The Astonishing – recenzja

Autor: Piotr Kleszewski
Zdjęcia: Roadrunner Records

 

Bałem się tej płyty. Bardzo. Dream Theater jest zespołem, który towarzyszy mi od wielu lat i nie boję się powiedzieć, że swego czasu miał niebagatelny wpływ na mój rozwój muzyczny. Ostatnie poczynania amerykańskiego kwintetu były dla mnie niestety pasmem rozczarowań. Już A Dramatic Turn of Events, choć zawierał kilka utworów, do których lubię regularnie wracać, był pokłosiem zmian, które zaszły w zespole po odejściu Mike’a Portnoya: album z Rudessem spuszczonym ze smyczy, pełen przesadnego patosu, rozbuchanych i przesłodzonych partii klawiszowych, muzycznej stagnacji i wtórności. Na wydanym trzy lata temu Dream Theater wszystkie te elementy zdominowały muzykę zespołu i najbardziej oczekiwany przeze mnie album roku 2013 był dla mnie również jego największym rozczarowaniem.

Gdy więc ekipa DT zapowiedziała kolejny album, ekscytacja towarzysząca oczekiwaniom na poprzednie płyty zmieniła się w niepokój, radość podobna dziecku czekającemu, aż otworzą sklep z zabawkami – w cynizm. Zaczęła gdzieś kiełkować myśl, że trzynasty w dorobku DT album studyjny będzie po prostu ich gwoździem do trumny, kolejną przeciętną, bezpłciową płytą na dwa-trzy przesłuchania a na uwielbianym niegdyś zespole wreszcie będę mógł postawić krzyżyk. Kiedy pojawiło się oświadczenie, że The Astonishing będzie albumem koncepcyjnym, pojawiło się światełko nadziei – czy mają zamiar nawiązać do Scenes From Memory? Jednak nie wypalili się artystycznie? Potem jednak wystartowała kampania reklamowa i chociaż singiel The Gift of Music nie rokował ani dobrze ani źle – był po prostu solidnym trackiem, to już promocja albumu była zupełnie inną parą kaloszy. Zapowiedzi, teasery i strona z infografikami na miarę gry komputerowej – życiorysy i grafiki bohaterów historii przedstawionej na albumie, mapki, opisy świata, chuje-muje, dzikie węże. „Brakuje tylko figurek i plakatów” – pomyślałem. I wiecie co? Pomyliłem się, bo jak się okazało są nie tylko figurki i plakaty, ale nawet kolekcjonerskie karty. Właśnie tak. W momencie, gdy byłem przekonany, że najzabawniejszy merch jaki można kupić od kapeli to bidony Dream Theater, ekrany na samochód Behemoth i dildo od Ghost, zostałem przelicytowany.

Nie zwiastowało to dobrze, a gdy zobaczyłem tracklistę tego dwupłytowego potwora i adnotację „all tracks composed by John Petrucci and Jordan Rudess” skuliłem się w fotelu. Postanowiłem jednak, że podejdę do tej płyty najuczciwiej jak się da. Nie będę zwracał uwagi na marketingowe bzdury, odsunę na bok emocje inne niż te, które wypływają z samej muzyki, przed przesłuchaniem nie będę czytał innych recenzji i opinii na forach internetowych. Sam na sam. Ja i płyta. No dobra, dwie płyty.

Trudno będący albumem koncepcyjnym The Astonishing oceniać w zupełnym oderwaniu od przedstawionej na nim historii, zacznijmy więc od niej. Według słów Petrucciego, opowieść zawarta na dwóch krążkach jest jego hołdem i wyrazem zamiłowania do epickich sag fantastycznych pokroju Gry o Tron czy Gwiezdnych Wojen. Zarys fabuły The Astonishing przedstawia się zatem następująco: Jest rok 2285, jednak ludzkość poszła w złą stronę i zamiast latających deskorolek, turystycznych lotów na inne planety i holograficznego porno, mamy dystopiczny świat rządzony przez tyrana. Porządek społeczny wrócił niemal do czasów feudalnych, na domiar złego ludzie zapomnieli o muzyce, a jedynym źródłem „rozrywki” są NOMACs – maszyny emitujące elektroniczny hałas. Gdzieś na końcu świata, w małej mieścinie zwanej Ravenskill, pojawia się On – Wybraniec. Młodzieniec imieniem Gabriel posiada zdolność tworzenia muzyki i śpiewania, a jego głos potrafi zdziałać cuda: skleja złamane nogi i serca, napełnia otuchą, sprawia, że chore krowy znowu dają mleko i tak dalej i tak dalej… Gabriel zdobywa coraz większy rozgłos, ludność imperium zaczyna postrzegać go jako wybawiciela od ucisku, wreszcie plotki docierają do cesarskich uszu Lorda Nafaryusa i głowa państwa postanawia przekonać się na własne oczy i uszy o niezwykłości naszego protagonisty. Fabuła zagęszcza się, przed nami ponad dwie godziny śledzenia pełnych patosu walko o wolność, intryg, romansów i zwrotów akcji.

Niestety, choć dopracowana i szczegółowa jak na concept album, historia jest dość miałka i przewidywalna. Powiela wiele schematów, miejscami jest bardziej niż niezwykle pretensjonalna. Naiwna. Atakująca odbiorcę banałem. Do tego stopnia, że już po zapoznaniu się z imionami dramatis personae coś się wywraca w żołądku: Gabriel, Ahrys i Arabelle, Daryus – w porządku, nie mam pytań. Ale Nafaryus? Serio? Piszesz muzykę i historię na dwupłytowy album, który ma być w założeniu największym osiągnięciem twojego zespołu i w ten sposób nazywasz głównego antagonistę historii? Takie imiona jak Doktor Zło i Kapitan Zniszczenie były zajęte? A jeszcze gorzej się robi, gdy zapoznamy się już z całością historii, tytułami utworów i zdamy sobie sprawę, że Petrucci wymyślał te imiona prawdopodobnie z intencją pisania grafomańskich gier słownych, takich jak „Losing Faythe” (córka Nafaryusa ma na imię Faythe) lub „The X Aspect” (bratanek Gabriela ma na imię Xander). Absolutnie obrzydliwe.

