Tadeusz Łuczejko (Aquavoice) – wywiad

Autor: Wojciech Pacuła
Zdjęcia: Wojciech Pacuła (nr 1 i 5), Bartosz Pacuła (nr 2-4)

 

Debiutował na scenie obok Tomasza Stańko, pierwszy zespół sformował z Mirosławem Czyżykiewiczem. Jest wieloletnim dyrektorem artystycznym i spiritus movens festiwalu muzyki elektronicznej Ambient Festival Gorlice – odbywającego się od 17 lat w Gorlickim Centrum Kultury. Do Gorlic, małego miasteczka w Galicji, sprowadza największe gwiazdy światowej muzyki elektronicznej. Gra na instrumentach klawiszowych i wydaje płyty w ramach projektu Aquavoice. Plastyk, muzyk, akustyk, człowiek uzdolnień wszelakich – Tadeusz Łuczejko obchodzi w tym roku 20-lecie obecności na scenie. Z tej okazji wydał podwójny album Early Recordings. W listopadzie będziemy go mogli usłyszeć na dwóch specjalnych koncertach w czasie wystawy Audio Video Show. Koncerty organizują wspólnie magazyn „High Fidelity” – patron medialny wydawnictwa – oraz biuro organizacyjne wystawy. O tym i o swojej drodze artystycznej Tadeusz opowiedział nam pewnego upalnego popołudnia.

Pasek - kreska

Minęło dwadzieścia lat odkąd jesteś na scenie, a tu stary materiał – o czym jest ten album?

Prawdę mówiąc, mam trochę gotowego materiału i miałem nadzieję, że jak co roku uda mi się go wydać. Maciej Mering, mój wydawca, miał jednak inny pomysł – uparł się, aby to były stare nagrania, mające przypomnieć to, co robiłem kiedyś. To taka stara-nowa płyta. Już to wyjaśniam. Na szczęście moje stare rzeczy mi się nie podobają, bo uważam, że skoro nie jestem zadowolony z tego, co robiłem kiedyś, to idę do przodu, rozwijam się. Ponieważ Maciej na nie nalegał, to wymyśliłem, że wydam płytę, pod którą mogę się podpisać. Mam do niej duży sentyment, ponieważ to od niej zaczęła się moja przygoda z radiową „Trójką”, gdzie wprowadził mnie Jurek Kordowicz, co trwało potem przez dziesięć lat.

Ta moja pierwsza płyta, nigdy oficjalnie nie wydana, ukazała się tylko na CD-R. Na drugiej płycie mamy wybór z moich dwóch kolejnych płyt, które również funkcjonowały do tej pory na CD-R-ach. Po długich i ciężkich cierpieniach wybrałem z nich nie kilkanaście, a zaledwie kilka utworów, pod którymi z zastrzeżeniami się podpisuję. Ale i tak musiałem je trochę zmienić, przerobić, skrócić, żeby móc ich słuchać i spokojnie spać. Tak powstał ten wspomnieniowy, nowy-stary album.

Co ci się w twoich starych utworach nie podoba? Co zmieniłeś?

Przede wszystkim zmieniłem się stylistycznie. Początkowo byłem bliżej tzw. „szkoły berlińskiej”. Pomimo że moim zdaniem wcale do niej nie należę. Często czytam, że kiedyś grałem „szkołę berlińską”, ale nie wiem, czy ci którzy to piszą wiedzą o czym piszą – moim zdaniem nigdy nie grałem stuprocentowej „szkoły berlińskiej”. A wiem, co mówię, bo się na tym wychowałem – Tangerine Drem, Klaus Schulze to rzeczy, które mnie ukształtowały i znam je na wylot. Dlatego świadomie mogę powiedzieć, że choć było blisko, to nigdy nie grałem tak samo, to nie do końca ta sama stylistyka. Wystarczy zresztą posłuchać pierwszej płyty z nowego albumu i będzie wiadomo, że to nie jest „Berlin”.

Od jakiegoś czasu odszedłem od tych klimatów, jestem zupełnie gdzie indziej. Nie ukrywam, że jestem pod wpływem wykonawców, którzy mnie w pewnym momencie rzucili na kolana. Miałem w swoim życiu kilka takich przypadków – za mało, ale były. Pamiętam, jak kiedyś u Piotra Kaczkowskiego – a nie u Jurka Kordowicza – posłuchałem płyty Phaedra Tangerine Dream i przeżyłem totalny szok, to były zupełnie inne rzeczy od tych, które do tej pory znałem. Później, po wielu, wielu latach to samo przeżyłem z Geirem Jenssenem czyli Biosphere. To było coś absolutnie nowego. Teraz chodzę dumny, bo choć nie mogę powiedzieć, że jesteśmy przyjaciółmi, to jednak jesteśmy dobrymi kolegami, na przedostatniej płycie Geira otrzymałem nawet podziękowania.

