Starboy – recenzja

Autor: Kamil Brycki
Zdjęcia: XO

 

The Weeknd jest dziwnym artystą. Dziwnym w moim odczuciu – ogromny potencjał popowego, wpadającego w ucho głosu oraz wrodzonej muzykalności jest regularnie zaprzepaszczany przez  bardzo słabą warstwę tekstową oraz niekoniecznie trafne rozwiązania jeżeli chodzi już o same piosenki. A to w jednym miejscu trzy razy powtórzy się ten sam wers, bo tak; gdzieś indziej Abel Tesfaye zacznie nietypowo zmieniać barwę głosu odbijając się od elektronicznych bitów kojarzonych z jego piosenkami. To wszystko jednak ciągle idzie do przodu, a Weeknd staje się coraz bardziej popularny – w zeszłym miesiącu wydał przecież trzeci już mainstreamowy krążek, reklamowany przez współpracę z Daft Punkiem. Więc – czy Starboy się udał?

I tak, i nie. Przeskok z Kissland na Beauty Behind The Madness (odpowiednio: z pierwszego albumu na drugi) był bardzo widoczny i oczywisty – Weeknd stał się nagle popowym wykonawcą wykorzystującym ogromną popularność, jakiej przysporzyła mu piosenka napisana dla (nie)sławnego filmu 50 Shades of Grey. W takiej formie słowa nie grały tak dużej roli, jak rytmika i dźwięczność, a te z pewnością zostały odpowiednio zaserwowane. To właśnie na Beauty Behind The Madness znalazł się hit radiowy Can’t Feel My Face, jedna z najpopularniejszych piosenek zeszłego roku. I choć płyta jako całość była „mocno średnia”, to jednak zapisała się w historii artysty jako ta, dzięki której „wybuchł”. Ze Starboyem sprawa wygląda trochę inaczej.

Starboy jest powrotem do trylogii – do pierwszych trzech niszowych dzieł Weeknda. Nagranych w mrocznym klimacie, ociekających seksem i tajemniczością. Tesfaye ściął włosy i na nowo chciał nagrać album, który byłby mocno elektroniczny i dopasowany do jego ogromnych wokalnych możliwości, trafiając jednocześnie do swoich wszystkich fanów – i starych, i nowych. Niestety nie wszystko wyszło tak, jak pewnie sobie tego życzył.

Starboy był promowany trzema piosenkami – tytułową, gdzie za podkład odpowiada Daft Punk, False Alarm, czyli uderzeniem w bardziej klubową atmosferę oraz I Feel It Coming, wykonanym również z Daft Punkiem. Wszystkie te piosenki mogą się podobać (chociaż mi szczególnie do gustu nie przypadły, może z wyjątkiem tytułowej), co jednak nie zmienia faktu, że od samego początku atakują słuchacza bardzo słabą warstwą tekstową. „Main bitch out of your league, side bitch out of your league […] I’m a motherfuckin’ starboy” – naprawdę?

Przeskakując jednak teksty piosenek i skupiając się na samej warstwie muzycznej – nie jest już tak źle. Cała płyta brzmi, jakby była faktycznie zainspirowana twórczością Daft Punka, co daje nam w trakcie odsłuchu poczucie spójności. Wszystkie utwory utrzymane są w tym samym klimacie, ich liczba jednak jest mocno przytłaczająca. Około 20 piosenek zrobionych po części na jedno kopyto potrafi znużyć i jestem pewien, że płyta byłaby znacznie przyjemniejsza w odsłuchu, gdyby liczbę dostępnych piosenek mocno zredukować. Tym bardziej, że ucinać jest z czego; nie wszystkie piosenki są warte poświęcenia czyjegokolwiek czasu.

Mamy więc otwierającego Starboya, mocno elektroniczne i chwytliwe Rockin’, wpadający w ucho bit w Loves To Lay (chociaż tekst i tytuł wydają mi się całkowicie bez sensu, ale to w końcu nie ja jestem artystą) czy Six Feet Under. Mogę jeszcze wymienić A Lonely Night jako jedną z ciekawszych kompozycji, poza tym jednak mamy naprawdę masę piosenek, których mimo wielokrotnego odsłuchu całej płyty nie jestem w stanie wymienić. Okay, było może jeszcze Secrets (prawdopodobnie tak ta piosenka się nazywała), jednak w moim zwyczaju jest wypieranie nieciekawych doświadczeń ze swojej głowy i najwidoczniej reszta Starboya została do nich zaliczona. Nad czym niestety ubolewam, ponieważ po powrocie Weeknda do swoich korzeni miałem dość spore oczekiwania. A słuchając fenomenalnego coveru Dirty Diany dostępnego w internecie ubolewam jeszcze bardziej.

Starboy jest więc albumem wypchanym po brzegi zlewającymi się ze sobą utworami, z których co prawda mógłbym wyselekcjonować kilka takich, które broniłyby się w mojej bibliotece – będzie ich jednak za mało jak na 18-trackowy krążek tak znanego i kryjącego ogromny potencjał artysty, abym mógł zaliczyć całe dzieło do kategorii udanych. Cóż, nie pozostaje mi nic innego, jak tylko czekać dalej z nadzieją, że kiedyś The Weeknd i jego zespół produkcyjny umieszczą na płycie tylko najlepsze kawałki, a sam artysta wróci do pisania trochę bardziej poetyckich wersów – i nie mówię tutaj o rezygnacji ze swojego mrocznego charakteru przepełnionego seksem, a po prostu o oszlifowanie go, wycinając kłujące w uszy fragmenty dedykowane dorastającym gimnazjalistom.

Pasek - wydanie

Krążek Starboy można nabyć w wersji CD oraz w formie pliku do pobrania. Co ciekawe, dzieło to ukazało się również w wersji japońskiej, wzbogaconej o bonusowy utwór. To ciekawa propozycja, o ile komuś podstawowy pakiet 18 utworów wydaje się za mało rozbudowany.

Pasek - informacje

Wykonawca: The Weeknd
Tytuł: Starboy
Wytwórnia: XO
Data wydania: 2016
Gatunek: Pop
Czas trwania: 01:08:40