Villains – recenzja

Autor: Adrian Pilarczyk
Zdjęcia: Matador (1-6), Bartosz Pacuła (7-9)

 

Już w roku 2000, gdzieś w okolicy premiery drugiej płyty Queens of the Stone Age, Joshua Homme rzucił zdaniem, które doskonale zdefiniowało właściwie całe jego podejście do tworzenia muzyki. „Rock should be heavy enough for the boys and sweet enough for the girls. That way everyone’s happy and it’s more of a party” („Rock powinien być wystarczająco ciężki dla facetów i odpowiednio słodki dla dziewczyn. W ten sposób wszyscy są szczęśliwi i możemy imprezować”). Świadomie lub nie, z miejscem na kilka odstępstw od normy, QotSA podążało tą dewizą, stopniowo przebudowując sekwencję ruchów, jaką uruchamiają w nas ich piosenki. Słuchając utworów z Songs For The Deaf pogrążaliśmy się w szalonym headbangu, teraz zaś prędzej obserwujemy, jak nasze nogi mimowolnie podrywają się do tańca.

I nie jest to przypadek, bo Josh w wielu udzielanych ostatnio wywiadach przyznaje, że zwyczajnie uwielbia tańczyć. Kto kiedykolwiek widział na scenie tego domniemanego nieślubnego syna Davida Lyncha, ten raczej nie będzie tym zdaniem zaskoczony. Biodra urodzonego w Palm Springs muzyka nigdy nie pozostają w tej samej pozycji i gwarantuję, że z opanowaniem Waszych podczas słuchania Villains też będziecie mieli problem.

Dla fanów Queens of the Stone Age, czyli zespołu, którego historię lepiej możecie poznać TUTAJ, niespodzianką nie będzie, że ich siódmy album pojawia się akurat w okresie wakacyjnym. W przeszłości każda płyta tej formacji debiutowała pomiędzy marcem a wrześniem i nie jest to jedyny środek, za pomocą którego Kalifornijczycy chcą nas przenieść do świata, w którym słońce zawsze jest w zasięgu wzroku. Pomimo stale ewoluującego wizerunku i twórczości Queens, elementem stycznym każdej z ich płyt wydanych na przestrzeni ostatnich 20 lat, jest właśnie ten radosny, letni klimat. Nie inaczej jest na ich najnowszym dziele.

Nie znaczy to jednak, że 48-minutowa, składająca się z dziewięciu utworów płyta nie może pochwalić się niczym odkrywczym. Nowości można podzielić na dwie kategorie: artystyczne oraz techniczne – i to właśnie nimi zajmiemy się w pierwszej kolejności. W przeciwieństwie do naszpikowanej gwiazdorskimi występami gościnnymi …Like Clockwork, członkowie Queens of the Stone Age uznali, że przy tworzeniu Villains nie potrzebują oni żadnej pomocy, aby przekazać to, co im w duszy gra. Jest to więc bodaj pierwsza płyta w historii świrów z pustyni, na której zaangażowany nie został nikt z trójki Mark Lanegan, Dave Grohl oraz Nick Oliveri (choć ciężko mi uwierzyć, że to nie on drze się pod koniec Domesticated Animals).

Jako novum należy potraktować również to, że do roli producenta zatrudniono Marka Ronsona, co nie przeszło bez echa w mediach. Brytyjczyk jest głównie znany ze współpracy z gwiazdami muzyki pop, takimi jak Amy Winehouse, Bruno Mars czy Adele, których nazwiska wzbudziły podejrzenia u fanów dotychczasowego brzmienia Queens of the Stone Age. Jeśli ktoś zna jednak chłopaków więcej niż kilka dni, zapewne zdążył już zauważyć, że bardziej prawdopodobnym od nagrania przez nich dwóch takich samych płyt, jest spotkanie Josha Homme bez perfekcyjnie uczesanych i postawionych włosów.

Single, którymi promowano Villains, to The Way You Used To Do oraz The Evil Has Landed. Trudna byłaby do obronienia teza, że utwory te wybrano poprzez ciągnięcie zapałek. W dosyć sprawny sposób reprezentują one to, co jest na tej płycie najbardziej wyczuwalne. Kwintesencją brzmienia, jakie Queens of the Stone Age zapewne chciało na Villains uzyskać jest absolutnie fenomenalny utwór numer jeden, czyli Feet Don’t Fail Me (aż strach pomyśleć, że pierwotnie piosenka ta miała się znaleźć na Post Pop Depression Iggy’ego Popa!), ale „dwójka” i „ósemka” też mają swoje momenty. Czytając przedpremierowe wypowiedzi członków zespołu byłem mniej więcej świadomy tego, czego mogę się spodziewać i trzymałem się na baczności, aby lekki, taneczny rytm nie przeszkadzał mi w bardziej dogłębnej analizie. Nie było jednak łatwo i szybko poddałem się w swoich próbach walki z zespołem niespokojnych nóg uruchamianym przez Feet Don’t Fail Me, The Way You Used To Do czy Head Like A Haunted House.

