Wiktor Modrzejewski – wywiad

Autor: Bartosz Pacuła
Zdjęcia: Wiktor Modrzejewski

 

Nie sądziłem, że spotkam kiedyś instrumentalistę związanego z wykonawstwem muzyki dawnej, który powie mi, że przed odegraniem utworów Mozarta czy Bacha lubi czasami zanurzyć się w świat dźwięków amerykańskiego gangsta rapu. A jednak Wiktor Modrzejewski, utalentowany polski skrzypek studiujący na Universität für Musik und darstellende Kunst Graz, tak właśnie przygotowywał się o występu za kulisami. O tym, a także o wielu innych tematach, miałem okazję porozmawiać z nim wczoraj z okazji zbliżającego się wielkimi krokami koncertu, podczas którego odegrane zostaną Cztery pory roku Vivaldiego w krakowskich Sukiennicach.

Pasek - kreska

Jak to się stało, że Pan – muzyk pochodzący z Polski – „wylądował” na wysokiej klasy uniwersytecie za granicą?

Moja historia była dosyć zwariowana. Ja, swego czasu, byłem przekonany, że na studia pojadę do Warszawy. Kluczowe okazały się pewne wakacje, w trakcie których dużo koncertowałem. W pewnym momencie, po zakończeniu trasy z orkiestrą – a grałem wtedy w orkiestrze właśnie, nie solo – byłem tak zmęczony, że zrezygnowałem z dwóch czy trzech kursów mistrzowskich. Jeden z nich odbywał się jednak w Krakowie i na ten, pomimo całego zmęczenia, postanowiłem się wybrać. Na kursie tym pojawił się mój przyszły profesor, który usłyszał mnie i zaprosił do Austrii.

Mam znajomego, który mieszka w Graz, czyli mieście, w którym Pan studiuje. On twierdzi, że między tym miastem a Wiedniem jest spora rywalizacja na różnych polach. To prawda?

Nie sądzę. Oczywiście pewnego rodzaju konkurencja występuje, ale jakiś złych emocji w tym aspekcie nie odczułem. Dla mnie pojechać do Wiednia to zresztą świetna sprawa. To naprawdę piękne miasto.

To prawda. Chciałbym jeszcze wrócić do problemu studiów muzycznych. Jakie są zalety i wady wykształcenia muzycznego? Część znanych mi muzyków zwraca często uwagę, że szkoły muzyczne, chociaż wiele dają, lubią kształcić pewnymi schematami, nie zawsze korzystnymi dla studentów.

To jest pytanie, które odnosi się generalnie do całego systemu edukacji, nie tylko tej muzycznej. Podstawowy system nauczania ma sprawić, by wszyscy – ci mniej zdolni i osoby bardziej utalentowane – grali wszystko. I to oczywiście w pewien sposób wpływa na zatracanie indywidualności. Dlatego też osoby, które same się uczyły grać na skrzypcach często mają inne, bardziej swobodne i intuicyjne podejście do muzyki. Na przykład maestro Lakatos jest przykładem osoby, której gra jest bardzo naturalna. Chociaż, jak tak teraz się zastanawiam, po jego doskonałej technice gry widać, że musiał jakieś wykształcenie muzyczne odebrać.

Dobrze, że przywołał Pan osobę pana Lakatosa. Czy mógłby Pan coś powiedzieć o swojej współpracy z nim?

Moja współpraca z maestro się zaczęła, gdy zostałem zaproszony na koncert mojego przyjaciela, Szymona Klimy, jako gość specjalny. Wtedy właśnie po raz pierwszy mogłem wystąpić z maestro Lakatosem. Było to dla mnie naprawdę wielkie przeżycie – granie z kimś, kogo traktowałem jak idola. Cały ten występ był trochę zwariowany, bo mieliśmy przed nim zaledwie jedną próbę. Na szczęście maestro otacza specyficzna aura, która dodała mi pewności siebie. Miłe było też to, że maestro zagadał coś do mnie za kulisami, zapytał o moje skrzypce.

W informacji, którą dostałem od organizatorów było napisane, że soliści – czyli Pan oraz maestro – podzielą się Czterema porami roku, tj., że Pan zagra dwie części, zaś pan Lakatos kolejne dwie. Jak będzie to podzielone? Kto dostanie jakie pory?

To będzie wyglądało w sposób następujący: maestro zagra Wiosnę i Lato, mnie przypadła Jesień i Zima. Jeszcze nie wiadomo w jakiej kolejności wystąpimy. Koncert przedstawi bowiem jego wizję Czterech pór roku. Projekt zakłada bowiem dodatkowe utwory na wstęp i epilog. Jak to wszystko poukłada? To już zależy wyłącznie od niego.

