The Finish Line – recenzja

Autor: Piotr Kleszewski
Zdjęcia: Via Nocturna

 

Fiński Solacide istnieje już od przeszło 12 lat, wcześniej (jeszcze przez osiem lat) funkcjonując jako Dim Moonlight. Nie mamy więc do czynienia z nowicjuszami, a muzykami, którzy od bez mała dwóch dekad parają się black metalem. Mimo to The Finish Line jest pierwszym długogrającym albumem Finów, którzy do tej pory mają na koncie jedynie nagrania demo i dwie EP-ki: Baptized in Disgust z 2009 roku oraz Waves of Hate  z roku 2013. Pierwsza z nich zawierała trzy nowe utwory, podczas gdy na Waves of Hate znalazły się zrewitalizowane tracki z demówki z 2006 roku o tym samym tytule oraz nagrania na żywo dwóch utworów z pierwszej EP-ki. Kolejność dość dziwna, podejrzewam, że było to po prostu związane z problemami ze znalezieniem odpowiedniej wytwórni.

Na tegorocznym, wydanym przez Via Nocturna The Finish Line znajdziemy osiem zupełnie nowych utworów. Kraj pochodzenia oraz staż na scenie – w połączeniu z gatunkiem jakim zespół się zajmuje – sugerowałoby raczej konserwatywne podejście do tematu. Nie tym razem. Muzyka Solacide to połączenie death metalu, elementów blackowych i melodii, do których Finowie mają niesamowitą smykałkę.

Płytę otwiera trwający sześć i pół minuty Of Wolf and Lambutwór daje niezłe pojęcie o tym z jakimi dźwiękami będziemy mieć do czynienia przez następne 48 minut. Mocne, ale selektywne brzmienie, delikatne, umiejętnie budujące atmosferę klawisze, dobrze zrobiony i zróżnicowany growl, a także ogniste, gitarowe solówki. No i przede wszystkim gitara akustyczna, pojawiająca się może nie za często, ale kapitalnie budująca klimat. Niezwykle mocno kojarzyła mi się z niezapomnianym soundtrackiem z Diablo II i każde uderzenie w struny w magiczny sposób przenosiło mnie do spustoszonego Tristram.

Następny utwór, Disgust, to jeszcze bardziej techniczne, intensywne, szybkie granie i połamane, techniczne solówki. Wprowadzone też zostają, z powodzeniem, czyste wokale i chórki. Jeszcze intensywniej jest w kolejnym kawałku, czyli Dreamless. Warto zaznaczyć, iż oba te utwory mają ważne momenty wytchnienia i wyciszenia – to pole do popisu dla klawiszy i gitary akustycznej łkającej na tle monotonnego, delikatnego szumu.

Po miniaturce Void druga połowa płyty zaczyna się promującym płytę The Maze. To bardzo dobry wybór singlowy i – podobnie jak Of Wolf and Lamb – stanowi świetną wizytówkę Solacide, skupiając wszystkie wcześniej wymienione elementy i balansując na granicy między deathową brutalnością a progresją i melodią. Self-Proclaimed None to chyba najcięższy i jednocześnie najdłuższy numer na albumie – niekoniecznie takie połączenie mi odpowiada i chyba jest to jeden z najmniej przeze mnie lubianych momentów całej płyty. Zamykający krążek tytułowy utwór poprzedza druga miniatura (Grey), tym razem zaskakująco surowa, zbudowana wyłącznie na zniekształconym brzmieniu gitary. Sam The Finish Line trochę przydługo się zaczyna, ale jak już „zażre” to na dobre. To całkiem ciekawie zaaranżowany numer; pełen patosu, który jednak nie jest osiągany możliwie najtańszymi środkami – solidne zwieńczenie udanego debiutu.

Bo jak najbardziej jest to debiut udany. Pozostaje jednak kilka „ale”. Przede wszystkim płyta jest bardzo spójna zarówno brzmieniowo jak i chodzi o budowę utworów – i miejscami niebezpiecznie zbliża się ta spójność do powtarzalności. Sam pomysł jaki ma na siebie zespół jest sensowny, chociaż nie wnosi wiele do gatunku. Nie sili się wbrew sobie na pseudoawangardowe granie, nie jest też retrożartem, ale przedstawia bardzo solidną propozycję muzyczną: precyzyjnie zagraną, profesjonalnie zarejestrowaną i wyprodukowaną.

Brzmieniu The Finish Line  wiele zarzucić nie można, jak na death/black jest to wręcz high-endowa produkcja. Miejscami jest może nieco zbyt ciemne, przymulone, zwłaszcza stopa, czasami bas – ale to naprawdę marginalne sprawy. Słychać, że debiut Finów jest niezwykle dopracowany w każdym calu – i tutaj czepię się po raz kolejny, chociaż to raczej kwestia osobistych preferencji. Moją pierwszą myślą po odsłuchu The Finish Line było po prostu „ależ to jest przyjemne!”. To po prostu na swój sposób bardzo przyjemna płyta, z przejrzystym brzmieniem, urozmaicona, nie brakuje jej ani ciężaru, ani klimatu. Jeśli jednak czegoś mi tu brakuje, to czegoś niezwykle nieuchwytnego, tego poczucia niebezpieczeństwa, chociaż odrobiny ryzyka, z którym ekstremalny metal powinien być związany. Nie chodzi mi o żadną sztuczność, absolutnie – Finom udaje się sprawnie kreować atmosferę, ale jest ona nieco teatralna, nie ma w tej muzyce Diabła. Z drugiej strony – czy zawsze musi być?

Krótko podsumowując, The Finish Line to kawał bardzo solidnie zagranego melodyjnego death metalu z elementami proga i blacku. Zespół nie wynajduje na nowo koła, ale przecież nie musi. Jego płyta jest bardzo przystępna; podczas gdy jedni będą narzekać, że zdecydowanie za bardzo, sięgną po nią inni, zazwyczaj takiej muzyki nie słuchający. Warto przynajmniej sprawdzić.

Pasek - wydanie

Album The Finish Line wydany został na płycie CD w pudełku typu jewelcase przez wytwórnię Via Nocturna.

Pasek - informacje

Wykonawca: Solacide
Tytuł: The Finish Line
Wytwórnia: Via Nocturna
Data wydania: 2016
Gatunek: Metal
Czas trwania: 47:58