To jaką muzykę teraz uprawiasz, jak mógłbyś ją określić?

(Długa cisza) Prawdę mówiąc zaczynam się już gubić w gatunkach muzycznych. Czytając recenzje zupełnie nie wiem o jakiej muzyce jest mowa. Muzyka tzw. elektroniczna – bo oczywiście „robię” muzykę elektroniczną – jest w tej chwili tak bardzo przez ludzi z branży podzielona, że nie wiem o czym piszą. Dla mnie muzyka elektroniczna jest jedna. To muzyka, w której wykorzystuje się syntezatory. To jasne, że teraz korzystają z nich niemal wszyscy, nawet Madonna i zespoły rockowe, a mimo to trudno powiedzieć, żeby była to muzyka elektroniczna. Jasne więc, że chodzi też o stylistykę w jakiej się syntezatorów używa.

Gram więc muzykę elektroniczną – syntezatory w pewnej konkretnej stylistyce – ale nie jest to klasyczna elektronika spod znaku „szkoły berlińskiej”. Jeślibym musiał to określić jednym słowem, to pewnie użyłbym słowa „ambient”. Parę razy przeczytałem, że gram stuprocentowy ambient i myślę, że tak właśnie jest, że to jest to.

Hancock też korzysta z syntezatorów, a trudno by było powiedzieć, że gra elektronikę :) A będąc przy Hanckocku muszę zapytać o twoją drugą stronę – tak naprawdę jesteś jazzmanem, prawda?

O tak, chociaż bardziej jazzfanem – żeby być jazzmanem moje umiejętności są o wiele za małe. Bardzo mi brakuje technicznej biegłości – żeby grać jazz trzeba być muzykiem z prawdziwego zdarzenia. Ja jestem co najwyżej muzykantem, ale bardzo chciałbym jazz grać. Do muzyki elektronicznej biegłość techniczna nie jest aż tak potrzebna i bardziej liczy się coś, co można by nazwać „uczuciem”. Chociaż w jazzie uczucie też jest ważne… Ale jednak w elektronice swoje niedostatki łatwiej można ukryć. Ale bardzo żałuję, że nie potrafię grać jazzu. Jako ciekawostkę mogę podać, że niedawno Radio ROCKSERWIS.FM zwróciło się do mnie z propozycją robienia swojej autorskiej cotygodniowej audycji, właśnie z muzyką jazzową. Z jednej strony bardzo się cieszę, bo zawsze chciałem pracować w radio, a z drugiej trochę obawiam, bo słuchać muzyki, a robić muzyczną audycję to dwie różne sprawy.

A kiedy słuchasz jazzu, to czego słuchacz?

Właściwie to słucham wszystkiego – starego jazzu, czyli Davis, Coltrane, Monk, Tatum, dzięki któremu uwielbiam Adama Makowicza, to podobne granie. Zresztą Adam Makowicz kiedyś przyznał się do tego, że jest pod wpływem gry Arta Tatuma. Z nowych rzeczy to Arve Henriksen. I w ogóle Norwegowie – tak mnie jakoś ciągnie na Północ, bo przecież Geir Jensen to Norwegia, Jan Bang – Norwegia, Eivind Aarset – to samo. To są muzycy których bardzo chętnie słucham. Także Nils Petter Molvaer. Norwegia, nie wiem dlaczego, bardzo na mnie działa. A przecież nie lubię mrozów, wręcz ich nie cierpię. Mimo to skandynawska muzyka niezwykle mocno do mnie przemawia. Przecież należy do niej również Björk, którą uwielbiam.

Dobrze, że zahaczyliśmy o Północ, bo chciałem zapytać o wyjątkowe, tj. czyste, brzmienie twoich płyt, szczególnie nowego albumu – kto ci je realizuje, remasteruje? Pytam, bo to najwyraźniej człowiek, który słyszy i to słyszy dobrze.

