Video Game Show: Wiedźmin 3 – Festiwal Muzyki Filmowej 2016 (30.05.2016)

Autor: Bartosz Pacuła
Zdjęcia: Krakowskie Biuro Festiwalowe (nr 1),
Wojciech Wandzel (nr 2-7), CD Projekt RED (nr 8)

 

Wydany w maju 2015 roku Wiedźmin 3: Dziki Gon jest bez wątpienia najważniejszą (do tej pory) grą pochodzącą z Polski. W genialny sposób zwieńczyła ona heroiczne przygody Geralta z Rivii i udowodniła, że i nad Wisłą można stworzyć wspaniałe dzieło komputerowe. Ostatnia część Wiedźmina nie tylko okazała się referencją w swojej kategorii (o czym świadczy m.in. rekordowa liczba zdobytych przez nią nagród branżowych), ale stała się jednocześnie wielkim hitem pod względem sprzedaży. Sam przyczyniłem się do tego stanu rzeczy, praktycznie natychmiast rzucając się po wersję podstawową i nabywając przedpremierowo oba dodatki – ubiegłoroczne Serca z kamienia oraz tegoroczne Krew i Wino.

Swoją wysoką jakość Wiedźmin 3 zawdzięcza nie tylko fenomenalnej fabule, niepowtarzalnemu klimatowi czy przyjemnej mechanice rozgrywki, lecz również muzyce, za którą odpowiedzialny był duet Marcin Przybyłowicz oraz Mikołaj Stroiński, wspierany przez folkmetalową grupę Percival Schuttenbach. Stworzone przez tę ekipę kompozycje krążyły wokół tematów folkowych. Raz było bardziej słowiańsko (Biały Sad, Velen), raz celtycko (Skellige), a jeszcze innym razem artyści serwowali muzykę epicką, podniosłą, zagrzewającą do walki. Przy tym wszystkim udało im się stworzyć dzieło spójne i takie, do którego z przyjemnością można wrócić wiele razy. Soundtrack z Wiedźmina 3 nie był typową „muzyką tła”, która miała za zadanie jedynie wspierać wydarzenia prezentowane na ekranie – była żyjącym, autonomicznym i naprawdę fajnym stworzeniem. Do absurdalnie wysokiego poziomu OST z pierwszej części Wiedźmina – w mojej opinii – trochę zabrakło, nikt jednak nie mógł poczuć się niezadowolony, gdy do jego uszu dobiegały takie kompozycje, jak Geralt of Rivia czy The Trial.

O tym, że soundtrack z trzeciego „Wieśka” (oraz dodatków do niego) jest dziełem wysokiej próby, świadczyć może też fakt, że został on odegrany na żywo podczas ostatniego dnia Festiwalu Muzyki FILMOWEJ (podkreślenie moje – dop. aut.). Przedstawiciele branży wiązanej z 10. muzą rzadko kiedy przyznają, że i gry komputerowe (które, bądź co bądź, są do filmów bardzo podobne) mogą być prawdziwą formą sztuki, równą – lub przynajmniej zbliżoną – do tego, co sami kreują. Tymczasem to właśnie premierowe wykonanie muzyki z gry miało zamknąć największe tego typu wydarzenie w Polsce, które – przypomnę – gościło takie tuzy muzyki filmowej, jak Don Davis czy Howard Shore.

To godne zapamiętania wydarzenie odbyło się w hali widowiskowo-sportowej Tauron Arena Kraków, dokładnie w tym samym miejscu, gdzie dzień wcześniej zabrzmiała muzyka z pierwszej części Indiany Jonesa. Za wykonanie muzyki z Wiedźmina 3 i obu wyżej wymienionych dodatków (z których ten drugi, Krew i Wino, miał premierę kilka godzin po koncercie) odpowiedzialne były: AUKSO Orkiestra Kameralna Miasta Tychy i Chór Pro Musica Mundi, kierowane przez Marka Mosia, dyrektora artystycznego AUKSO. Ich wysiłki miał wspierać zespół Percival Schuttenbach a także sopranistka Wioletta Chodowicz oraz Brodka (tak, TA Brodka). Na widowni zasiedli kompozytorzy (dwójka już przywołanych oraz Piotr Musiał, który jest współtwórcą soundtracku do ostatniego dodatku) oraz Konrad Tomaszkiewicz – reżyser gry. Atmosfera od samego początku była więc bardzo miła i nawet tragiczne przemówienie Izabeli Helbin, dyrektorki Krakowskiego Biura Festiwalowego, nie było w stanie tego zmienić.

