The Cure – Atlas Arena (20.10.2016)

Autor: Marta Małecka
Zdjęcia: Live Nation Polska

 

Po ośmioletniej przerwie The Cure ogłosiło europejską trasę koncertową obejmującą 17 krajów, w tym Polskę. Pomimo wielkości łódzkiej Atlas Areny, bilety wyprzedały się bardzo szybko, ukazując jakie rzesze ludzi są fanami kultowego już brytyjskiego zespołu. The Cure działa od lat 70., a przewijanie listy wydanych przez nich 13 studyjnych albumów, wielu EP-ek, singli i kompilacji trwa niekrótką chwilę. Przez te wszystkie lata wyrobili sobie znaną na całym świecie markę, a ich muzyka bogata jest zarówno w majestatycznie depresyjne utwory, jak i przyjemne w odbiorze popowe piosenki. Nic dziwnego zatem, że na ich koncert przyjechały nawet całe rodziny z małymi dziećmi poubieranymi w koszulki zespołu.

Na supporcie poprzedzającym ten naprawdę długi koncert zagrał szkocki zespół The Twilight Sad. The Cure na wstępie zaczęło od trzech utworów z płyty Disintegration, rozpuszczając po publice cudowne brzmienie Plainsong, Pictures of You i Closedown. Potem naszła kolej na High, podczas którego basista Simon Gallup urządzał istny maraton po scenie, co zresztą kontynuował potem przez cały koncert. Reszta zespołu była bardziej statyczna i skoncentrowana na samym graniu, a uwagę skupiały wyświetlane za nimi animacje, przedstawiające różowoniebieskie chmury, podobne do tych z teledysku do utworu.  Gdy weszło A Night Like This, cały tłum w pełni się rozochocił, klaskał do rytmu i wiwatował. W pierwszej części koncertu można było usłyszeć nie tylko takie klasyki, jak Boys Don’t Cry czy Friday I’m in Love (z naprawdę tandetną animacją serduszek), lecz także mniej znane utwory w stylu From the Edge of the Deep Green Sea.

The Cure zrobili duży przekrój prowadzący przez ich dyskografię, mocno zahaczając o wspomniany wcześniej album Disintegration, z którego zagrali aż siedem utworów. Na pierwszym z trzech bisów ucieszyli publiczność swoim nowym It Can Never Be the Same, a zaraz potem Burn i A Forest, podczas którego zielone oświetlenie całej hali naprawdę zrobiło klimat.

Drugi bis rozpoczęło z kolei Shake Dog Shake, które zdecydowanie było najgorzej zagranym utworem podczas całego koncertu. Na wierzch wybijały się inne dźwięki, niż powinny, a wokal brzmiał bardziej jak wymuszona i rozemocjonowana wersja oryginału. Zapewne wielu z Was pomyśli, że czepiam się szczegółów, jednakże na tle reszty wykonanej w bardzo zbliżony sposób do nagrań studyjnych, ten wyjątek bił po uszach ze wzmocnioną siłą. Trzeci bis złożył się na kompilację nieco mocniejszych i bardziej popularnych utworów, które w ładny sposób zamknęły całość. Zaczynając od The Lovecats, przez Lullaby (podczas którego po raz kolejny zaskoczyła mnie kiczowatość animacji), The Caterpillar i Close to Me, skończył się na Why Can’t I Be You?.

W skład stelisty weszło 31 utworów, a cały występ trwał blisko trzy godziny. W tym czasie nie było się w stanie w pełni skupić na koncercie, szczególnie na trybunach, gdzie dźwięk dochodził dużo słabszy, a mające cokolwiek uwidocznić telebimy przez większość czasu pokazywały kolano Gallupa opierającego się o głośnik albo ledwo zauważalną postać wokalisty. Momentami więcej rozrywki fundowała publiczność, ponieważ co odważniejsi w bardzo ekspresyjny sposób okazywali swoją miłość do zespołu, czasem krzycząc tak głośno, że zagłuszali samego Smitha. Ciekawe było także obserwowanie ludzi, którzy nieświadomi kontynuacji koncertu, wychodzili po pierwszym i drugim bisie, by w połowie drogi mocno się zdziwić i ewentualnie wrócić na miejsce. To, co działo się naokoło, miało bardzo duży wpływ na odbiór występu, który w pewnych momentach wyglądał wręcz surrealistycznie ‒ zupełnie jakby ktoś odtworzył nagranie koncertu The Cure na naprawdę dużym telewizorze udekorowanym lampkami. Do tego, by zupełnie poczuć się jak w domu, brakowało kubka aromatycznej kawy. Ogólna atmosfera była dziwnie urocza, co spowodowało, że nie uważam tego czasu za stracony, co nie zmienia faktu, że nieprędko wybiorę się na koncert grany na hali sportowej, a już szczególnie nie na trybuny.