Słowo na niedzielę: biegam do Bacha

Autor: Kamil Brycki

 

Trochę ponad rok temu, kiedy dwie (ta, na pewno dwie – dop. red.) cyferki pojawiające się na ekranie wagi przestały mi się podobać, podjąłem decyzję o rozpoczęciu biegania. Latem, wieczornymi porami wychodziłem więc, aby w upojeniu endorfinami machać do innych ludzi, którzy również taką aktywność podjęli. Kiedy jednak rozpocząłem biegi trwające około godziny, nagle zaczęło robić się nudno. Bo – muszę przyznać – bieganie nigdy nie należało do moich ulubionych aktywności. Rozpocząłem więc poszukiwanie playlisty idealnej, która mogłaby mi towarzyszyć w trakcie nieco dłuższych przebieżek.

Wielu ludzi biega do EDM, rocka, energicznych radiowych kawałków – również próbowałem, ale niestety nie do końca było to dla mnie pomocne. Raz, że taka muzyka słuchana w miarę głośno przez godzinę naprawdę zaczyna boleć, szczególnie podczas wysiłku fizycznego; dwa, że każda piosenka ma inną ilość uderzeń na minutę, co w moim przypadku wpływało dość mocno na tempo biegu. Raz szybciej, raz wolniej, raz szybciej, raz prawie skoki – a bieganie nie w rytm muzyki jest przecież takie niewygodne!

Na ratunek przyszła funkcja Spotify, która mierzy ilość kroków i dostosowuje BPM do tempa biegu, wyszukując tylko takie piosenki, które nie zaburzą rytmu biegacza. Ile w tym prawdy, nie dane było mi się przekonać, bo pomimo w miarę szybkiego początkowego tempa (szybki start, aby później muzyka motywowała do utrzymywania prędkości) dostałem smutne piosenki Eminema. I Dilemma Nelly’ego i Kelly Rowland. Sami rozumiecie, że nie chciałem korzystać z tego ponownie, przynajmniej dopóki bieganie jeszcze mi nie obrzydło.

I po tych wszystkich próbach nagle przyszło wybawienie: Bach. Na początku był co prawda Mozart, którego polecił mi znajomy biegacz, ja jednak (jako wielki fan Bacha) postanowiłem trochę zmienić założenia kolegi. Wszystkie moje problemy zniknęły jak ręką odjął i bieganie znów stało się przyjemne, na ile oczywiście może być przyjemne zarzynanie się na asfalcie w monotonnej aktywności trwającej około godziny. Muzyka klasyczna oczyszcza umysł, pozwala błądzić, odpływać, więc ani się obejrzałem, było już w zasadzie po biegu. Nie ma, a przynajmniej ja nie odczuwam do dziś tego w żaden sposób, „przypominacza” o tempie, w którym powinno się biec. W muzyce klasycznej takie zmiany są w miarę subtelne, szczególnie, kiedy na muzyce wyjątkowo się nie skupiam – bo przecież kilometry same się nie zrobią. I to wszystko sprawia, że jest to idealny kompan do biegania.

Przy muzyce filmowej, zwiastunowej, znów – jak dla mnie – za dużo się dzieje. Ale kiedy wracam  do Bacha – czy to skrzypcowych solistów, czy nawet pełnej orkiestry w klasycznych aranżacjach – to brzmi to po części jak ścieżka dźwiękowa mojego życia. Jest w tle i cudownie uzupełnia to, co aktualnie robię, ale nie wybija się na pierwszy plan i pozwala skupić się na fizycznej aktywności. Działa niezwykle kojąco, czego nie można powiedzieć o muzyce elektronicznej, tak często polecanej przez wszystkich do biegania. Co prawda brak „dropa” nie pozwala na nagły przypływ energii, ale jest to całkiem rozsądna cena za cały trening na własnych zasadach.

Biegam do Bacha, bo tak jest najwygodniej. Sam się tego nie spodziewałem, ale jednak – te wszystkie „brednie” o wyższości muzyki klasycznej nad nowoczesną, okazuje się, jakąś wartość mają. Nie wiem, czy na kogoś będzie to działać jak na mnie, ale z pewnością jest to rzecz wart sprawdzenia. A ja wracam do biegu.