Słowo na niedzielę: jak Jay-Z nie dał się zabić (i został królem muzycznej dystrybucji)

Autor: Bartosz Pacuła
Zdjęcia: Bartosz Pacuła

 

Jeżeli ktoś jest użytkownikiem TIDAL-a, zapewne nie mógł nie zauważyć, iż swoją nową płytę wydał Jay-Z. Powiem więcej – nie było to w żaden sposób możliwe. 4:44 było wszędzie. W proponowanych albumach, utworach czy teledyskach, na stronie głównej i podstronach aplikacji, wreszcie – w powiadomieniach anonsowanych przez natrętne wibrowanie smartfona. Amerykański raper nie potrzebował nawet żadnej reklamy czy szerszych zapowiedzi swojego najnowszego krążka – i tak dowiedziała się o tym wystarczająca grupa ludzi.

Dlaczego Jay-Z cieszył się taki wsparciem TIDAL-a? Z prostej przyczyny: platforma ta należy do niego. Chociaż korzenie TIDAL-a sięgają Skandynawii, to w 2015 roku marka została przejęta przez przedsiębiorstwo Project Panther Ltd. Jej właścicielem jest – tak, zgadza się – Jay-Z. Od tej pory relatywie niewielka platforma streamingowa zyskała drugie życie; jej nowy właściciel zadbał o odpowiednią reklamę, a że sam jest niezwykle popularny i obeznany w meandrach branży muzycznej, nie sprawiło mu to większego trudu. Tak też rozpoczęła się kariera serwisu, który – na ten moment – oferuje ponad 46 milionów utworów w „bezstratnej” (o tym aspekcie można napisać całą serię artykułów, więc poprzestańmy tylko na tym cudzysłowie) jakości 3 milionom subskrybentów (stan na: marzec 2016).

Jay-Z swój krążek 4:44 reklamował więc na TIDAL-u, ale też użył swojej twórczości po to, by popchnąć platformę do przodu. Z artystycznego punktu widzenia nie miało to bowiem żadnego sensu, iż album ten był przez jakiś czas dostępny wyłącznie dla posiadaczy kont na tym serwisie (warto odnotować, iż w przeciwieństwie do Spotify nie ma tutaj opcji założenia darmowego konta). Jednak w tym felietonie chciałbym się skupić na innym aspekcie: na „produktowości” muzyki w XXI wieku.

Chociaż dla wielu zabrzmi to jak herezja, to trzeba to powiedzieć głośno: muzyka od niepamiętnych czasów była swojego rodzaju produktem. Zmieniały się epoki, mody, artyści, ale niezmienne pozostało jedno – muzykę się kupowało i sprzedawało. Dla przykładu, w XVIII wieku arystokraci płacili za możliwość obcowania z nią poprzez utrzymywanie wysoko wykfalifikowanych artystów. Tak kilka lat swojego życia spędził Johann Sebastian Bach, bawiąc nieźle sytuowane książątka I Rzeszy. Oczywiście sytuacja diametralnie zmieniła się w drugiej połowie XIX wieku, kiedy Thomas Edison wynalazł fonograf – pierwszy w historii sprzęt mogący zapisywać i – co ważniejsze – odtwarzać wcześniej nagrany dźwięk na żądanie. To wtedy zaczęła rodzić się nowoczesna branża muzyczna, która po prawie 150 latach swojego istnienia wyewoluowała do obecnego stanu.

Ustaliliśmy więc, że muzykę się sprzedaje. A jak się to robi pod koniec drugiej dekady XXI wieku? Oczywiście poprzez internet. Jay-Z, jako właściciel TIDAL-a, mógł sobie pozwolić na szeroko zakrojoną akcję marketingową w ramach tego serwisu. Pomysł na nią, a także sam sposób przeprowadzenia, bez wątpienia zasługują na szacunek. Być może część osób mogła czuć się zmęczona nieustannym bombardowaniem informacjami dotyczącymi 4:44, jednak nie sposób odmówić Amerykaninowi konsekwentnego realizowania swojego planu. Chciał on bowiem zaoferować swoim fanom coś więcej niż tylko sam album; gra toczyła się tutaj raczej o zaserwowanie pewnego rodzaju celebracji, kilkudniowego święta, którego królem był właśnie Jay-Z.

Użytkownicy TIDAL-a dostali więc jako pierwsi album do odsłuchu w całości, a także możliwość szybkiego zapoznania się z pozostałym katalogiem nagrań rapera. Na tym się jednak nie skończyło; przygotowano także różne playlisty czy filmy nawiązujące do samego albumu bądź jego twórcy, wypuszczano także w regularnych odstępach czasu profesjonalnie przygotowane teledyski. Sam odsłuch 4:44 był więc tylko jednym z wielu elementów, którymi fani rapera mogli się bawić.

To, jak mi się wydaje, zupełnie nowa jakość w branży muzycznej. Nikogo nie interesuje już „zwykły” odsłuch płyty. A przynajmniej nie ludzi obracających się w głównym nurcie muzycznym. To może zadowolić tylko starych zgredów, którzy zatrzymali się muzycznie w latach 70. (no – może 80.). Młodzi zadowalają się znacznie częściej odsłuchem wybranych utworów; żeby więc przekonać ich do sięgnięcia po cały krążek, trzeba zaproponować coś ekstra. Coś, co nakręci ich na to, co będzie samo w sobie wyjątkowym przeżyciem, niezależnie od jakości kompozycji. Ja sam, chociaż jestem dumnym właścicielem stale powiększającej się kolekcji płyt winylowych i kolekcjonerskich boksów, jestem niezwykle podekscytowany kierunkiem marketingowym, który swoim albumem wskazał Jay-Z. Pozostaje mi więc tylko mieć nadzieję, że inni pójdą jego śladem i nie będą ograniczali się do wydania „na odwal się” swoich płyt. Możliwości na wymyślenie czegoś fajniejszego leżą w zasięgu ręki. Wystarczy tylko po nie sięgnąć.