To Marcin Bociński i potwierdzam, że ma wyjątkowy słuch. Znamy się od dwudziestu lat. Marcin swego czasu robił muzykę elektroniczną jako solista, a potem grał w zespole Nemezis, więc „czuje bluesa”. Poznaliśmy się w Piszu – to było rok po naszym debiucie.  Mówię „naszym”, bo choć teraz gram solo, jako Aquavoice, na początku to był duet – Piotrek Woltyński i ja. Debiutowaliśmy na Festiwalu El-muzyki ‚Elizerie’ w Świeradowie Zdroju, gdzieś około dwudziestu lat temu. To był super debiut, bo graliśmy obok Marka Hołoniewskiego, Tomka Stańko – tylko sobie takiego debiutu życzyć!  Rok później graliśmy na Festiwalu Muzyki Elektronicznej w Piszu i tam poznałem Marcina, który też tam grał. Chyba przypadliśmy sobie do gustu, bo przyjaźnimy się już wiele, wiele lat. Marcin porzucił granie i zajął się dźwiękiem i płyty masteruje mi po koleżeńsku. Do niedawna zajmował się głównie rejestracją muzyki klasycznej z Jackiem Złotkowskim, który najpierw był jego profesorem realizacji dźwięku a potem założyli firmę. Ludzie, którzy słuchają muzyki mogą znać to nazwisko, Jacek Złotkowski przez pół życia nagrywał dla Polskich Nagrań. Od paru lat Marcin pracuje we własnym studio masteringowym. Robi to znakomicie bo sam grał – to bardzo pomocne, kiedy realizator dźwięku jest muzykiem.

Jak to jest z muzyką elektroniczną jeśli chodzi o jakość dźwięku – nie mamy przecież dla niej referencji. Jak taka muzyka powinna brzmieć w naszym domu? Kiedy słuchasz takiej muzyki, to czego szukasz, kiedy wiesz, że jest dobrze „zrobiona”?

Nie mam pojęcia! Po prostu zdaję się na instynkt. Jeżeli robię swoją muzykę, to zawsze wychodzę od brzmienia, które wykręcę w syntezatorach (komputer wykorzystuję tylko jako rejestrator). Jeśli to jest coś wyjątkowego, to jest punkt wyjścia. Ale jakoś tak to ustawiam, żeby mnie to się podobało. A potem Marcin to poprawia. Ponieważ mam do niego 100% zaufanie, bo wiem na co go stać, uzyskujemy coś, co jest wypadkową mojego wyobrażenia o dźwięku i jego wrażliwości.

Grasz na syntezatorach cyfrowych, czy analogowych?

Gram i na takich, i na takich – mam jeden cyfrowy, jak również jeden cyfrowo-analogowy Innovation A-station – to cyfrowy syntezator, ale ma milion gałek i pracuje się na nim jak na analogowym, zresztą brzmi w bardzo analogowy sposób. I mam analogowego klasyka, czyli Juno 106 Rolanda, to prawdziwy klasyk.

Grałeś kiedyś tylko na analogach, czy od razu na cyfrze?

Pierwszy mój instrument to był właśnie Juno 106, a drugi to była Yamaha DX7, czyli kultowa cyfra.

Gra na analogu i gra na cyfrze zmienia podejście do komponowanej i wykonywanej muzyki? To jest inna muzyka?

Nie, to ta sama muzyka, to po prostu sprawa manualnych operacji przy sprzęcie. Dla mnie analogi są zdecydowanie bardziej sensowne. Pomijam już dźwięk – ciepły, nasycony itp. Wolę analogi, ponieważ wszystko mam pod ręką, mam kilkadziesiąt gałek i dokładnie wiem, co się stanie, jak poruszę tą, czy tamtą gałką. Mam natychmiastowy dostęp do brzmienia, mogę je zmieniać w trakcie grania, nawet koncertu. Przy cyfrze nie za bardzo to sie udaje, ponieważ tam, aby zmienić jakikolwiek parametr trzeba przeprowadzić z tysiąc operacji. W studio to jest fajna zabawa, jak się ma czas, natomiast jeżeli się gra w czasie rzeczywistym, to myślę, że analogi biją na głowę cyfrowe urządzenia.

Na koncercie w czasie Audio Video Show 2015, który „High Fidelity” przygotowuje wspólnie z organizatorem, zagrasz na swoim Juno 106?

Tak, w Warszawie będzie i analogowo, i cyfrowo.

To był w ogóle twój pierwszy instrument?

Nie, tak dobrze nie było (śmiech). Pierwszym instrumentem był mały syntezatorek, zrobiony przez kolegę elektronika ze starego radzieckiego pianinka, włożony do walizki, z której wyrzuciłem patefon swoich rodziców. Grałem wtedy w zespole, który nazywał się Pracownia Trójwymiarowych Marzeń. Tworzyło go czterech muzyków, a na gitarze akustycznej grał Mirek Czyżykiewicz, w tej chwili jeden z najbardziej znanych wykonawców piosenki autorskiej.