Koncert ten ważny był dla mnie przede wszystkim z jednego powodu – pokazał raz na zawsze, że muzyka z Wiedźmina jest tworem w pełni dojrzałym i samodzielnym. Co prawda na wielkim ekranie wyświetlane były wydarzenia z gry (swoją drogą – dla kogoś kto nie grał wcześniej w Dziki Gon mogło być to problematyczne, bo aż waliło po oczach spoilerami fabularnymi), jednak to dźwięki były tutaj najważniejsze. Odegrane trzy suity brzmiały naprawdę bardzo dobrze: spójnie, kunsztownie, podniośle i niezwykle klimatycznie. Nie było praktycznie żadnego dłużącego się momentu, a kilka razy (m.in. gdy odegrany został Geralt of Rivia) miałem gęsią skórkę, jak przy najlepszych kompozycjach ze świata filmu.

Fajnie wypadła orkiestra (po której, szczerze przyznaję, nie spodziewałem się niczego – ani złego, ani dobrego), dobrze przygotowana do swojego zadania i prowadzona fachową ręką Marka Mosia. Nieco gorzej wypadł chór, któremu zwyczajnie zabrakło mocy. Rzecz jest tym bardziej zaskakująca, że śpiewaków na scenie było bez liku, a brzmieli, jakby zapomnieli zjeść śniadanie… przez ostatni tydzień. Na anemiczne popisy wokalne nałożyła się też średnia synchronizacja wszystkich głosów, przez co momentami wypadało to naprawdę mizernie. Na szczęście przez zdecydowaną większość czasu królowała orkiestra, w godny pochwały sposób współpracująca z Wiolettą Chodowicz. Niejako obok głównego nurtu muzycznych wydarzeń (w przenośni, ale tez i dosłownie) znalazł się Percival Schuttenbach, który również zasługuje na pochwały. Formacja ta nie dala stłamsić się zdecydowanie większej orkiestrze i wywalczyła sobie swoje miejsce. Kilka ciepłych słów muszę tez skierować w stronę Brodki – chociaż jej występ był krótki, to pokazała się naprawdę z bardzo dobrej strony. Co więcej, Brodka – chociaż na scenie była zdecydowanie największa gwiazdą – w żadnym momencie nie domagała się uwagi tylko dla siebie, doskonale zdając sobie sprawę ze swojej roli w tym przedstawieniu. Ważnej, ale małej.

Tradycyjnie dla Tauron Areny Kraków, nagłośnienie instrumentów akustycznych wypadło znakomicie. Brzmienie było pełne, nasycone, duże, ale nie przytłaczające. Można było skupić się na poszczególnych sekcjach orkiestry lub przyjmować muzykę w całości – wszystko wedle swoich preferencji, humoru, uznania. Słabiej zabrzmiał Percival Schuttenbach, który – szczególnie na stopie wokalnej – został pokrzywdzony oraz chór, który sam sobie nie pomagał. Wokalistki (pani Wioletta oraz Brodka) do osób odpowiedzialnych za jakość dźwięku pretensji mieć nie mogą – być może nie było ich słychać równie dobrze co orkiestry, zostały jednak potraktowane z należytym szacunkiem i uznaniem.

Pisząc te słowa zagrywam się w Krew i Wino, powoli przyzwyczajając się do myśli, że to koniec mojej przygody z Geraltem. Przygody, która towarzyszy mi już od ponad roku, będąc świadkiem kilku ważnych (i pięknych) wydarzeń w moim życiu. Jestem z tym dziełem mocno związany emocjonalnie, dlatego też bardzo zależało mi, by koncert z soundtrackiem z „Wieśka” stał na odpowiednim poziomie. I tak też było. Za to (oraz za udowodnienie, że muzyka z gier jest już autonomiczną formą sztuki) chciałbym wszystkim związanym z tym występem serdecznie podziękować.