Titanic Live in Concert – Festiwal Muzyki Filmowej 2017 (20.05.2017)

Autor: Bartosz Pacuła
Zdjęcia: Wojciech Wandzel (nr 1-6), Sony Classical (nr 7), Krakowskie Biuro Festiwalowe (nr 8)

 

Nie jestem sentymentalny. Nie wzruszam się na filmach czy przy książkach. Nie umiem docenić uczucia melancholii, obce jest mi też poszukiwanie piękna w smutku. A jednak uwielbiam Titanica Jamesa Camerona. Oglądam go regularnie (co najmniej raz w roku, a zdarzyło mi się i trzy razy zobaczyć to dzieło w przeciągu 12 miesięcy) od ok. 15 lat i nigdy nie mam dość. Nie wiem sam nawet dlaczego. W końcu tego typu historii miłosnych jest cała masa, również gatunek filmów katastroficznych od 1997 roku znacznie się rozwinął, głównie za sprawą coraz lepszych efektów specjalnych. Mimo tych wszystkich „przeszkód” Titanic pozostaje dla mnie jednym z najważniejszych filmów w moim życiu.

Chociaż nie potrafię logicznie wyjaśnić moich gorących uczuć do najsłynniejszego obrazu Jamesa Camerona, to potrafię wskazać kilka elementów, które stanowią o jego sile. Jednym z nich jest bez wątpienia muzyka. Jej autor – tragicznie zmarły przed dwoma laty James Horner – przeszedł samego siebie, komponując dzieło ponadczasowe, świeże i znakomicie radzące sobie także w odizolowaniu od samego filmu. W „titanicowym” soundtracku mamy i momenty podniosłe (Leaving Port), i romantyczne (Rose), i wzruszające (Unable to Stay, Unwilling to Leave), i dramatyczne (Death of Titanic). Charakter muzyki zmienia się jak w kalejdoskopie, a mimo to pozostaje ona koherentna, prezentując się nam jako niezwykle szczelny monolit. Całość dopełnia znakomite wykorzystanie chłopięcego chóru, nieodmiennie rządzą także dudy, bez których nie potrafię już sobie wyobrazić OST z Titanica.

Na Titanic Live in Concert – wydarzenie, które odbyło się w ramach tegorocznej edycji Festiwalu Muzyki Filmowej w Krakowie – wybierałem się więc z wielkimi nadziejami. Ciekawiła mnie zupełnie nowa perspektywa obcowania z tym – jak dobrze mi znanym – tytułem; tym razem królować miała wszakże muzyka, nie zaś niekończące się dywagacje na temat samolubności Rose przy dzieleniu się drzwiami z Jackiem Dawsonem. Symultaniczny pokaz filmu z muzyką na żywo zapowiadał się tym lepiej, że do wykonania kompozycji Hornera zatrudniona została wysokiej klasy orkiestra Sinfonietta Cracovia, którą pokierować miał Ludwiga Wickiego. Ich wysiłki mały zostać wsparte przez Chór Chłopięcy Filharmonii Krakowskiej oraz trzej wyjątkowi soliści: sopranistka Karolina Gorgol-Zaborniak, instrumentalista Eric Rigler (który – nota bene – brał udział przy nagrywaniu ścieżki dźwiękowej do Titanica!) oraz… Edyta Górniak.

Symultaniczny pokaz uhonorowanego 11 Oscarami filmu zapowiadał się wyjątkowo i rzeczywiście był czymś wyjątkowym. Nigdy – do tej pory – nie odebrałem tego dzieła w taki sposób, jeszcze bardziej emocjonalny i poruszający. Grana na żywo muzyka Hornera brzmiała fantastycznie; wszystkie fragmenty doskonale ze sobą korespondowały i nie tylko uzupełniały wydarzenia prezentowane na ekranie, ale były także gwiazdami samymi w sobie. Do gustu szczególnie mocno przypadły mi te kawałki, w których udzielał się Chór Chłopięcy; zabrzmiał on delikatnie, ale i – dość nieoczekiwanie – bardzo mocno i przekonująco.

Klasą samą w sobie byli także soliści, na czele z Karoliną Gorgol-Zaborniak. Jej sopran towarzyszył nam od samego początku do (praktycznie) samego końca, niosąc ze sobą wielki ładunek emocjonalny. Również pod względem technicznym solistka wypadła bardzo dobrze, ani na chwilę nie tracąc koncentracji. Także Eric Rigler dał wirtuozerski popis swoich możliwości – dudy w jego rękach stały się instrumentem magicznym, budującym – bez najmniejszego wysiłku – fenomenalny klimat, z którym kojarzyłem Titanica. Na słowa uznania zasługuje także wspomniana wyżej Edyta Górniak, która wystąpiła w piosence My Heart Will Go On, oryginalnie wykonywanej przez Céline Dion. Nie tylko doskonale wytrzymała presję związaną z wykonywaniem trudnej technicznie piosenki, ale i zaproponowała jej swoją własną interpretację, nieco bardziej – jak mi się wydaje – zmysłową, delikatniejszą. Nie zgrywała przy tym gwiazdy wieczoru, wiedząc doskonale, że największe brawa za prawie czterogodzinny wysiłek należą się orkiestrze, chórowi i pozostałej dwójce solistów.

Ze swoich obowiązków bardzo dobrze wywiązały się także osoby odpowiedzialne za nagłośnienie. Titanic Live in Concert jest kolejnym koncertem z muzyką instrumentalną w roli głównej, który świetnie zabrzmiał w Tauron Arenie. Słychać wyraźnie, iż krakowska sala może być doskonałym narzędziem w rękach fachowców od akustyki – i tak też było podczas FMF-u. Instrumenty, na czele ze skrzypcami, doskonale ze sobą korespondowały, zostawiając jednak miejsce chórowi i wszystkim solistom. Przy tym brzmiały one bardzo przyjemnie; ciepło, miękko. Całość złożyła się więc a wyjątkowy spektakl – nie tylko muzyczny, ale i dźwiękowy.

W wywiadzie udzielonym mi przez Roberta Piaskowskiego (TUTAJ) zapytałem o możliwe drogi rozwoju Festiwalu Muzyki Filmowej. Chociaż te kiedyś muszą nastąpić, to nie obraziłbym się, gdyby w ramach każdej edycji odbywał się symultaniczny pokaz jakiegoś epickiego dzieła pokroju Titanica. Tego typu wydarzenie oferuje wyjątkową możliwość zmierzenia się z dobrze znanym nam dziełem w zupełnie nowej odsłonie, po której nie będziemy mieli ochoty wracać do „zwykłych” seansów w domu. Bo i po co, skoro żaden, nawet najlepszy sprzęt audio nie odda muzyki tak doskonale, jak zrobili to muzycy z krwi i kości?

Pasek - kreska

Koncert Titanic Live in Concert zostaje wyróżniony nagrodą Great Live Experience.

Great Live Experience