Elektronik, który mi zrobił syntezator grał zespole na polskich organach B-100, sławnych zresztą z wielu polskich płyt, ja grałem na flecie prostym i syntezatorze i do tego były dwie gitary akustyczne. Nie mieliśmy pojęcia o tym, ale teraz przyrównałbym to stylistycznie do niektórych płyt Popol Vuh. Gdzieś to we mnie siedziało, a przecież o muzyce takiej, jak Popol Vuh nie miałem pojęcia – poznałem ich dużo później, przez filmy Herzoga, w których się zakochałem.

Mirek mile wspomina te czasy – ostatnio na Fejsbuku opublikował przeprosiny dla mnie: okazało się, że w wywiadzie dla „Trójki” zapomniał powiedzieć, że pierwszym zespołem, w którym grał była Pracownia Trójwymiarowych Marzeń i że dla niego wszystko się wtedy zaczęło… Z Mirkiem, z którym jesteśmy kolegami od przedszkola, szaleliśmy parę lat, graliśmy przy Miejskim Ośrodku Kultury. Zespół oczywiście po jakimś czasie się rozpadł. Późną jesienią zażądano od nas, abyśmy zagrali sylwestra :) Dokooptowali nam perkusistę weselnego i zagraliśmy – to był dramat, ale zagraliśmy, bo inaczej mieliśmy wylecieć. A i tak nas wreszcie wyrzucili. Tak się ten zespół skończył.

Kolejnym etapem był zespół Ostatnia Wieczerza w Karczmie Przeznaczonej do Rozbiórki, gdzie graliśmy poezję śpiewaną. Grałem w nim na flecie i podśpiewywałem. Po moim odejściu pojawił się w nim stary znajomy – Mirek Czyżykiewicz.

Te nazwy musiały powstać chyba po większym spożyciu… Mam rację?

Ha, ha! Nie, to nie tak – ja właściwie nie piję. Palić zacząłem dopiero jak miałem 21 lat – nie wiem, skąd miałem tróję z zachowania. A nazwy były dziwne, bo ciągnęło mnie w te dziwne rejony. Tak malowałem, tajemniczo, muzyka też była inna. Przecież moi pierwsi idole to Nalepa i Breakout – byłem w szóstej klasie podstawówki, kiedy kupiłem sobie pierwszą płytę. Oczywiście Skaldowie, Niemen – obowiązkowo, potem SBB. Ale nigdy nie byłem fanem np. Czerwonych Gitar czy No To Co itp. Chociaż… Po latach uważam, że Seweryn Krajewski był absolutnie rewelacyjny – każdemu życzyć, żeby napisał tyle świetnych przebojów, co on.

Podobnie miałem z Kraftwerkiem. Od „zawsze” byłem fanem Klausa Schulze, Tangerine Dream – pierwszy okres, a Kraftwerk był na samym końcu. Uważałem, że to kompletna komercja. Do pierwszego koncertu zespołu, na którym byłem. Padłem wtedy na kolana, sprawiłem sobie wszystkie płyty i jestem teraz ich fanem.

Wróćmy do twoich występów – kto przygotowuje dla ciebie wizualizacje; wiem, że to ważna część twoich występów…

Wizualizację robi mi Darek Kaliński, mój przyjaciel z Warszawy, zresztą również muzyk, który robi również muzykę elektroniczną. Chociaż teraz coraz mniej. On żyje z muzyki – robi muzykę do reklam,do filmów, na zamówienie. Ostatnio przygotowano wizualizację 3D obrazu Matejki Bitwa pod Grunwaldem, to film, a Darek „wyprodukował” do tego muzykę skomponowaną przez Stanisława Syrewicza.

Darek współpracuje mocno ze Stanisławem Syrewiczem. Jeśli ktoś nie kojarzy nazwiska, to i tak zapewne zna jego twórczość. To człowiek, który dużo komponował dla filmu w USA, we Francji, dla znanych reżyserów. Ale wszyscy powinni go kojarzyć z piosenki, która swego czasu rozsławiła Jerzego Stuhra: Śpiewać każdy może – pan Syrewicz jest jej autorem.

Wspólnie robią wiele rzeczy dla seriali telewizyjnych, np. do serialu Tajemnica Twierdzy Szyfrów, Dom nad rozlewiskiem itd. Ponieważ Darek nie tylko gra, ale robi też wiele innych rzeczy to zrobił mi wizualizacje do mojego najnowszego koncertu – uważam, że są fantastyczne.

I w Warszawie też to zobaczymy?

