Take me to France, Mr Oldfield

Autor: Bartosz Pacuła

 

Przez wiele lat, będąc bardzo młodym i wykazując się praktycznie zerową wiedzą muzyczną, myślałem, że Mike Oldfield jest muzykiem popowym, znanym przede wszystkim (a może i wyłącznie dlatego) ze swoich radiowych hitów, takich jak To France czy Moonlight Shadow. Dopiero potem, dostając w swoje ręce Tubular Bells, zdałem sobie sprawę, że Oldfield to przede wszystkim niezwykle utalentowany artysta grający chwytliwego, instrumentalnego prog rocka. Mimo tej „niespodzianki” sentyment do popowego oblicza Brytyjczyka wciąż pozostaje we mnie mocny, co jest m.in. zasługą moich regularnych powrotów do jego trzech albumów: Five Miles Out, Crises oraz Discovery.

Każdy z wymienionych wyżej krążków w idealny sposób pokazuje konsekwentną przemianę, jaka zachodziła w Oldfieldzie w pierwszej połowie lat 80. W ósmą dekadę XX wieku wchodził on jako utytułowany twórca długich suit rockowych, który – ewidentnie – był tego typu formą ekspresji coraz bardziej zmęczony. Jednocześnie zerwanie z dotychczasowymi praktykami nie mogło być łatwe: to w końcu Tubular Bells czy Ommadawn wydźwignęły go na sam szczyt.

Nic też dziwnego, że płytę Five Miles Out postanowił zapełnić nie tylko piosenkami, ale i trwającą ponad 20 minut kompozycją, odwołującą się do dobrze znanych Oldfieldowi rejonów muzyki. Co ciekawe, to właśnie kawałkiem Taurus II miał Mike osiągnąć szczyt, przynajmniej w moim przekonaniu, swoich kompozytorskich umiejętności. Numer ten zachwyca przede wszystkim swoim epickim rozmachem; co więcej, klimat zmienia się tutaj jak w kalejdoskopie, a mimo to utwór jest niesamowicie koherentny i w pewien sposób „zwarty”. Taurus II na wydaniu winylowym zajmuje całą stronę A, stronę B pozostawiając kawałkom znacznie krótszym. Tutaj Mike’owi nie poszło już tak sprawnie, chociaż na kilka perełek znalazło się miejsce. Mam tutaj przede wszystkim na myśli utwór tytułowy oraz miniaturę instrumentalną zatytułowaną Mount Teidi.

Krok dalej w zmianie obranego przez siebie kierunku na muzykę pop zrobił Oldfield rok później, na wydanym w 1983 roku krążku Crises. Pozornie jest to dzieło bliźniaczo podobne do swojego poprzednika: także na tej płycie mamy do czynienia z trwającą ponad 20 minut suitą (strona A wydania winylowego) oraz zbiorem krótszych utworów (strona B). Warto dodać, że podobnie jak na Five Miles Out, również tutaj Brytyjczyk zdecydował się sięgnąć po usługi szkockiej wokalistki Maggie Reilly. Na tym podobieństwa w zasadzie się kończą. Różnice widać przede wszystkim w piosenkach, które nabrały wreszcie odpowiedniego ciężaru i jakości, stając się – w pełni zasłużenie – międzynarodowymi hitami. To właśnie Moonlight Shadow, Shadow on the Wall czy mój osobisty faworyt – Foreign Affair stanowiły o sile tego krążka. Jak jednak wiadomo, przyroda lubi równowagę, dlatego położenie nacisku na radiowe hity odbiło się, siłą rzeczy, na tytułowej suicie, która jest po prostu… nudna. Nie bawi już tak jak Taurus II, nie wciąga jak obie części Tubular Bells, nie zaskakuje jak Ommadawn. Nie wyróżnia się niczym, czego byśmy już nie słyszeli; co więcej – brakuje mi w niej jakiejś myśli przewodniej, która spajałaby całość.

Czego jednak nie można było odmówić Oldfieldowi w tamtych czasach to żelaznej konsekwencji. Na swoim kolejnym krążku – zatytułowanym Discovery ­– Mike zrezygnował zupełnie z rozciągniętych na kilkanaście minut utworów, wypełniając płytę wyłącznie piosenkami o radiowym charakterze. Chociaż nie wszystkie miały predyspozycje by zostać hitami, to część z nich bez wątpienia wyróżniało się przebojowym DNA. Myślę tutaj przede wszystkim o przywołanym już numerze To France (który, sam nie wiem czemu, od wielu lat kojarzy mi się z wakacjami), energetycznym Tricks of the Light czy kompozycji tytułowej. Artyście, co jest godne pochwały, udało się utrzymać na swoim dziele różnorodność, chociaż momentami bije po oczach jego powolne wypalenie w tym formacie. Część utworów jest zwyczajnie słaba (przede wszystkim myślę tu o tych ze strony B wydania winylowego), zwiastując nieco chudsze lata dla kompozytora.

Zdziwi się jednak ten, który myśli, że tak zakończyła się historia popowego marszu Oldfielda w pierwszej połowie lat 80. By jednak przyjrzeć się jego kontynuacji musimy przeskoczyć kilkadziesiąt lat w przyszłość, do 29 stycznia 2016 roku. Wtedy właśnie na półki sklepowe trafił album The 1984 Suite. W jego skład weszły wybrane kawałki znane z dwóch albumów artysty wydanych właśnie w 1984 roku – Discovery oraz soundtracku The Killing Fields – które zostały uzupełnione o dwie „zaginione” kompozycje: The Royal Mile oraz Zombies (Halloween Special); obie, niestety, stanowią jedynie wariacje na temat, odpowiednio, The Royal Mile i Poison Arrows (chociaż muszę przyznać, że przeróbka tej drugiej piosenki, z „robotycznym” wokalem, przypadła mi nawet do gustu).

Na sam koniec pozostawiłem sobie odpowiedź na dwa istotne pytania. Po pierwsze: czy warto po tylu latach wrócić do opisanych tutaj albumów? Moim zdaniem jak najbardziej tak. Każdy wyróżnia się nieco innym spojrzeniem na twórczość Oldfielda i na każdym znajdziemy coś ciekawego. Czy mówimy tutaj o epickim Taurus II, czy o singlowym Moonlight Shadow, to po prostu spora dawka muzyki na naprawdę wysokim poziomie. Drugie pytanie jest już nieco trudniejsze: jak najlepiej się z tymi albumami zapoznać? Odsłuchać w internecie, nabyć jakieś używane CD za kilka złotych? A może zainwestować w czarne płyty? Najprościej oczywiście jest skorzystać z pierwszej z tych opcji: cała, niezwykle obszerna dyskografia artysty jest dostępna np. na TIDAL-u. Ja sam zdecydowałem się na nabycie remasterów wydań winylowych z lat 2013-2016, których ceny wahają się od 60 (The 1984 Suite) do ok. 110 zł (Five Miles Out).