The Witcher 3: Blood and Wine Soundtrack – recenzja

Autor: Kamil Brycki
Zdjęcia: CD Projekt RED

 

Pierwsze uderzenie. Drugie, a zaraz za nim trzecie. Krótkie cięcia w zupełności wystarczyły, aby uporać się z nadchodzącym utopcem. Zabił ich już setki – jeśli nie tysiące – i nie robiły na nim wrażenia. Z rozrzewnieniem wspominał czasy, kiedy obawiał się każdego starcia. Teraz była to dla niego czysta rutyna.

To było kolejne zadanie, które nic dla niego nie znaczyło, ale które pozwalało mu na dostatnie życie. Ludzie bali się do niego przychodzić, lecz kiedy zaczynały dziać się tajemnicze rzeczy, nie wiedzieli, do kogo innego mogą się zwrócić. A on nigdy nie odmawiał, gdyż nie był w stanie całkowicie wyzbyć się współczucia.

W ciągu ostatnich dziewięciu lat wiele się zmieniło. Ta historia ciągnęła się naprawdę długo, ale nie można było pozostawić jej biegu samej sobie. Potrzebowała go. On sam zresztą dobrze zniósł upływ czasu. Miał na sobie inne szmaty, na plecach nowe miecze, w dzienniku nowe miejsca, które widział, świeże receptury, które wypróbował. Poznał też wielu ludzi i odnowił tyle starych przyjaźni, ile był zmuszony zakończyć. Świat też stał się ładniejszy, znacznie ładniejszy. Po latach dane mu było zwiedzić jego większą część, znów dosiąść Płotki – chociaż znacznie głupszej, niż kiedyś – wskoczyć do łódki i rozwiązać parę konfliktów. Zasłużył na odpoczynek. Na emeryturę.

No i w końcu urosła mu porządna broda – to też był jakiś znak.

Była jednak jedna zmiana, którą wyczuwał, ale której nie dostrzegał. Którą dostrzegliśmy tylko my, jako obserwatorzy – zmiana, która uczyniła jego życie bardziej wyjątkowe i przejmujące, niż mogliśmy się spodziewać. Muzyka, od samego początku, towarzyszyła mu w każdym miejscu, w trakcie każdej przygody i miała coraz większy wpływ na nasze postrzeganie szaroburego świata, w którym przyszło mu żyć. Te dziewięć lat to wystarczająco dużo czasu, aby przeistoczyć ambitne dzieło z ograniczonymi możliwościami w coś o godnym zapamiętania rozmachu.

Ja, chociaż stałem całkowicie z boku, dostrzegałem tę zmianę od samego początku. Moją uwagę przykuwały zarówno ewoluujące pomysły (które szły w parze z coraz większym ciężarem zadań na jego ramionach), jak i te całkowicie nowe, wypełniające świeże luki; obie były dla mnie czymś niezwykle interesującym. Godnym analizy: od samego początku, aż do samego końca. I ten koniec, muszę przyznać, był w pełni satysfakcjonujący.

Kiedy do rąk wpadł mi rękopis pod tytułem Krew i Wino, nie mogłem oprzeć się euforii. Było to zwieńczenie moich poszukiwań, ostatnie zadanie, którego miałem się podjąć – przynajmniej w związku z tym człowiekiem. Zapis był bardzo czytelny, ale i skomplikowany, jednak dzięki bazie instrumentów w mojej pracowni i pomocy jednego z naszych wspólnych przyjaciół udało mi się go w pełni rozszyfrować. Oniemiałem.

Zaczynając może od najbardziej ogólnych rzeczy: twórców Krwi i Wina było aż trzech i każdy z nich miał do dyspozycji kilkanaście stron nutowego zapisu. Co ciekawe, gdyby poszczególne strony nie były podpisane, prawdopodobnie nawet nie usłyszałbym różnicy, ku rozbawieniu mojego kompana. Byłem wręcz sfrustrowany! Muzycy połączyli swoje dzieła w jedną całość tak dobrze, że nie dało się odczuć żadnego przeskoku. Przybyłowicz, Stroiński i Musiał – jakże dziwne są to imiona! – na pewien czas musieli stać się jednością, a przynajmniej na razie nie widzę innego rozwiązania. Wśród zapisanych kart pojawiła się również jeszcze jedna osoba, Percival Shuttenbach, którego kojarzyłem z odgrywania różnych, dawno już zapomnianych, pogańskich obrządków. Nie spaliłem tych stron, choć do dzisiaj obawiam się osądu, ponieważ wartość dodana do całego dzieła jest zbyt duża, aby z niej zrezygnować.