Muzycznie „The Astonishing” daje to, co obiecuje tytuł. Zadziwia. Nie jest to jednak zdziwienie połączone z zachwytem, przynajmniej nie na początku. Na dwóch płytach dostajemy aż 34 utwory o łącznej długości dwóch godzin i 10 minut. Nie jest to łatwe do przetrawienia na jeden raz i za pierwszym razem, zwłaszcza, że mamy do czynienia z najlżejszym albumem Dreamów od czasów Falling Into Infinity. Tempo albumu dyktowane jest opowiadaną historią – jak się więc szybko okazuje spośród 34 utworów sporo jest przerywnikami mającymi jedynie fabularne uzasadnienie, pozbawionymi samymi w sobie jakiejś głębszej treści muzycznej.

Album pełen jest patosu, z licznymi orkiestracjami, za które odpowiada zresztą specjalista w tej dziedzinie, dyrygent David Campbell zatrudniony przez zespół. Jest bardzo filmowo, musicalowo wręcz. Nie uświadczymy tu za wiele metalowej agresji, Petrucci jest przez większość nagrania schowany za klawiszami, a i sam Rudess odchodzi od elektronicznych brzmień stawiając przede wszystkim na eksploatowanie fortepianu, niekiedy w nadmiarze. Niemało jest momentów balladowych i – w kontekście reszty twórczości zespołu – boleśnie wtórnych. Trudne zadanie ma James LaBrie, który musi sportretować swoim głosem wszystkich bohaterów, jacy pojawiają się w opowieści. Miejscami słychać, że niestety najlepsze lata ma już za sobą, nie wpływa to też pozytywnie na różnorodność muzyczną albumu – szkoda, że zespół nie zdecydował się na patent wykorzystywany choćby przez Arjena Lucassena, który na płyty Ayreon, będące przecież tak jak i The Astonishing spójnymi historiami, zaprasza rozmaitych utalentowanych wokalistów, którzy swoimi głosami ożywiają grane przez siebie postacie.

Po pierwszym przesłuchaniu byłem więc mocno zmieszany, a przede wszystkim zmęczony – zniknął pazur, było nudnawo, grzecznie, zbyt cukierkowo. Jednak w miarę osłuchiwania się z płytą, te wszystkie elementy zaczęły ze sobą grać: wsparta muzyką nieco naiwna historia rozwija skrzydła. Dynamika tej opowieści muzycznej prowadzona jest odpowiednio: mamy zarówno momenty niepewności, grozy, radości jak i smutku. Całą tę paletę emocji i napięcia fabularnego przysłania trochę nadmiar „lukru” jakim jest pokryty The Astonishing – miejscami za mało w Dream Theater samego Dream Theater, a za dużo Nightwisha. Orkiestracje są bardzo dobrze zrobione i urozmaicone, znajdziemy tu nie tylko muzykę symfoniczną, ale też miejscami wkradnie się odrobina swingu czy folku. Jak się okazuje, jest też na The Astonishing sporo piosenek, które znakomicie bronią się również jako samodzielne utwory: Better Life, The Gift of Music czy Our New World to tylko kilka przykładów.

Paradoksalnie mankamenty, które w moim przekonaniu były największymi wadami muzyki ostatnio wypuszczanej przez Dream Theater i potencjalnymi zagrożeniami dla zespołu, w przyjętej na tym albumie konwencji sprawdzają się wyśmienicie. Jak już wcześniej wspomniałem, najnowsza płyta Amerykanów ma bardzo dużo wspólnego z musicalami, w tej też formie rozkwitł by moim zdaniem najpełniej – a nie jest to wykluczone, bo jak wspominali w wywiadach członkowie zespołu, chcieliby The Astonishing uczynić jeszcze większym przedsięwzięciem. Z niecierpliwością czekam zatem na koncerty, bo jak zdradził Jordan Rudess, zespół zatrudnił ekipę fachowców z Montrealu, która ma się specjalizować w przygotowywaniu spektakularnych widowisk muzycznych. Zależy więc, jak podejdziemy do albumu: z pozycji kogoś, kto oczekuje, że The Astonishing dołączy do pocztu wielkich prog-metalowych albumów Dream Theater na miarę Octavarium, Scenes from Memory czy Train of Thought, płyta nie będzie niczym więcej, niż okrutnym rozczarowaniem. Uproszczona muzycznie, ugrzeczniona i przesłodzona, z porzuceniem długich, progresywnych suit. Jeśli jednak oczekujecie dobrego, rockowego albumu, na swój sposób bajkowego, magicznego i miejscami urokliwie kiczowatego – The Astonishing powinniście być zadziwieni. Pozytywnie.

Pasek - wydanie

W wersji fizycznej The Astonishing dostępny jest jako dwupłytowy album CD, zestaw czterech płyt winylowych lub zestaw obydwu tych wydań. Dostępny jest także specjalny, limitowany box, zawierający nie tylko wspomniany zestaw, ale również wiele przedmiotów kolekcjonerskich, w tym figurkę NOMAC, mapę oraz zestaw kolekcjonerskich kart. Album dostępny jest także w wersji cyfrowej.

Pasek - informacje

Wykonawca: Dream Theater
Tytuł: The Astonishing
Wytwórnia: Roadrunner Records
Rok wydania: 2016
Gatunek: Metal progresywny
Czas trwania: 130:23