Najważniejsze jest jednak to, że przy planach ukierunkowania się na bardziej taneczne rytmy, Queens of the Stone Age z całą pewnością nie strywializowało swoich kompozycji. Błyskawiczne riffy, licki, syntezowane muzyczne serpentyny – to wszystko przeplata się ze sobą w tle, pracując jak mróweczki na stworzenie gratki dla tych, którzy dociekają głębiej, poza pierwsze wrażenie. Choć początkowo można było pomyśleć, że usatysfakcjonowani będą głównie fani słuchający Villains na koncertach (obawiając się tylko o to, czy ich skoki i tupanie nie spowoduje ruchów tektonicznych), ci rozkochani w mrocznej, niepokojącej atmosferze znanej z poprzednich płyt też będą tu mieli czego szukać.

Choćby na utworze takim jak Fortress, zaczynającym się w mocno folkowo-nordyckiej atmosferze, aby później oddać hołd brzmieniu, które mnie najmocniej kojarzy się z Rated R. Najbardziej wyraźne puszczenie oczka do fanów starszych płyt Queens of the Stone Age (czy może nawet twórczości Eagles of Death Metal) czeka jednak przy outrze do The Evil Has Landed, kiedy „Królewny” wrzucają bieg, który mógł już zardzewieć od nieużywania. Josh nie byłby jednak sobą, gdyby nie zrównoważył energiczności całej płyty czymś wolniejszym (nawet na Songs For The Deaf było przecież znakomite Mosquito Song!) i w takim charakterze doskonale sprawdza się Villains of Circumstance. Utwór ten można byłoby spokojnie wrzucić na …Like Clockwork, gdzie wokalista w rekordowych ilościach zaprzęgał do pracy falset, podkreślający dramatyczność swojej ówczesnej sytuacji zdrowotnej. Homme musiał jednak zdawać sobie sprawę, że całkowicie smętna piosenka będzie wydawać się na Villains „out of place”, więc mniej więcej wtedy, gdy chcemy już sięgać po chusteczkę „Łotry Okoliczności” zyskują na wartościach rozrywkowych.

Ciekawą odskocznię stanowi też Hideaway, do którego przez senną atmosferę i przeciągany wokal Josha może być ciężko tańczyć, ale piosenka ta – tak jak Villains of Circumstance – ma do odegrania zupełnie inną rolę. Poprzedzający ją Un-Reborn Again dłuży się chyba najbardziej ze wszystkich kompozycji na całej płycie i nie obraziłbym się, gdyby zamiast niego kilka dodatkowych minut dostał utrzymany w punkowym tempie numer pięć: Head Like A Haunted House. Na osłodę Un-Reborn Again zostaje zwieńczony w stylu, jaki dało się spostrzec choćby na ostatniej płycie Iggy’ego Popa, dla kształtu której postać Josha była przecież fundamentalna. Oznacza to zaangażowanie bogatszej gamy klasycznych instrumentów (w kontrze do dominujących syntetycznych dźwięków) ze stopniowym wygłuszaniem kolejnych sekcji, trochę w stylu wspominanego już Mosquito Song i Sunday.

Z racji wielokrotnie podkreślanej przeze mnie różnorodności brzmień, którą Queens of the Stone Age stara się zaskoczyć na każdej płycie, mam wrażenie, że od ich premier jest bardzo łatwo się odbić. Jeśli ostatnim śladem ich twórczości w Twojej głowie jest …Like Clockwork, istnieje szansa, że zapomniałeś, iż do tej płyty też należało się dostroić. Brzmiała ona zupełnie inaczej niż wszystko, co Queens do tej pory wypuścili i czasami pełne docenienie jej walorów przychodziło z czasem. Powiem tylko, że ja po kilku miesiącach spokojnego słuchania doszedłem do wniosku, że czteroletnie już …Like Clockwork jest praktycznie pozbawione przestojów jakościowych, co czyni ją w moich oczach jedną z najlepszych płyt dekady.

Póki co, nie dostrzegam wielkiego prawdopodobieństwa wypowiadania się o Villains w takich kategoriach, choć z całą pewnością jest to album bardzo dobry. Wedle przyzwyczajeń nabytych podczas obcowania z Rudym Trollem i Przyjaciółmi, także płyta numer siedem wnosi coś nowego do dyskografii tej kapeli. Schodzą się na niej trzy odsłony Queens of the Stone Age, z których najmniej widoczną jest ta antyczna, stonerowa. Po mocniejszym wgryzieniu się skosztujemy zaś nadzienia o smaku psychodeli zrodzonej przez mózgi, z których od słońca wyparowała już niemal cała woda. Nie da się jednak nie zauważyć tego, że QotSA najbardziej zależało na tym, aby brzmieć seksownie, „groovy”, skocznie i tanecznie. Jest to zgodne z filozofią Josha, wierzącego w muzyczno-taneczną nirvanę, ale od tego, czy Villains zbiegają się z Waszym własnym dźwiękowym systemem wartości, prawdopodobnie będzie zależeć odbiór tej płyty.

Pasek - wydanie

Z materiałem wchodzącym w skład Villains można zapoznać się na kilka sposobów; krążek ten jest już dostępny na serwisach streamingowych (TIDAL, Spotify), a także na YouTubie. Dla osób chcących położyć ręce na fizycznym wydaniu albumu grupa przygotowała wydanie CD (box typu jewel case, ale z tekturową nakładką) oraz naprawdę fajnie wyglądający winyl (jak fajnie, o tym przekonacie się oglądając TEN krótki filmik).

Pasek - informacje

Wykonawca: Queens of the Stone Age
Tytuł: Villains
Wytwórnia: Matador
Data wydania: 25.08.2017
Gatunek: Rock
Czas trwania: 48:00