Zostawmy jednak to małe wtrącenie w niepamięci i znów skupmy się na zawartości. Jak już wspomniałem, baza instrumentów do pełnego odkrycia tego dzieła musi być ogromna. Spora część z nich prawdopodobnie nie jest już nawet wykorzystywana, a te, które istnieją i w dzisiejszym świecie, zostały użyte w nietypowy sposób. Nie wróżę strunom szczególnej długowieczności, jeżeli będą zmuszone do odgrywania tych utworów. Akordeony, lutnie, organy, dużo smyczków… Ograniczono za to użycie instrumentów dętych na rzecz budowania klimatu określonego w rękopisie jako „słowiański” (sprawdzić później znaczenie tego słowa).

Po pełnym odegraniu zrozumiałem również, dlaczego Krew i Wino wywołuje tyle emocji. Zapoznanie się ze wszystkimi utworami wprawia słuchającego w niebywały nastrój – po części czułem się natchniony, a po części opętany. Podniecenie co prawda stopniowo opadało, jednak poziom endorfin w mojej krwi z pewnością ani razu nie spadł poniżej pewnego, bardzo wysokiego i nie do końca bezpiecznego, pułapu. Balans pomiędzy dziełami atakującymi, wywołującymi ciarki i pchającymi do działania, a dziełami spokojniejszymi i pozwalającymi na zadumę lub refleksje, jest – w moim odczuciu – dalece więcej, niż dobry: jest po prostu perfekcyjny.

W jednej chwili chciałbym wziąć udział w Winnych Wojnach, poczuć się jak szpieg. Wykorzystałem akordeon do budowy odpowiedniego klimatu, i myślę, że właśnie taki był zamiar – nigdy bym się nie spodziewał, że może on brzmieć w taki sposób! W drugiej chwili chciałem odpocząć przy Księżycu pod Górą Gordon, a w kolejnej wskoczyć w istny taniec z Mandragorami, chociaż doskonale wiem, że mandragory nie tańczą. Odczytując Champs-Désolés w zasadzie żałowałem, że nie wziąłem udziału w bitwie. Zaczynam się nawet obawiać co jeszcze może mi przyjść do głowy. Należy również bardzo mocno pochwalić partie chóru, które regularnie wprawiały mnie w niepokój.

Największy problem miałem ze znalezieniem odpowiedniej kobiety do odtworzenia poszczególnych partii wokalnych. Głos, o którym mowa powinien być w Krwi i Winie pełen mocy, a jednocześnie niebywale kobiecy. Musiał współgrać z całą orkiestrą, jednocześnie odcinając się od niej. Twórcy prawdopodobnie poprosili jakąś czarodziejkę o zaczarowanie swojego głosu, gdyż nic nie powinno brzmieć aż tak ładnie jak Fanfary i kwiaty. A jednak brzmiało (zapisać do późniejszej analizy).

I kiedy już w końcu kończyłem odgrywanie, upojony i magią muzyki, i średniej klasy winem, zrozumiałem jedno – ta przygoda została zwieńczona w taki sposób, w jaki się rozpoczęła. Pani Jeziora magicznie zamknęła całą księgę, tak jak Wschód Północnego Królestwa ją rozpoczął te dziewięć lat temu. Czując czar całej podróży, ciężko mi jest podsumować Krew i Wino. Ze dwa razy odczułem, że wygrywanych dźwięków jest za dużo, jednak te dwie chwile za nic się mają do piękna, jakie towarzyszyło mi przez prawie dwie godziny mojego życia.

Pojadę dzisiaj do małej, drewnianej chatki, i wproszę się jak do starego przyjaciela. Powiem, że go obserwowałem, i że jestem niezmiernie szczęśliwy, że mogłem mu towarzyszyć przez tyle lat. I że choć początkowo czegoś mu brakowało, tak pod koniec wszystko było dopięte na ostatni guzik. Tak jak i utwory z Krwi i Wina.

Pasek - kreska

Album The Witcher 3: Blood and Wine Soundtrack zostaje wyróżniony nagrodą Great Music.

 Great Music

 Pasek - wydanie

Autor: Bartosz Pacuła, Kamil Brycki

 

Krew i Wino jest dostępne dla wszystkich, niestety tylko w wersji niematerialnej. Rękopis, który posiadam, z pewnością nie nadawałby się dla ludzi postronnych, a szkoda – uważam, że takie dzieła powinny być porządnie wydawane, co odzwierciedliło by ich wartość artystyczną. Ubolewam nad faktem, że często szroty wydawane są pięknie, a prawdziwa sztuka – taka jak opisana tu przeze mnie – chowana jest gdzieś po kątach.

Pasek - informacje

Wykonawca: Marcin Przybyłowicz/Mikołaj Stroiński/Piotr Musiał
Tytuł: The Witcher 3: Blood and Wine Soundtrack
Wytwórnia: CD Projekt RED
Data wydania: 2016
Gatunek: Soundtrack
Czas trwania: 58:37