Superheroes in concert – Tauron Arena (29.04.2017)

Autor: Bartosz Pacuła
Zdjęcia: Plateaux

 

Wyobraźcie sobie taką sytuację: jesteście głową czteroosobowej rodziny. Ciężko pracujecie, żeby zapewnić jej godny byt, ale także, by – przynajmniej od czasu do czasu – zaproponować jakieś rozrywki. Zwykle decydujecie się na rzeczy sprawdzone, znane: kino, weekendowy wypad na rowerach, wyjście na obiad do miasta. Pewnego dnia Waszą uwagę przykuwa plakat reklamujący koncert. Zwykle nie zaszczycacie czegoś takiego spojrzeniem, jednak z baneru spogląda na Was Spider-Man. Bodaj najpopularniejszy superbohater ze stajni Marvela zachęca do kupna biletów na koncert, podczas którego zabrzmi muzyka z filmowych przygód komiksowych herosów. To jednak nie koniec – dźwięki zostaną uzupełnione przez pokazy świateł, taniec oraz… technologię VR. Brzmi niesamowicie, prawda? Wyciągacie więc 150 zł za jedną wejściówkę i dopłacacie po 30 zł za gogle VR, w końcu nie będziecie oszczędzali na szczęściu swojej lepszej połówki i latorośli. A potem płaczecie, bo to wszystko okazało się bujdą.

Nie wiem czy mężczyzna siedzący ze swoją rodziną za mną podczas wydarzenia Superheroes in concert ciężko pracuje, czy nie. Nie mam również bladego pojęcia w jaki sposób lubi wypoczywać ani jak dowiedział się o imprezie mającej odbyć się pod koniec kwietnia w krakowskiej Tauron Arenie. To wszystko zmyśliłem na potrzeby dramatyzmu w mojej historii. Wiem jednak na pewno, że wydanych pieniędzy – szczególnie za gogle VR, ale o tym później – bardzo żałował, czemu dawał od czasu do czasu wyraz coraz głośniejszymi komentarzami. Koncert ten okazał się bowiem wielkim (i, niestety, dość kosztownym) rozczarowaniem.

Zwykle relacje czy recenzje staram się rozpoczynać od wyliczenia plusów. Tym razem postąpię inaczej – wszak zawiodło prawie wszystko. Zacznijmy od doboru muzyki, który – w mojej ocenie – nie był zbyt fortunny. Owszem, tu i ówdzie znalazło się miejsce na naprawdę fajne kompozycje (myślę tu na przykład o kawałku The Avengers z filmu – a jakże – The Avengers), jednak przez większość czasu zwyczajnie wiało nudą. Nie wiem kto wymyślił, dla przykładu, że ktokolwiek ucieszy się z naprawdę przeciętnych numerów pochodzących z ścieżek dźwiękowych do takich filmów, jak The Incredible Hulk czy Ant-Man, ale musiał czuć się naprawdę źle podczas podejmowania tej decyzji.

Jeszcze gorzej wypadły dwie atrakcje, których zadaniem było wspieranie muzyki: taniec i prezentacje w technologii VR. Ten pierwszy – jak mi się wydaje – został wciśnięty na siłę, tylko po to, by móc na plakacie pochwalić się czymś nietypowym. Artyści w żaden sposób – czy to swoim strojem, czy też choreografią – nie nawiązywali do superbohaterskich filmów, przez co wyglądali dość kuriozalnie. Na temat samej jakości wykonania się nie wypowiem (bo na tańcu się zwyczajnie nie znam), nie muszę jednak mieć zaliczonej na 100% matury z wiedzy o tańcu by wiedzieć, że ten element do niczego nie pasował.

Z kolei pomysł z wykorzystaniem technologii VR był dosyć ciekawy. Przynajmniej na papierze, w rzeczywistości wypadło to bowiem dość biednie. Animacje były chyba robione przez uczniów liceum, na dodatek średnio utalentowanych. Zamiast spodziewanej zabawy gogle przyniosły tylko rozczarowanie i niepotrzebnie odciągały uwagę od muzyki i gry świateł, która – trzeba to przyznać – była zrealizowana naprawdę przyzwoicie. Czarę goryczy przelał jednak fakt, iż za wątpliwą przyjemność otrzymania gogli VR trzeba było zapłacić (wspomniane w pierwszym akapicie) trzy dychy za osobę.

Biedę Superheroes in concert najlepiej ilustruje jednak pan prowadzący całą imprezę. Takiego bowiem ta się doczekała. Facet pojawiał się na scenie co 10-15 minut i przerywał muzykę swoimi przegadanymi przemówieniami, w których – z nieuzasadnioną szczegółowością – opowiadał między innymi historię życia tancerzy. Przez to stał się kolejnym elementem, który odciągał uwagę widzów od prawdziwego clou wydarzenia, czyli muzyki. Oczywiście na hali mogli znaleźć się jacyś fani tańca, którzy z wielką przyjemnością słuchali informacji o tych artystach, ale chyba należeli do mniejszości. Co więcej, nie potrafię oprzeć się wrażeniu, że komiwojażer był tylko sprytnym sposobem na przykrycie niewielkiej ilości rzeczywistej treści koncertu. Ten trwał zaledwie 90 minut – i to przy wliczeniu fascynujących opowieści o panach tancerzach i paniach tancerkach.

Nie wszystko podczas Superheroes in concert nie wypaliło. Na plus trzeba przede wszystkim zaliczyć przywołane już światła, które momentami robiły spore wrażenie (nie takie jak na koncercie Jarre’a, ale i tak było fajnie) oraz wysoka dyspozycja muzyków. Orkiestra Akademii Beethovenowskiej pozwoliła poznać się z dobrej strony (co nie zawsze jest regułą w jej wypadku) i bardzo dobrze wywiązała się ze swojego zadania. Szczególnie przyjemnie zabrzmiała muzyka z obu części Avengersów oraz Iron Mana. Była moc, energia i radość. Szkoda tylko, że swoją uwagę trzeba było dzielić na wiele innych, zupełnie niepotrzebnych, rzeczy.

14 października (tego roku) projekt Superheroes in concert trafi do Gdańska. Chciałbym więc ostrzec wszystkich wszem i wobec, żeby uratowali swoje pieniądze i czas wolny. A także szacunek domowników/przyjaciół, z którymi na tę imprezę chcieliby się wybrać. Nie warto. Zaoszczędzone pieniądze zainwestujcie w piwo, pizzę i chipsy. Walnijcie się na kanapie i zobaczcie razem jakiś film Marvela czy DC. Gwarantuję, że będziecie bawić się o wiele lepiej.