Słowo na niedzielę: królestwo hałasu, potęga ciszy – o udźwiękowieniu Dunkierki Christophera Nolana

Autor: Bartosz Pacuła

 

Byliście kiedyś na filmie, który zmienił Wasze życie? To nie musi być gigantyczna zmiana, z gatunku tych, gdzie człowiek z dnia na dzień rzuca swoją pracę w (dla przykładu) korporacji i zostaje juhasem (true story: sprawdźcie TUTAJ). To mogą być zmiany o drobnym charakterze – chociaż również bardzo ważne. Dla mnie bez wątpienia takim filmem są Gwiezdne wojny, które pomagały kształtować mój młody, dziecięcy umysł. Innym przykładem takiego obrazu jest Tron: Dziedzictwo, który przedstawił mi estetykę cyberpunku (i wysokiej klasy muzykę elektroniczną!), w którą wsiąknąłem bez reszty. Teraz do tego wąskiego grona dołączyła Dunkierka Christophera Nolana. I to nie dlatego, że jest to w – jak się do tej pory wydawało – wyeksploatowanym do granic możliwości gatunku wojennym powiew świeżości, genialnie zrealizowany spektakl, który chwyta za gardło i trzyma do końca. Ale ze względu na wybitne udźwiękowienie. Bo czegoś takiego jeszcze nie było.

Nolan i jego ekipa odwalili w tej sferze kawał fantastycznej roboty. Wojna przedstawiona na ekranie – udawana, plastikowa, odległa – staje się przerażająco bliska i prawdziwa między innymi dźwięki dźwiękom. Wystrzały z karabinów są ogłuszająco głośne, zaś pikujące na pozbawionych osłony żołnierzy samoloty Luftwaffe brzmią niczym zastępy samego diabła. Wojna nie wygląda w Dunkierce przerażająco – ona wygląda i BRZMI przerażająco. Tak samo jak krzyki płonących żywcem żołnierzy, którzy – umazani od stóp do głów w ropie – znaleźli się na linii szalejącego ognia; jak przeszywający jęk metalu na statku, który gnie się pod swoim własnym ciężarem, ciągnąć na dno przerażonych marynarzy.

Jednak nie o samym – powtórzę raz jeszcze: wybitnym – udźwiękowieniu chciałbym Wam opowiedzieć. Dunkierka jest filmem wyróżniającym się na tle innych dzieł tego typu nie dlatego, że myśliwce i bombowce brzmią bardziej realnie – już wcześniej poziom realizmu w tej sferze był naprawdę zadowalający (wystarczy przywołać wyświechtany już przykład Szeregowca Ryana i słynną scenę otwierającą film). Chodzi mi tutaj o znakomite wykorzystanie dźwięku w roli… ścieżki dźwiękowej. Wiem, że może dla niektórych brzmi to głupio, ale nie odchodźcie proszę od ekranów komputerów/smartfonów/tabletów i dajcie mi kilka linijek na wyjaśnienie o co mi właściwie chodzi.

Nolanowi udało się w swoim najnowszym dziele wytworzyć atmosferę terroru. Widz niemal od początku boi się o los żołnierzy znajdujących się w potrzasku i oczekujących na ratunek (mało prawdopodobny) lub śmierć (praktycznie pewną). Klimat ten kreowany jest między innymi za pomocą dźwięków i muzyki, które towarzyszą nam od pierwszych sekund trwania Dunkierki. Nie ma tutaj miejsca na odpoczynek, kilku zbawiennych sekund na złapanie oddechu. Dźwięk przygniata widza, przytłacza go jego potęga i żelazna konsekwencja. Nie ma od niego ucieczki, chociaż wydaje się, że wystarczy tak niewiele – by choć na chwilę zapanowała błoga cisza. Widz czuje się tak samo jak żołnierze, którzy znajdują się tak blisko swojego domu, a jednak ten mógłby znajdować się równie dobrze na Księżycu.

Reżyser nieustannie atakuje widza ze wszystkich stron, a dźwięki i muzyka nie grają tutaj podrzędnej roli, lecz stanowią jedno z podstawowych narzędzi dręczenia go. Również dialogi – serwowane w sposób niezwykle oszczędny – odgrywają tu podobną rolę. Bohaterowie Dunkierki mówią niewiele, ale dzięki temu każde wypowiedziane przez nich słowo czy zdanie ma wielką moc. Moc, która jest zawarta nie tylko w słowach, ale i – no właśnie – w samym brzmieniu.

Geniusz Nolana w tym względzie można jednak w pełni docenić dopiero pod sam koniec filmu. Pod sam koniec ostatniej sceny (uwaga – teraz będzie spoiler, który tak naprawdę nim nie jest), gdy alianci znajdują się już bezpiecznie na brytyjskiej ziemi, i dźwięki, i muzyka zupełnie milkną, a cisza powstała w wyniku tej nagłej i nieoczekiwanej zmiany jest po prostu ogłuszająca. Widz czuje się tym zupełnie zdezorientowany – niczym żołnierz, który służył na misjach w wielkim stresie, by po powrocie do domu zostać pokonanym przez spokój i ciepło domowego ogniska.

Dunkierka to wielkie dzieło współczesnej kinematografii i naczelny dowód na to, że – wbrew opiniom rozpowszechnianym przez leśnych dziadów – i dziś można nakręcić arcydzieło. Powiem więcej – obraz ten w pewnych aspektach jest rzeczą rewolucyjną, wytaczającą ścieżkę dla przyszłych pokoleń scenarzystów i reżyserów. A także dźwiękowców. Kto jeszcze nie był na tym filmie, powinien czym prędzej nadrobić tę zaległość i stanąć w twarz z horrorem wojny. Wojny, która nie tylko paskudnie wygląda, ale i przerażająco brzmi.