T.Love – recenzja

Autor: Bartosz Pacuła
Zdjęcia: Warner Music Poland

 

Piątek, 4 listopada, Warszawa. Pierwszy dzień targów Audio Video Show 2016 zbliża się ku końcowi. Przede mną jeszcze jedno wydarzenie, na którym muszę się pojawić i mogę udać się na zasłużony odpoczynek przy piwie. To polska (a więc – mówiąc szumnie – i światowa) premiera albumu T.Love grupy T.Love. Premiera, dodajmy, wyjątkowa – i to z kilku względów. Po pierwsze, odbyła się w trakcie AVS, czyli wydarzenia o audiofilskim charakterze. Po drugie, bo po raz pierwszy ludzie mieli okazję usłyszeć ten krążek na systemie wartym ponad 2 miliony złotych. No i jest jeszcze jeden powód stanowiący o wspomnianej wyżej „wyjątkowości” tego wydarzenia: początkowych fragmentów T.Love mogliśmy posłuchać w towarzystwie Muńka.

Niedziela, 4 grudnia, Kraków. Przed chwilą zajrzałem na backstage, ale Muńka tam nie znalazłem (skąd miałem przepustkę – opowiem innym razem). Krążę więc po obszernych pomieszczeniach Fortów Kleparz, rozglądając się za człowiekiem, którego głos towarzyszy nam wszystkim o tylu lat. W końcu natrafiłem na niego w strefie autografów: stał tam, bez wytchnienia podpisując kolejne płyty. Podchodzę do niego i kładę przed nim winylową wersję T.Love. Na białej okładce pojawiają się smoliście czarne litery: „Dla Bartka, Muniek, T.Love”.

Muniek, chociaż tego nie wiedział, złożył podpis na płycie, która towarzyszyła mi przez cały miesiąc. Wracałem do niej natrętnie, będąc zahipnotyzowanym świeżością materiału zaprezentowanego przez T.Love. Pierwszego studyjnego od czterech lat, warto dodać. Nie był to na szczęście czas stracony: powstało bowiem dzieło równe, przemyślane i zdecydowanie wysokiej próby. Znalazło się na nim miejsce i na radiowe hity (Pielgrzym), i wielkie zaskoczenia (Niewierny patrzy na krzyż), i na piosenki z „muńkowym” feelingiem (Warszawa Gdańska…). Jednocześnie T.Love, choć prezentuje odnowione podejście do materii muzyki rockowej, pozostaje tym samym „starym, dobrym T.Love”, do jakiego zdążyliśmy się wszyscy przyzwyczaić.

Jednak najbardziej na T.Love przypadła mi do gustu szczerość i prostota tego materiału, czyli cechy, które stanowią przecież (a przynajmniej stanowiły u samych źródeł) o sile rocka. Weźmy, dla przykładu, zdecydowanie najlepszy numer na płycie, czyli otwierającego całość Pielgrzyma. Piosenka zaczyna się zjawiskowym i szybko wpadającym w ucho riffem, do którego szybko dołącza perkusja i lekko „zamazany” głos Muńka. De facto w kawałku tym znaleźć można niewiele więcej – ale to naprawdę dobrze. Artyści ewidentnie szanują swoich słuchaczy i wierzą, że ci są w stanie wytrzymać kilka minut bez żadnej chaotycznej sieczki. Zamiast tego mamy refleksyjną opowieść w rockowo-bluesowych klimatach.

Ukłonem w stronę rockowej prostoty lat 50. i 60. jest również sposób, w jaki album ten został „złożony”. W jego skład weszło 12/13 (wersja winylowa/podstawowa CD) utworów, których czas trwania nie męczy, a zostawia z uczuciem lekkiego niedosytu, którego zniwelowanie jest wielką przyjemnością. Również umiejscowienie samych piosenek jest, w moim przekonaniu, znakomite: całość otwiera typowy przebój, po którym otrzymujemy kilka różnych typów utworów; jest więc i ballada, i kawałek biesiadny, i kilka innych dobroci. Odmiennych od siebie, ale i bardzo podobnych, zanurzonych w tym samym sosie.

Przyznam się szczerze, że na T.Love nie czekałem z wypiekami na twarzy. Oczywiście zdawałem sobie sprawę z faktu, że krążek ten wychodzi, zaplanowałem nawet zapoznanie się z nim (choć w niesprecyzowanej przyszłości). Na szczęście mogłem wziąć udział w premierze na Audio Video Show, gdzie szybko zdałem sobie sprawę ze skali błędu, który bym popełnił. Wy go nie popełniajcie. I szybko odpalcie sobie najnowszy album studyjny T.Love. Niby stare dziady, a tak dobrze nie grali od lat!

Pasek - kreska

Album T.Love zostaje wyróżniony nagrodą Great Music.

Great Music

Pasek - wydanie

Z oceną wydania T.Love mam niemały problem. Z jednej strony należy pochwalić polski oddział Warnera za rozmach: krążek ukazał się i na winylu, i w dwóch wersjach CD (zwykłej oraz Deluxe z 18 numerami). Na dodatek srebrna płyta brzmi naprawdę wybornie: to bez wątpienia zasługa Jacka Gawłowskiego, który odpowiedzialny był za współprodukcję, a także miks i mastering (więcej o tym – TUTAJ) oraz faktu, że album był rejestrowany na wielościeżkowym magnetofonie analogowym. Niestety zupełnie inaczej jest z wersją winylową: w porównaniu do „cedeka” brzmi po prostu koszmarnie. Jasnym jest, że wytwórnia nie zadbała o to, by otrzymany od T.Love materiał inaczej potraktować z myślą o CD, a inaczej o LP (co powinni zrobić) – zamiast tego zdecydowali się pójść po linii najmniejszego oporu. Co więcej, Warner zawiódł także w jeszcze innej kwestii: T.Love miał być pierwszym polskim albumem rockowym w historii do nabycia w pliku wysokiej rozdzielczości (24/88,2). Niestety na zapowiedziach się skończyło i na historyczny „numer jeden” wciąż musimy poczekać. Równie ambiwalentny stosunek mam do okładki tego krążka. Co prawda została zaprojektowana przez legendarnego Rosława Szaybo (tego od British Steel Judas Priest i wielu innych ikonicznych projektów), jednak – mówiąc delikatnie – nie zachwyca.

Pasek - informacje

Wykonawca: T.Love
Tytuł: T.Love
Wytwórnia: Warner Music Poland
Data wydania: 2016
Gatunek: Rock
Czas trwania: 48:18