A jaką porę roku lubi Pan najbardziej? U mnie od wielu lat najważniejsze jest Lato, ale to chyba żadne zaskoczenie.

Tak, Lato jest naprawdę świetne. Ale, szczerze mówiąc, dwie pierwsze części Lata mnie nie powalają. Najmniej znaną porą Vivaldiego jest Jesień

To chyba ze względu na małą liczbę hitowych momentów.

Zdecydowanie Jesień ma ich najmniej. Wracając do pytania: moją faworytką jest obecnie Zima. Chociaż, przyznam się szczerze, coraz bardziej cenię sobie właśnie Jesień. Nie znałem jej kiedyś zbyt dobrze, ale gdy zacząłem ją grać, wgłębiać się w jej strukturę, to mogłem ją docenić.

To dobrze się Pan z maestro podzielił tymi porami roku (śmiech).

Tak, każdy dostanie to co lubi (śmiech).

Cztery pory roku to kompozycja, która cieszy się obecnie wielką popularnością, nawet w kulturze masowej. Skąd to – pańskim zdaniem – wynika?

Działają tutaj oczywiste czynniki. Z Czterema porami wiąże się granie głośne, szybkie, zespołowe. Na dodatek to utwór, który jest dość prosty w odbiorze, a jednocześnie przepełniony czystym, instynktownym geniuszem Vivaldiego. Warto też dodać, że kompozycja ta jest muzyką ilustracyjną, wobec czego bardzo mocno działa na wyobraźnię słuchaczy. Jest jeszcze jeden aspekt: Cztery pory roku to muzyka interaktywna, zachęcająca ludzi do nawiązania jakiejś więzi z artystami. Tego np. w XIX wieku nie było – wtedy, dla przykładu, genialny skrzypek był niedostępnym pół-bogiem. Jednak nie zawsze tak to wyglądało, a utwór Vivaldiego pozwala szybko przełamać lody artystom z widownią.

W przywołanej przeze mnie informacji prasowej zwracano uwagę na „cygański charakter gry muzyków węgierskich”. I w związku z tym zdaniem mam dwa pytania. Po pierwsze, co to oznacza? I po drugie – czy polscy artyści wprowadzają do granych utworów swój pierwiastek?

Co ten cygański pierwiastek wniesie do Czterech pór roku – trudno przewidzieć. Muzyka cygańska jest, z tego co wiem, bardzo energiczna, momentami agresywna, a jednocześnie uczuciowa, emocjonalna. I pewnie tego należy od maestra Lakatosa oczekiwać. To naprawdę świetny muzyk – wszystko robi w wielkim stylu i dobrym smaku, co w ostatecznym rozrachunku kreuje niespotykany efekt.

Odpowiadając zaś na drugie pytanie: polscy wykonawcy podchodzą do gry bardzo emocjonalnie, z temperamentem. Nasi rodzimi muzycy nie lubią grać zachowawczo. Co świetnie słychać, gdy Polacy grają rzeczy Polaków, np. Chopina czy Wieniawskiego. Wiadomo – poprzez naszą historię, kulturę, poezję jesteśmy kształtowani właśnie w taki sposób. Towarzyszy nam trochę francuskiej nostalgii, z drugiej strony tli się w nas gniew, złość. A całość jest spięta przez trudną do dobrego opisania elegancję.

Jakiś czas temu miałem okazję przeprowadzić wywiad z Wojciechem Majewskim, jazzmanem i pianistą. On w trakcie rozmowy – a było to świeżo po Konkursie Chopinowskim – powiedział mi, że tego typu konkursy przyzwyczajają i słuchaczy, i artystów do tego, że jest jedno perfekcyjne wykonanie jakiegoś utworu, np. rzeczy Chopina. A jak Pan zapatruje się na tematykę konkursów dla instrumentalistów?

Wydaje mi się, że konkursy rzeczywiście tworzą pewne mody w świecie muzycznym. A przynajmniej kiedyś były za to odpowiedzialne. Jeszcze 20 lat temu wyglądało to tak, że Mozarta czy Bacha trzeba było grać w jeden konkretny sposób. Obecnie – tak mi się wydaje – idzie to jednak w lepszą stronę. Jeszcze nie najlepszą, ale kierunek jest jak najbardziej odpowiedni. Myślę, że obecnie muzycy występujący na konkursach poszukują odmienności. Nie zawsze ich gra musi być perfekcyjna czy nawet przyjemna, liczy się przede wszystkim granie inaczej. Ma to swoje minusy, ale przynajmniej do łask zaczyna wracać indywidualność.

