Słowo na niedzielę: w wirze walki o diabelskie rogi

Autor: Bartosz Pacuła

 

Czy ktoś wyobraża sobie scenę metalową bez ikonicznego znaku diabelskich rogów? To jeden z symboli tego środowiska, być może już nieco wyświechtany i zużyty, ale wciąż odwołujący się do wartości, które napędzały wojowników metalu od samego początku istnienia tego gatunku. Bez wątpienia bez pokazywania diabelskich rogów nie jest w stanie obyć się Gene Simmos, basista i jeden z filarów (obok Paula Stanleya) grupy Kiss. Gene na tyle mocno czuje się związany z tym znakiem, że kilka dni temu… postanowił go zastrzec jako znak towarowy. Dokumenty wpłynęły już do odpowiedniej instytucji, która musi się z tym wnioskiem zapoznać, jednak przez sieć zdążyła się już przetoczyć fala komentarzy, najczęściej – rzecz jasna – tych negatywnych. Ale dlaczego ten gest budzi tak wielkie emocje i czy Gene całkowicie bezpodstawnie stara się o jego zawłaszczenie?

Nie jest jasne kiedy dokładnie ludzie zaczęli w ten sposób składać palce dłoni, imitując w ten sposób coś przypominającego rogi. Niektóre źródła wskazywać mają nawet na V wiek p.n.e. (!), czyli ok. 2400 lat przed narodzinami Simmonsa. Na scenie rockowej pojawił się jeszcze w latach 60. – możemy go zaobserwować między innymi w wykonaniu Johna Lenona na zdjęciu Beatlesów czy na okładce albumu Witchcraft Destroys Minds and Reaps Soul zapomnianej już formacji Coven. Nie od czapy będzie też skojarzenie tego gestu z postacią Spider-Mana, który w ten sposób wypuszcza swoją sieć podczas podniebnych podróży po Manhattanie.

Jeszcze mocniej diabelskie rogi są utożsamiane z postacią Ronniego Jamesa Dio, który o całej sprawie wypowiadał się tak (cytat pochodzi z książki Głośno jak diabli. Kompletna historia metalu bez cenzury): „Mam włoskie korzenie; moja babcia  dziadek […] przybyli do Ameryki z Włoch, a wraz z nimi ich przesądy. Gdy byłem małym dzieckiem, chodząc z babcią po ulicach trzymając ją za rękę, widziałem jak patrzyła na kogoś i składa palce w rogi. Dowiedziałem się, że to tzw. malocchio”. Wersję Ronniego potwierdza Biff Byford z Saxon, który przypisuje mu (chociaż zapewne błędnie) palmę pierwszeństwa w tej kwestii.

Jak jednak twierdzi Gene, to właśnie on miał jako pierwszy użyć tego znaku i – co jest chyba ważniejsze – spopularyzować go wśród miłośników ciężkiego brzmienia. Niezależnie jednak od jego praw do diabelskich rogów i tego kto pierwszy z nich skorzystał, warto na chwilę zastanowić się nad pobudkami, które kierowały Simmonsem. Szczególnie ostrożnie powinniśmy podchodzić do tego w Polsce, czyli w kraju, w którym Kiss nigdy nie cieszył się szczególną sławą i uwielbieniem. Do tej pory Amerykanie nie zagrali u nas ani jednego koncertu (chociaż raz, w 1997 roku, prawie im się to udało), co dziwi tym bardziej, że nad Wisłę przyjeżdżają już wszyscy, łącznie z takimi gigantami, jak Rihanna czy Ed Sheeran.

W państwie Piastów czterej umalowani faceci śpiewający o „balowaniu w każdy dzień” pozostają raczej ciekawostką i propozycją dla wtajemniczonych adeptów świata rocka, w Ameryce zaś – czyli rynku, mówiąc eufemistycznie, nieco ważniejszym od naszego – cieszą się pozycją pół-bogów. Chociaż ich studyjny debiut ujrzał światło dzienne w 1973 roku, a zespół od tego czasu zaliczał i wspaniałe wzniosy, i bolesne upadki, to wciąż są w stanie wypełnić największe areny w swojej ojczyźnie. Wystarczy zresztą rzucić okiem na koncert Kiss Rock Vegas, by przekonać się, że nawet teraz ich pozycja wśród amerykańskich fanów muzyki jest piekielnie mocna.

Co więcej, Kiss nie jest w kraju Wujka Sama „zwykłym” zespołem. To raczej coś w stylu marki czy firmy, w której muzyka jest ważną, ale nie jedyną, częścią. W zwykłych spożywczakach i supermarketach można bez problemu wyekwipować się w pakiet gadżetów sygnowanych logiem zespołu, od kubków, przez talerzyki, na serwetkach skończywszy. Kiss są także odpowiedzialni za sprzedaż swoich limitowanych popiersi, kosztujących – bagatela – 1000 dolarów, urn opatrzonych ognistą dekoracją (te są znacznie tańsze, wycenione bowiem zostały na 650 zielonych) czy prezerwatyw. Do tej pory bawią mnie także struny do… gitary powietrznej (zdjęcie powyżej). Jak nietrudno się domyślić, są one wykonane z powietrza i niewidzialne. Cena – cztery dolce.

Z tej perspektywy wybryk Simmonsa jest, no właśnie, kolejnym z wielu, które i on, i jego koledzy zaliczyli podczas długiej i skomplikowanej kariery. On sam, co stało się dla mnie jasne po lekturze wywiadu z nim w jednym z numerów brytyjskiego czasopisma „Classic Rock”, postrzega siebie jako kogoś lepszego od większości ludzi, więc dlaczego miałby nie zawalczyć o gest, który uważa za swój? W końcu, jak zauważył Dio, „Gene wynalazł też oddychanie i buty”. Więc cieszcie się, że i tego nie próbował zarejestrować.

Pasek - kreska

[EDIT – 22.06.2017]

 

Gene Simmons zdecydował się na wycofanie swojego wniosku. Co rodzi pytanie w konspiracyjnym duchu teorii spiskowych – a może to wszystko była zaplanowana akcja marketingowa związana z Kiss?