Taco Hemingway – INEA Stadion (06.12.2016)

Autor: Kamil Brycki
Zdjęcia: Taco Corp

 

Długo ociągałem się z tym tekstem, przyznaję bez bicia. Nie dlatego, że nie podobał mi się koncert Taco Hemingwaya, który odbył się już jakiś czas temu w Poznaniu (6 grudnia, żeby być dokładnym). I na pewno nie dlatego, że był tak wspaniały, że nie wiedziałem, co napisać. Musiałem z pewnością poukładać sobie pewne myśli w głowie, a biorąc pod uwagę natłok zajęć świątecznych, dopiero niedawno udało mi się już ze spokojem o całym wydarzeniu pomyśleć.

Te na początku nie były najlepsze, niestety. Pojawiłem się przed klubem, w którym miał odbywać się koncert – a nawet dokładniej: przed bramą prowadzącą na teren stadionu INEA – około 30  minut przed koncertem. Było zimno i spodziewałem się, że przepływ zainteresowanych będzie z tego powodu dość sprawny. Dość szybko moje poglądy zostały zweryfikowane, kiedy do klubu wszedłem dopiero około 20 minut po planowanym rozpoczęciu koncertu. Został on oczywiście opóźniony – nie byłem ostatnią osobą w kolejce – jednak mimo to taki czas oczekiwania skutecznie ostudzał zapał koncertowy. Podobno prawie przez godzinę była otwarta tylko jedna bramka, i dość późno zauważono, że w sumie te drugie drzwi też da się otworzyć. Voila, jesteśmy w środku.

Ładne płyty, piękne plakaty, ceny wszystkim znane, bezpłatna szatnia i sala koncertowa – nareszcie! Kiedy wszyscy weszli do środka mi już było przyjemnie ciepło i zaczęło się u mnie pojawiać podekscytowanie przed występem. Spóźnienie artysty podyktowane powolnym wpuszczaniem ludzi również nie robiło mi już problemu. Każdy ma przecież prawo do słuchania. Sala koncertowa na INEA Stadion prezentuje się bardzo nowocześnie i minimalistycznie i w zasadzie jedyne, co mi przeszkadzało, to wielki filar stojący przed samym środkiem sceny. Muzycy jednak są zazwyczaj dość ruchliwi na scenie, czekam więc do właściwego występu.

Wszedł Taco. Biodra kręcą się jak wosk (fanów), wszyscy czują tę energię, bawią się i śpiewają. Świecące prostokąty są już w górze i cały lokal kręci snapy, które później – przed wysyłką – są zapisywane w pamięci telefonów. Co mnie osobiście bardzo cieszy to fakt, że Taco nie popełnił rażącego błędu i nie zagrał wszystkich piosenek ze swojej nowej płyty, Marmuru. Wybrał te najlepsze, które podobają się ludziom i dopełnił je utworami, które zna każdy jego fan. Wszystko jedno, Szlugi i kalafiory, Mięso – odhaczone; Następna Stacja, Sześć Zer – również. A także, ku mojej uciesze, Wosk i Koła (Wosk jest jak dla mnie najlepszym albumem artysty). Czego więcej potrzeba do szczęścia?

Marmur również został doceniony – stanowi on przecież główną koncertową oś i musiał grać pierwsze skrzypce. Jeżeli mógłbym na coś narzekać, to na brak Żywota. Poza tym jednak pojawiły się wszystkie największe hity: Żyrandol czy Witaj w Hotelu Marmur, nie mogło zabraknąć również Deszczu na betonie oraz mojego osobistego faworyta (o czym wspominałem w TEJ recenzji), czyli Tsunami Blond. Pod względem tracklisty koncert był przygotowany dobrze, ponieważ większość piosenek znali wszyscy. Były one poukładane trochę chaotycznie, brakowało czasem słowa wprowadzenia, ale koniec końców nie odczułem braku żadnej ważnej kompozycji (poza tą jedyną, wspomnianą na początku tego akapitu). Niektóre z nich były oczywiście skrócone, co było prawdopodobnie podyktowane chęcią wciśnięcia jak największej liczby utworów w jak najkrótszym czasie. Nie przeszkadzałoby mi to zbytnio gdyby Taco był jednak odrobinę bardziej wylewny – brakowało mi przerywników pomiędzy piosenkami, co w połączeniu z faktem opisanym powyżej sprawiło, że artyści wydawali się pędzić na złamanie karku w stylu: „jeszcze jedna piosenka, zdążymy”.

Taco Hemingway w duecie z Rumakiem przy konsoli również dawali radę, chociaż nie powiedziałbym, że był to występ ich życia. Taco brzmiał w niektórych piosenkach, jakby był wycofany. Rapował zrozumiale, jednak nie z taką mocą, do jakiej zdążył mnie przyzwyczaić na wszystkich swoich EP oraz pierwszym LP. Raz czy dwa pomylił kolejność wersów w refrenie, ale to akurat nikomu nie powinno przeszkadzać – w przeciwieństwie do podziękowań składanych Rumakowi co trzy minuty. Nie zrozumcie mnie źle – ten duet jest naprawdę świetny, jednak kiedy 15. raz słyszy się, że „to wszystko zasługa Rumaka”, zaczyna być trochę nużąco.

Do czego mógłbym się jeszcze przyczepić, to do nierównego poziomu nagłośnienia. Przy starszych piosenkach było głośniej, przy nowszych ciszej, przez co rap czasem ginął w podkładzie. Nie były to sporadyczne przypadki, ale nie zdarzało się to też cały czas, także podejrzewam, że było to spowodowane ograniczeniami technologicznymi starszych bitów.

No dobrze, a więc jak to było z tym koncertem? A no właśnie – koncert był, bawiłem się dobrze, ale nie wyszedłem za bardzo podekscytowany. Z drugiej strony daleko mi było również od bycia załamanym. Koncert Taco Hemingwaya w Poznaniu był po prostu w porządku. Przyjemnie było posłuchać Wosku i Marmuru na żywo, po czym powrócić do codzienności. Raczej nie pojawię się na koncercie Taco po raz kolejny – chyba że wróci z nowym materiałem. I nową energią.