszych w karierze – wszystko to za sprawą bestsellerowego albumu DAMN., który już teraz, zaledwie kilka miesięcy po premierze, jest uznawany za jedno z najważniejszych dokonań w historii rapu. Lamar (który, nota bene, wylądował na okładce ostatniego „Rolling Stone’a”, co jest sporym sukcesem) opuścił galę MTV bogatszy aż o sześć statuetek, w tym tę najważniejszą: za Wideo roku, którą zapewnił mu teledysk do znakomitej piosenki HUMBLE..

Trudno się nie zgodzić z zaprezentowanym w niedzielę werdyktem. Lamar jest obecnie jednym z najgorętszych artystów, bez podziału na gatunki muzyczne. Wytacza on nowe kierunki rozwoju hip-hopu, a świetnie skrojone klipy tylko zjednują mu fanów. Chociaż wszystkie sześć statuetek Lamar otrzymał dzięki wspomnianemu teledyskowi do HUMBLE., to nie jest jego  jedyne wideo z tego roku, które zasługuje na uwagę. Nie wierzycie? To sprawdźcie sobie klipy do DNA. czy LOYALTY. (w tym drugim gościnnie wystąpiła – piękna jak zawsze – Rihanna).

Jeżeli ktoś wygrywa, to znaczy, że ktoś musiał przegrać. Nie inaczej było i tym razem. Wielkich przegranych MTV VMA 2017 było dwóch: Katy Perry i DJ Khaled. Oboje byli nominowani po pięć razy (a ten drugi nawet w kategorii Wideo roku), oboje zainkasowali równe… zero nagród. O ile brak wyróżnienia dla Perry jeszcze mnie nie zdziwił (jakość jej najnowszej płyty jest, moim zdaniem, dyskusyjna), o tyle całkowity pogrom DJ-a Khaleda już tak. Jego kawałek Wild Thoughts – ten z pół-nagą Rihanną i Brysonem Tillerem w teledysku – od kilku tygodni dzielnie okupuje drugie miejsce na liście Billboard Hot 100, miejsca ustępując tylko Despacito w remixie Justina Biebera i jest po prostu bardzo dobrym numerem z naprawdę sprawnie skrojonym wideoklipem. Takim na co najmniej jedną statuetkę.

Skoro zaś o Despacito mowa: chociaż numer ten pobił nie tylko rekord wszechczasów w liczbie wyświetleń na YouTubie, ale i przekroczył magiczną liczbę 3 000 000 000 (słownie: trzech miliardów!) wyświetleń, to na MTV VMA 2017 pojawił się tylko raz. Walczył tam o nagrodę w kategorii Piosenka lata, gdzie – co zabawniejsze – przegrał z zupełnie mierną kompozycją XO Tour Llif3. Ja rozumiem, że De-spa-ci-to można nie trawić (sam nie jestem największym fanem tego numeru), trudno jednak negować proste fakty: to JEST największy przebój lata 2017. Magazyn „Billboard” takiego stanu rzeczy doszukiwał się w panującej powszechnie dyskryminacji artystów latynoskich. Czy tak rzeczywiście jest – trudno mi oceniać. Na pewno jednak brak jakiegokolwiek wyróżnienia dla Luisa Fonsi jest czymś zupełnie niezrozumiałym.

Oczywiście Kendrick Lamar nie zgarnął bez wyjątku wszystkich statuetek – los uśmiechnął się i do Fifth Harmony (kategoria Pop), i do Taylor Swift oraz Zayna (Najlepsza współpraca), i do Khalida (Debiutant). Osobiście wciąż nie mogę się pogodzić, że w kategorii Choreografia smakiem musiała obejść się Ariana Grande – klip do jej utworu Side to Side jest pod tym względem… interesujący. Wiem, bo oglądałem go wiele razy. W celach naukowo-poznawczych, rzecz jasna. Z kolei trudno mi nie przyklasnąć decyzji, by w kategorii Debiutant roku wyróżnić wspomnianego Khalida, młodego, niezwykle utalentowanego artystę, który – niczym Ed Sheeran – swoim sposobem bycia i osobowością zupełnie nie pasuje do dwulicowego przemysłu muzycznego. O Khalidzie przeczytacie zresztą już we wrześniu na MttP; sążnistą sylwetkę tego artysty przygotowuje dla Was Kamil Brycki.

Nagrody nagrodami, ale jeszcze ważniejsza była sama gala. Ta została zorganizowana z odpowiednią pompą i – jak mi się wydaje – nikt nie mógł narzekać na nudę. Wśród występujących gwiazd najlepiej zaprezentował się… a jakże – Kendrick Lamar. Artysta  brawurowy sposób wykonał dwa kawałki ze swojej najnowszej płyty (HUMBLE. oraz DNA.), a na scenie towarzyszyli mu tancerze, który zupełnie casualowo płonęli. Na szczęście ze sztuczek pirotechnicznych Lamar korzystał z wyczuciem i smakiem, dzięki czemu jego występ nie przemienił się w żadnym momencie w orgię ognia znaną na przykład z koncertów Ramnsteina.

Ciekawe show bez wątpienia dały też Pink i Fifth Harmony. Ta pierwsza zaprezentowała swój najnowszy przebój What About Us (więcej o tym kawałku przeczytacie TUTAJ), zaś żeński kwintet (ups, kwartet) wydał w ostatni piątek swój najnowszy album studyjny zatytułowany po prostu Fifth Harmony. Występ tej formacji był zresztą znakomitym przykładem, że kobiety – kiedy chcą – umieją być niesamowicie złośliwe. Bo jak inaczej, jeśli nie złośliwością, należy tłumaczyć początek ich występu? Na scenie pojawiło się pięć postaci, jednak tylko po to, by jedna z nich spektakularnie zleciała z podwyższenia, zostawiając więcej miejsca dla swoich koleżanek. Nieszczególnie wyrafinowana była ta aluzja do „zdrady” Camilii Cabello, prawda?

Kończąc ten mój wywód o MTV VMA 2017 dodam jeszcze, że Katy Perry w roli hosta – w mojej opinii – zupełnie się nie sprawdziła. Była sztuczna, sztywna i zupełnie nie umiała zabawić publiczności. Co prawda podratowała się nieco ciekawym wykonaniem swojego ostatniego singla (Swish Swish), jednak po osobie trzęsącej współczesną sceną popu można spodziewać się było znacznie więcej. Dużo więcej ugrała za to rywalka Perry – Taylor Swift – która co prawda na gali MTV się nie pojawiła, ale zaprezentowała tam bajecznie zrobiony teledysk do najświeższego utworu swojego autorstwa: Look What You Made Me Do.