Wojciech Majewski powiedział mi również, w tym samym wywiadzie, że martwi go brak kompozytorskiego zacięcia u wirtuozów fortepianu. On sam, chociaż gra też cudze utwory, komponuje własne rzeczy, zaś wielu jego kolegów po fachu już nie. Takich znanych twórców związanych w jakiś sposób ze skrzypcami też jest dosyć mało. Można tutaj przywołać Maxa Richtera, którego koncert miałem okazję zobaczyć w tym roku w Krakowie, na pewno trzeba też wspomnieć o Davidzie Garrecie czy Lindsey Stirling, czyli dwóch osobach, które osiągnęły międzynarodową sławę ze skrzypcami w dłoni. Jak sprawa komponowania nowych rzeczy na skrzypce wygląda z pańskiej perspektywy?

Sam nie komponuję, więc nie mogę powiedzieć, że każdy muzyk powinien to pisać muzykę. A nawet jeśli bym coś tworzył, to też nie mógłbym tak powiedzieć. Uważam jednak, że współcześni młodzi artyści powinni tworzyć. Ja sam się do komponowania zraziłem przez muzykę współczesną, która jest momentami… bardzo dziwna. Tacy ludzie, jak Cage czy Stockenhausen tworzyli rzeczy, które po prostu odrzucają. Na szczęście teraz się to trochę zmienia; ludzie przypomnieli sobie, że muzyka to muzyka, a nie przeżycie dla samego przeżywania. Sądzę, że ludzie – na dłuższą metę – chcą komponować coś przyjemnego do słuchania, wpadającego w ucho.

Zauważyłem, że trochę przewrócił Pan oczami, gdy padły nazwiska Garretta i Stirling. Dlaczego?

Lindsey Stirling i David Garrett to są dwa zupełnie różne światy. Nie można tego nawet do siebie porównywać. Ta dziewczyna znalazła lukę i ją wykorzystała. I tyle. Grać za dobrze nie umie, miksuje dubstep ze skrzypcami, a potem opakowuje to w lekkostrawną otoczkę i tyle. Produkt gotowy do sprzedania, gdzie skrzypce są małą jego częścią. Z kolei Garrett to urodzony geniusz instrumentalny, nadal zresztą jest świetnym skrzypkiem. Na dodatek miał dobre wyczucie, dzięki czemu stał się człowiekiem sukcesu. Jak raz powiedział mi mój profesor: „Z sukcesem się nie dyskutuje”. Oczywiście jest pełno skrzypków, którzy nie lubią Garretta, ja sam nie popieram do końca jego działań. Na jego miejscu określiłbym się nieco bardziej konsekwentnie: albo poszedłbym w muzykę dawną, albo w pop. On te dwa światy ze sobą miksuje, a ja tego nie za bardzo lubię. Jak słucham, dajmy na to, rocka, to chcę, by to był rock, a nie jakieś dziwne mieszanki. Z rapem czy klasyką mam to samo. Mimo wszystko uważam, że trzeba Garretta szanować, bo odniósł nieprawdopodobny sukces.

Odpowiadając na moje pytanie przywołał Pan rocka i rap, czyli gatunki, których artyści związani z muzyką dawną raczej nie słuchają.

Oj nie…

Przynajmniej ja mam takie doświadczenia (śmiech). Czyli – jak rozumiem – lubi Pan czasami odpalić sobie coś mocniejszego?

Zdecydowanie. Uważam, że słuchanie samej muzyki klasycznej po prostu zabija. Słucham zróżnicowanej muzyki: rocka, funku, jazzu czy przywołanego już rapu.

To niecodzienne.

Ja się wychowałem na rapie. Do niedawna, gdy jeszcze miałem większe problemy ze stresem, przed wyjściem na scenę i odegraniem przepięknej sonaty Mozarta miałem słuchawki na uszach, z których płynął brutalny, ciężki rap z USA.

N.W.A i te klimaty?

Tak (śmiech). Snoop Dogg, Busta Rhymes, potem doszedł też Eminem.

To NAPRAWDĘ niecodzienne.

Nie ma co się upierać, że muzyka klasyczna jest jedynym prawdziwym i najlepszym gatunkiem. Jeśli komuś więcej emocji dostarcza koncert rockowy czy funkowy, to powinien słuchać właśnie tego. Życie powinno być na pierwszym miejscu. Znam kilku muzyków klasycznych – bez podawania nazwisk – którzy porobili międzynarodowe kariery, a i tak są nieszczęśliwi. Właśnie dlatego, że poświęcili się tylko jednej rzeczy. Nie mają domu, nie mają rodziny, nie mają innych zainteresowań. I podróżują od hotelu do hotelu z poczuciem pustki. A przecież więcej jest w życiu pięknych rzeczy, nie tylko ta muzyka. Oczywiście w moim przypadku muzyka gra najważniejszą rolę, ale to nie umniejsza reszcie.