Oczywiście – w Warszawie będą te wizualizacje również. Dodam jeszcze, że to są wizualizacje przygotowane specjalnie do mojej muzyki, z którą są zsynchronizowane co do sekundy. To nie jest tak, jak na większości koncertów elektroniki, kiedy muzyka się kończy, a obraz idzie dalej, dopóki się go nie wyłączy.

Wiem również, że najnowszy koncert będzie w technice kwadrofonicznej, a właściwie czterokanałowej – dlaczego tak?

To będzie mój drugi koncert kwadrofoniczny. Już kilka lat temu, na festiwalu Ambient, który robię w Gorlicach wpadłem na pomysł, żeby zrobić coś inaczej, żeby otoczyć słuchaczy z czterech stron. Bo przecież muzyka elektroniczna aż się prosi o takie potraktowanie. Spróbowałem i okazało się, że trochę potrafię i w tym roku rozszerzyłem to jeszcze bardziej i taką wersję mojej muzyki zaprezentuję w listopadzie.

W domu czego wolisz słuchać – winylu, czy CD?

To, co wolę zależy od mojego czasu: jeśli go nie mam, to wolę „kompakt”. Puszczam go sobie, gra 40 minut i z głowy; jeśli chcę więcej, to włączam repeat i jedzie. Natomiast jeśli mam czas na słuchanie, to tylko i wyłącznie winyl. Mam wówczas czas na to, aby skupić się tylko na muzyce, zmienić stronę itp.

Masz dużo płyt?

Bardzo dużo – nie wiem dokładnie ile mam CD, ale pewnie kilka tysięcy. Był czas, że mierzyłem je na metry – miałem półki o tej długości i było ich pięć. Miałem więc 25 metrów CD, ułożonych jeden obok drugiego. A do tego czasem się zdarzały składanki, z kilkudziesięcioma płytami – tego nie liczyłem. Część płyt, których już nie słucham leży w pudłach, część wyniosłem do pracy. Winyli mam cały duży regał z Ikei – słynna rzecz!
Zrobiłem oczywiście błąd, jak wielu innych – kiedy CD weszło na rynek, rozdałem prawie całą swoją kolekcję. Teraz kupuję po raz trzeci to samo – drugi raz kupowałem na CD, a trzeci z powrotem na LP.

Tak więc brakuje ci jeszcze jednego – twojej własnej muzyki na winylu, prawda?

No tak, mojej muzyki na winylu nie mam.

Koncert o którym mowa odbędzie się z okazji 20-lecia twojej scenicznej twórczości – jesteś z tych lat w muzyce zadowolony?

Z końcówki bardzo. Wcześniej miałem wydawcę, który bardzo ingerował w to, co robię. Moja muzyka na płytach była więc kompromisem miedzy tym, co chciał on, a tym, co chciałem ja. Niestety wymuszał na mnie, aby w muzyce było jak najwięcej pierwiastków ze „szkoły berlińskiej”, od czego ja już odszedłem. Bo ludzi, którzy udają, że są Peterem Baumannem, Edgarem Froese, czy Klausem Schulze jest milion. Po co komu kolejny Klaus Schulze, przecież on jest jeden! I to najlepszy! I tak powinno zostać. Naśladowanie go nie ma sensu.Jeżeli ktoś chce to robić – Ok, ale ja już nie.

Tamte płyty były więc wypadkową między tym, co ja chciałem i czego chciał wydawca. Natomiast ostatnie płyty to rewelacja – każdemu mogę życzyć, żeby miał takiego wydawcę. W ogóle nie ingeruje w warstwę muzyczną, przyjmuje to, co dostaje i wydaje. A skoro wydaje, to znaczy, że jest po mojej stronie. Myślę, że to jest idealny układ.

Kto robi okładki Aquavoice?

Okładki są mojego autorstwa – jestem przecież plastykiem. A tak à propos – na koniec szkoły podstawowej miałem cztery tróje [w czterostopniowej skali – przyp. red.]: z zachowania, z matematyki, z plastyki i muzyki. Do końca nie wiedziałem, co będę robił. Bardzo chciałem iść do szkoły muzycznej. W ostatniej chwili dwóch kolegów namówiło mnie, żeby iść do szkoły plastycznej. Jestem więc plastykiem z uprawnieniami „artysty plastyka”, a nie muzykiem. Okładki robię więc teraz sam.

Pasek - kreska

Tekst po raz pierwszy ukazał się na łamach miesięcznika „High Fidelity” w lipcu 2015 roku.

Oryginalny tekst: CZYTAJ

High Fidelity - logo (2015)