Słowo na niedzielę: Taylor robi, co chce – bo może

Autor: Kamil Brycki
Zdjęcia: Big Machine Records

 

Katy Perry wypuszcza Swish Swish. Nie przepadam za artystką – jedyna piosenka, którą nawet lubię, to Fireworks, ale w wykonaniu Davida Osmonda – lecz mimo to sprawdzam jej najnowszy hit. Średni, tak jak się spodziewałem, można więc toczyć swoje życie dalej. Mijają jednak miesiące i gdzieniegdzie słyszę, że Katy chce się pogodzić z Taylor Swift. Że zmienia słowa swojej piosenki, właśnie Swish Swish, na koncertach ze względu na dawną przyjaźń i że tak naprawdę ten singiel nie dotyczył nikogo szczególnego, tylko wszystkich hejterów ogółem. Nie mam pojęcia, dlaczego piosenkarki ze sobą walczą, ale najwidoczniej Taylor nie ma zamiaru zakopywać wojennego topora. Jej najnowszy singiel jest tego perfekcyjnym świadectwem.

Look What You Made Me Do (więcej o tym kawałku przeczytacie TUTAJ; z kolei TU możecie zobaczyć teledysk do niego) pokazuje, że ze Swiftówny jest naprawdę niezłe ziółko – zawsze myślałem, że jest ona miła i przyjazna, nie szuka problemów i zwady, a tu się okazuje, że jak ma ochotę, to potrafi zmiażdżyć wszystkich swoich krytyków razem wziętych. I nie mówię tutaj o recenzentach, a o wszystkich celebrytach, ba – gwiazdach, które przez ostatnie lata zaszły jej za skórę. Przyznaję, że nowa Taylor Swift jest intrygująca i ciekawa i aż trudno sobie wyobrazić, jak będzie wyglądać jej najnowsza płyta. Pierwszy singiel pokazuje jedno: Swift robi, co jej się żywnie podoba. Bo może.

Taylor Swift zaszła już naprawdę daleko. Udowodniła, co miała udowodnić – nie musi rozkręcać kampanii reklamowej nowego krążka od niezwykłych wokalnych popisów, trzywarstwowych, głębokich tekstów czy niesłychanie skomplikowanego podkładu, który nie opuszcza po dobroci ludzkich uszu. Może nagrać kontrowersyjną piosenkę z pełnym pstryczków w nos teledyskiem, która – choć naprawdę melodyjna – nie wykorzystuje jej przebojowego potencjału nawet w połowie. Taylor ma taką chęć i tyle. Chce być agresywna, bawić się konwencją i nie obchodzi jej, czy słuchaczom się to spodoba. Tworzy muzykę dla siebie, jako ujście dla swoich uczuć. I najwyższy czas, bo najwidoczniej  nazbierało się tego sporo.

Zresztą, na płycie na pewno pojawią się utwory bardziej skomplikowane. Look What You Made Me Do jednak idealnie oddaje to, jak artystka się czuje lub czuła. Usunęła wszystkie posty ze swoich kanałów social media, ma gdzieś imprezy branżowe (z jednej strony osobiste humorki, z drugiej – może faktycznie jest już tym całym fałszem showbiznesu zmęczona?) , lecz na pewno nie oczekuje spokoju. Taylor właśnie rozpętuje wojnę na swoich zasadach, bo wie, że może sobie na to pozwolić. Między innymi ze względu na swój ogromny fanbase.

Czy, osobiście, kupuję to? Jeszcze jak! Ciekawi mnie, w jaki sposób Swift ugryzie standardowe popowe tematy, czytaj: miłość, przyjaźń, zdrada i imprezy, biorąc pod uwagę to, co się wydarzyło z jej najnowszym singlem. Ile „znajdziek” przemyci dla uważnych słuchaczy, jak długo będzie głównym tematem rozmów czy hejtów. Ilu ataków może się spodziewać i jak na nie odpowie. Mimo że nie jestem w temacie (jeszcze) to najwidoczniej ostatnie wydarzenia miały ogromny wpływ na osobowość wokalistki i zastanawia mnie ta przemiana; bo tak, jak jestem ogromnym fanem I Knew You Were Trouble czy Shake It Off, tak Look What You Made Me Do też mi się podoba, właśnie ze względu na pełną szczerość spod znaku: „Nagrywam tę piosenkę, bo mogę i nikt mi nie zabroni. Nie zastraszycie mnie. Nie pokonacie”. O tym czy rzeczywiście Swift pójdzie za ciosem, przekonamy się wszyscy już 10 listopada.