Spirit – recenzja

Autor: Bartosz Pacuła
Zdjęcia: Columbia Records (nr 1-5), Bartosz Pacuła (nr 6-7)

 

Przyznam szczerze, że nieswojo czuję się pisząc te słowa (biorąc szczególnie pod uwagę kult, jakim w Polsce i na całym świecie otacza się Depeche Mode), ale muszę być szczery w swoich osądach: Spirit, najnowszy album Gahana i spółki, to jeden z najgorszych krążków, z jakimi miałem w ostatnich miesiącach do czynienia. Nie wiem jak to jest możliwe, ale tej legendarnej formacji udało się wypluć z siebie album zupełnie bezpłciowy, nieangażujący i zwyczajnie nudny. I, przede wszystkim, niewzbudzający jakichkolwiek emocji, pozytywnych czy negatywnych. Ponoć właśnie taki stan jest koszmarem każdego artysty – gdy wynik jego pracy nikogo nie rusza. Jeżeli tak jest w istocie, to artyści z Depeche Mode mają przesrane.

Spirit to czternasty studyjny album DM, wydany kilka dni temu (17 marca) przez Columbię. Jest on bezpośrednim następcą krążka Delta Machine, jednego z najlepszych dokonań Depeche Mode w XXI wieku. Pamiętam doskonale, że na tamtą płytę w ogóle nie czekałem. Po prostu pewnego dnia, z miesiąc po premierze, odpaliłem ją, by momentalnie zostać wchłoniętym przez jej gęsty jak smoła klimat. Delta Machine stanowiła idealne połączenie rocka, elektroniki i bluesa, a przeboje o radiowym potencjale (jak Soothe My Soul) były jedynie częścią większej, świetnie prezentującej się całości. Dlatego też na Spirit czekałem już znacznie bardziej. Co prawda po zapoznaniu się z pierwszym singlem promującym płytę (a trzeba wiedzieć, że DM to spece od singli, którzy prawie zawsze bez pudła wybierają do tej roli najciekawsze kawałki) mój entuzjazm nieco osłabł, jednak nie było to w stanie odwieść mnie od kupna tego krążka w dniu premiery. A szkoda, bo byłbym do przodu o 130 zł.

Jak już – w krótkich, żołnierskich słowach – udało mi się powiedzieć, Spirit to dzieło, koło którego można przejść zupełnie obojętnie. Nie ma on żadnej mocy wywoływania jakichkolwiek emocji, poza znużeniem i niecierpliwością. Chociaż w jego skład weszło 12 piosenek (na wydaniu winylowym zajmują trzy strony), to wydaje mi się on pusty, bez żadnego wyrazu, charakteru. Co więcej, po jego kilkukrotnym odsłuchu wciąż nie umiem zapamiętać więcej niż trzech kawałków, które umieją trącić jakąś strunę w mojej duszy (są to: Going Backwards, przywołany już singiel Where’s the Revolution orz Poorman). Pierwszy i trzeci numer są nawet przyzwoite – bez szału, ale momentami można usłyszeć to, za co kocha się Depeche Mode. Nieco inną relację mam z Where’s the Revolution, który irytuje mnie swoim bezdennie głupim i naiwnym tekstem. Jasne, każdy chce słuchać bogatych panów w średnim wieku, którzy wyrażają swoje święte oburzenie nad stanem współczesnego świata. To w sumie świetna zabawa: słuchać kogoś, komu wydaje się, że ma coś ważnego do przekazania, a tak naprawdę prawi infantylne kazania, które równie dobrze mogłaby wygłaszać moja 12-letnia siostra.

Niestety w parze ze słabą muzyką i miałkimi tekstami idzie mierna jakość nagrania. Panowie Gahan, Gore i Fletcher nie stanęli na wysokości zadania i w tym aspekcie. Co ciekawe, Delta Machine (czyli krążek, który nagrywali zaledwie pięć lat temu) stał pod tym względem na niezwykle wysokim poziomie. Brzmienie było głębokie i nasycone (szczególnie w środku pasma), dynamiczne i charakteryzowało się przestrzenią, oddechem. Na Spirit podobnych dobroci nie uświadczymy, brutalnie zderzając się ze ścianą kiepskiego, cyfrowego dźwięku. Po lekkim ociepleniu brzmienia i fantazyjnie kreowanej scenie dźwiękowej nie pozostał żaden ślad, ustępując bezmyślnej sieczce rodem z najgorszych dyskotek techno. I nie, wydanie winylowe nie poprawia tej smutnej sytuacji – brzmi równie źle.

Pisząc tę recenzję zajrzałem na chwilę na niezawodną Wikipedię i doznałem szoku: otóż w serwisie Metacritic Spirit jest oceniany średnio o 10 punktów wyżej od Delta Machine. Z początku myślałem, że jest to jakiś błąd, ale większości osób najnowszy długograj Depeche Mode ewidentnie przypadł do gustu. Czy jest to kwestia większego zaangażowania społeczno-politycznego ze strony Gahana i Gore’a? A może recenzenci tak tęsknie wypatrywali świeżego materiału od Anglików, że nie obchodzi ich jego faktyczna jakość? Tego naprawdę nie jestem w stanie ocenić. Oczywiście dopuszczam do siebie myśl, że to ja się mylę (dlatego zwracam się z apelem do wszystkich depeszy: proszę, nie gniewajcie się na mnie) i nie potrafię dostrzec piękna, które jest gdzieś na Spirit ukryte. Problem w tym, że po kilku dniach spędzonych w towarzystwie tego albumu mam nadzieję nieprędko zasiąść do niego ponownie, by zweryfikować swoje poglądy. Come on Depeche Mode. You’re letting me down.

Pasek - wydanie

Dobrze jest być fanem Depeche Mode, szczególnie jeśli dysponujemy nieco głębszym portfelem. Brytyjskie trio przyzwyczaiło nas do dbałości o stronę wydawniczą swojego „biznesu” – i nie inaczej jest tym razem. Samo Spirit możemy nabyć w trzech różnych wersjach CD oraz na podwójnym winylu. Miłośnicy srebrnego krążka mogą zdecydować się na wersję zwykłą (tj. jednopłytową), dwupłytową Deluxe Edition oraz Special Edition, która od opcji poprzedniej różni się boxem i pinem z logotypem zespołu. Nieźle prezentuje się także winyl; chociaż trudno mi jest czerpać przyjemność z podziwiania tej paskudnej okładki w dużym formacie, to nie mogę nie docenić fajnie wydanej drugiej płyty, której strona D nie została „zapisana” a elegancko ozdobiona tytułem krążka. Niby nic, a cieszy. Warto dodać, że zespół zdążył już wydać singiel Where’s the Revolution na CD (wydawnictwo to przynosi pięć kawałków: oryginalną wersję piosenki oraz cztery remixy), a także zapowiedzieć rozszerzoną wersję tego wydawnictwa na winylu (premiera: 28 kwietnia tego roku).

Pasek - informacje

Wykonawca: Depeche Mode
Tytuł: Spirit
Wytwórnia: Columbia Records
Data wydania: 17.03.2017
Gatunek: Rock
Czas trwania: 49:23