T.Love – Forty Kleparz (04.12.2016)

Autor: Bartosz Pacuła
Zdjęcia: Warner Music Poland

 

Wybranie się na koncert danego artysty jest dla mnie nie tylko szansą na zobaczenie i usłyszenie go na żywo, ale i na uświadomienie sobie kilku rzeczy, czyli na edukację. Może ona dotyczyć tego jak dobry/zły jest dany zespół w wersji live (dla przykładu: System of a Down/Archive) albo jak wypadają dane utwory w środowisku koncertowym, daleko od bezpiecznych czterech ścian studia nagraniowego. Jednak krakowski koncert grupy T. Love był dla mnie dla mnie z jeszcze innego powodu: stojąc w głównej sali Fortów Kleparz mogłem uświadomić sobie ile hitów przez ponad trzy dekady Muniek i spółka natrzaskali. A było tego naprawdę sporo. Oczywiście zdawałem sobie sprawę, że to właśnie T. Love zawdzięczamy m.in. IV Liceum, Autobusy i tramwaje, Warszawę czy cudownie przaśne Ajrisz. Jednak dopiero teraz – gdy usłyszałem te wszystkie przeboje jeden po drugim – dotarło do mnie z całą mocą, że jest za nie odpowiedzialny jeden zespół.

Wychodząc więc na scenę (nie tylko tę w Krakowie) Muniek ma pewność, że publiczność będzie się dobrze bawiła. Z taką dyskografią T. Love to już właściwie samograj – nic nie trzeba nowego wymyślać, forsować na siłę świeżych pomysłów. Wystarczyłoby, żeby z kolumn popłynęła dobrze znajoma melodia utworu King i wszyscy byliby zadowoleni. No, wszyscy prócz samej grupy, która nie chce spocząć na laurach. Nic też dziwnego, że setlista jesiennej trasy koncertowej T. Love pęka w szwach od nowych kompozycji z eponimicznego krążka (zrecenzowanego TUTAJ). Zwykle artyści – zwłaszcza ci z dłuższym stażem – na takim podejściu się potykają: premierowe kawałki nie „wchodzą” tak gładko, a publiczność coraz głośniej wyraża swoje niezadowolenie, skandując utwory świetnie znanych hitów. Tym razem było jednak zupełnie inaczej: to właśnie nowości popychały koncert do przodu i spajały go w jedną całość.

Weźmy – dla przykładu – fantastycznego Pielgrzyma, który otwiera i płytę, i koncerty formacji dowodzonej przez Muńka. Charakterystyczny riff, fajny tekst i prosty, zachęcający do wspólnego śpiewania refren pozwalają szybko wczuć się w odpowiedni nastrój. Z kolej melancholijnie robi się przy Warszawie Gdańskiej…, dedykowanej zmarłemu w tym roku Davidowi Bowiemu. No i nie można zapomnieć o kawałku Alkohol, z którego tekstem tak łatwo jest nam się utożsamić. Cieszy bardzo fakt, że wszystkie premierowe numery tak dobrze wypadają na żywo. Co więcej, wyraźnie było słychać, że muzycy poświęcili wiele czasu, by dopracować ich wersje koncertowe (czego zabrakło w wypadku niektórych starszych utworów). Dzięki temu (a także reakcji publiczności, która była obkuta z tekstów) zespół nie musiał wpychać na siłę materiału z T.Love.

Oczywiście bardzo fajnie wypadły także wspomniane już przeboje pokroju IV Liceum czy Ajrisz. Muzycy – chociaż mają od lat ograne te kawałki – nie wyglądali na zblazowanych czy znudzonych (z dwoma małymi wyjątkami, do czego jeszcze wrócę), ale na szczerze zaangażowanych i czerpiących radość z gry. Na dodatek rozkręcali się z minuty na minutę, czując się coraz pewniej i mocniej. Świadczy o tym nie tylko jakość ich gry, ale i zachowanie Muńka, który powoli otwierał się na publiczność; wchodził w różne (czasami głupawe, ale i zabawne) rozmowy z „krzykaczami” (tj. osobami, które głośno domagały się natychmiastowego odegrania konkretnej piosenki), dzielił się też interesującymi anegdotami. Wszystko to jednak było bardzo dobrze zbalansowane: w żadnym momencie nie poczułem, że Muniek przyszedł po prostu z nami pogadać i zainkasować za to czek z kilkoma zerami.

Opisywany tutaj koncert – chociaż stał na wysokim poziomie – nie był pozbawiony wad. Właściwie to dwóch. Po pierwsze, zupełnie rozczarowała postawa Pawła Nazimka oraz Toma Pierzchalskiego, którzy wyglądali, jakby znaleźli się w Fortach Kleparz przez przypadek albo – co gorsza – za karę. Nieszczególnie angażowali się w granie (co było słychać), nie umieli też wykrzesać z siebie nawet odrobiny energii, by choć raz uśmiechnąć się (skinąć/pomachać/cokolwiek w tym stylu) do publiczności. Drugą problematyczną sprawą była… długość trwania koncertu. W niedzielny wieczór mogliśmy usłyszeć naprawdę sporo utworów, na moje oko o pięć-sześć za dużo, co było nieco męczące. Gdyby zespół był nieco bardziej restrykcyjny w doborze setlisty koncert bez wątpienia by na tym zyskał.

Chociaż muzyki sygnowanej marką (a teraz i nowym logiem projektu Rosława Szaybo) T. Love nie słucham codziennie, to po krakowskim koncercie na pewno będę wracał do niej częściej. Zbyt wiele tam fajnych utworów, by móc przejść obok niej obojętnie. I cieszę się, że ja nie przeszedłem.