The Complete Studio Albums Collection – unboxing

Autor: Bartosz Pacuła
Zdjęcia: Sony Music (nr 1), Bartosz Pacuła (nr 2-12)

 

Do niedawna z twórczością Leonarda Cohena byłem zaznajomiony tak sobie. Znałem jego największe hity, ale nie dysponowałem zbyt dużą ilością informacji dotyczących jego dyskografii. Szczególnie biednie przedstawiała się moja wiedza dotycząca pierwszych płyt Kanadyjczyka, o których nie miałem zielonego pojęcia. Szansa na zmianę tej przykrej sytuacji pojawiła się wraz z listonoszem, który dostarczył mi biografię Leonard Cohen. Życie sekretne opublikowane (po raz drugi) przez wydawnictwo In Rock; chętnych na zapoznanie się z recenzją tego dzieła zapraszam TUTAJ. Lektura tej książki sprawiła mi niemało przyjemności i była doskonałym bodźcem do rozpoczęcia swojej przygody z Cohenem. Zdecydowałem się więc na zakup wydanego w 2011 roku (staraniem Sony Music) boxu The Complete Studio Albums Collection.

Na początek trochę faktów: w skład TCSAC (będę korzystał z tego akronimu, nikomu nie chce się czytać – a mi pisać! – sto razy The Complete Studio Albums Collection) weszło 11 albumów studyjnych Cohena z lat 1967-2004. W pudle znalazły się więc i rzeczy całkiem nowe (Dear Heather, Ten New Songs), i te nieco starsze (The Future, I’m Your Man), i te zupełnie przedpotopowe (Songs of Leonard Cohen czy Songs from a Room). Słuchając tych płyt po kolei stajemy więc przed wyjątkową możliwością odbycia mentalnej podróży z Cohenem, obserwowania zmian, które zachodziły w nim jako artyście, poznawania kolejnych wielkich przebojów pokroju Suzanne czy In My Secret Life.

Samo wydawnictwo… nie jest złe. I w zasadzie tyle można o nim powiedzieć. Nikt tutaj nie szarżował z ekstrawaganckimi pomysłami, trzymając się raczej prostych (i w koncepcji, i realizacji) rozwiązań. Pudełko robi wrażenie porządnego – i takie jest w istocie. Mieszane uczucia budzi we mnie okładka. Jest ona minimalistyczna (to na plus), charakteryzuje się jednak brzydkim (przynajmniej w mojej opinii) kolorem. Być może wydawca chciał w ten sposób nawiązać do niektórych – niezbyt udanych – okładek zdobiących albumy Cohena? A może (już bez złośliwości) zależało mu na tym, by pudełko wyróżniało się na tle tysiąca podobnych?

Główną atrakcję TCSAC stanowią rzecz jasna płyty. Srebrne krążki zostały zapakowane do tekturowych opakowań typu mini lp. Na pierwszy rzut oka wyglądają naprawdę nieźle, diabeł tkwi jednak w szczegółach. I to dosłownie, ponieważ słabej jakości druk uniemożliwia odczytanie niektórych treści. Najlepiej widać to w wypadku jedynego albumu wydanego w kartoniku typu gatefoldDeath of a Ladies’ Man; w środku znalazły się m.in. teksty utworów, które są po prostu nieczytelne. Nie wynika to tylko z ich rozmiaru (wiadomo – wydania winylowe są „nieco” większe), ale również z faktu, że ktoś w Sony postanowił ewidentnie przyoszczędzić w niektórych sferach.

Jeżeli chodzi o same płyty CD, to tutaj obyło się bez niespodzianek. Wszystkie wyglądają bardzo podobnie (ich wygląd w żadnym wypadku nie nawiązuje do oryginalnych labeli winylowych) i schludnie. Zabrakło mi jednak folii ochronnych na nie; srebrne krążki są narażone na bezpośredni kontakt z szorstką tekturą, a więc na porysowanie.

Zdecydowanie najsłabszym elementem zestawu jest dołączona do niego 23-stronicowa książeczka. Nie dość, że jakość jej wydania nie jest najwyższa, to w parze z tym idzie rozczarowująca treść. Otwierający całość esej Pico Iyera jest jeszcze całkiem niezły, dużo gorzej wypadły opisy poszczególnych albumów. Przede wszystkim próżno szukać w nich rzeczy tak podstawowej, jak data wydania danego dzieła. Co więcej, prezentacje co najmniej części z nich są zdawkowe, lakoniczne; inne z kolei (głównie te późniejsze) są obszernie opisane. Czemu nie można było przygotować czegoś więcej na temat starszych albumów?

Na uwagę zasługuje jeszcze jedna kwestia, regularnie poruszana w internecie przez osoby, które nabyły już to pudło. Mowa o decyzji, by przygotować boks wyłącznie z albumami studyjnymi. W końcu Cohen od nagrywania koncertówek nie stronił. Co więcej, część z nich to żelazne klasyki, których nie powinno zabraknąć w kolekcji każdego fana Kanadyjczyka. Tutaj – jak już wskazuje sam tytuł – próżno ich szukać. Czy to źle? Na pewno pozwoliło to zbić cenę TCSAC. Ale nie jestem pewien czy nie lepiej byłoby dopłacić te 20-30 zł i cieszyć się nie tylko z nagrań studyjnych, ale i (przynajmniej wybranych) koncertowych.

Wydawnictwo pokroju TCSAC to praktycznie samograj. Twórczość Cohena obfitowała w naprawdę dobre albumy – wystarczyło je tylko zebrać w całość i spakować do jednego pudełka. I dokładnie to zrobiono. Szkoda, że niewiele więcej. Leonard bez wątpienia zasługuje na lepszy box podsumowujący jego karierę studyjną. I może się takiego doczekamy. Zrecenzowany tutaj nie jest zły, ale… no właśnie – tylko tyle.

Pasek - informacje

Wykonawca: Leonard Cohen
Tytuł: The Complete Studio Albums Collection
Wytwórnia: Sony Music
Data wydania: 7.10.2011
Gatunek: Folk/pop/rock