Władysław Komendarek – wywiad

Autor: Bartosz Pacuła
Zdjęcia: Międzynarodowy Festiwal Producentów Muzycznych Soundedit

 

10 stycznia 1927 roku na ekrany kin trafił film Metropolis w reżyserii Fritza Langa. Początkowo niedoceniony obraz z czasem stał się obiektem kultu, powodem wielostronicowych esejów, gorących rozmów i… inspiracją dla wszystkich wielkich twórców kina spod szyldu science-fiction. Od tego wydarzenia, początkowo mało znaczącego, minie jutro 90 lat. Z tej okazji Władysław Komendarek (człowiek-instytucja na scenie polskiej elektroniki), przy wsparciu Agnieszki Makówki i Igora Gwadery zagra koncert z muzyką na żywo – w studiu S1 Polskiego Radia – właśnie do Metropolis. Koncert ten będzie miał wyjątkowy charakter jeszcze z jednego powodu: zostanie on zarejestrowany i wydany na płycie. O tym, a także o wielu innych aspektach pracy nad muzyką do tak wymagającego dzieła, miałem okazję porozmawiać z panem Władysławem w ostatni piątek.

Pasek - kreska

Wczoraj – jak się dowiedziałem – nagrywaliście Państwo materiał dla Pegaza. Czy mógłby Pan coś o tym opowiedzieć?

Nagraliśmy łącznie cztery najnowsze utwory mojej kompozycji. Każdy z nich trwa ok. 6 minut. 7 niektóre. Podobno emisja jest przewidziana na 13 stycznia. To oczywiście może się jeszcze przesunąć, ale póki co trzymam się tej daty.

Wiem, że takie informacje pojawiały się już wcześniej w internecie, ale czy mógłby Pan krótko opowiedzieć – dla czytelników Music to the People – o swoim projekcie Metropolis? Bo przecież to o nim mamy razem rozmawiać. Tak w telegraficznym skrócie opisać genezę i pomysł stojące za tym przedsięwzięciem.

Dobrze, będę się starał mówić krótko i treściwie. Pierwszy raz ten film obejrzałem w 2004 roku. Podsunął mi go mój przyjaciel, który prowadzi kino niezależne. Powiedział mi tak: „Władysław, zgrałbyś muzykę do filmu Metropolis„? Odpowiedziałem, że najpierw ten film muszę zobaczyć, bo go nie znam. Usiadłem, swobodnie, w ciszy się z tym obrazem zapoznałem i stwierdziłem, że to niesamowita opowieść. Metropolis wywarł na mnie naprawdę duże wrażenie. Na tyle duże, że zapragnąłem zaprezentować na nim wszystkie moje narzędzia… chodzi oczywiście o granie muzyki na żywo. Oczywiście mogłem wyjść z propozycją grania tylko na fortepianie, ale ten film naprawdę zasługuje na szerszą paletę narzędzi muzycznych, którymi dysponuję. Łącznie przez trzy-cztery lata zagrałem siedem razy do tego filmu. Zmiana nastąpiła ok. trzy lata temu, gdy zgłosił się do mnie łódzki Międzynarodowy Festiwal Producentów Muzycznych Soundedit, który zaproponował, by muzykę do Metropolis zagrać w rozszerzonym składzie. Nastąpiło coś, co nazywam „drugim uderzeniem”. Wie Pan – większy skład, trochę inne podejście. I tak to działa od tej pory.

Wspomniał Pan, że film zrobił na Panu niemałe wrażenie. To z jednej strony dzieło bardzo proste, z niewinnym przesłaniem, z drugiej zaś jest to obraz niezwykle złożony. O czym – pańskim zdaniem – jest Metropolis?

Pokazywane są tam dwa światy: robotniczy i arystokratyczny. Warto tutaj dodać, że reżyser Metropolis (Fritz Lang – dop. red.) był pod wielkim wrażeniem innego filmu, Gabinetu doktora Caligari (reż. Robert Wiene – dop. red.). I tak też na Metropolis trzeba patrzeć: na dzieło, które rozwinęło się na barkach Gabinetu…, które w tamtych czasach było tak „nowe”, że nie zostało docenione. Swoje też – wiadomo – dorzuciła cenzura. Ale to zawsze tak jest, gdy się stworzy coś ponadczasowego. I nie ma znaczenia czy mówimy tutaj o muzyce, czy o filmie. I tak też było w wypadku Metropolis. To dzieło niezwykłe pod względem wizualnym. W tamtych czasach nie było laserów i innych wodotrysków. Co więcej, film ten w oryginalnej wersji trwał aż trzy godziny. Niektóre sceny zaginęły, część materiału została odnaleziona w Argentynie. Może kiedyś coś jeszcze zostanie odnalezione? Tak czy siak – Metropolis to tak dobrze zrobiony film, że jeszcze mi się nie znudziło granie do niego. A przecież robię to już tyle lat. Powiem więcej: obraz Fritza Langa powoduje, że na każdym kolejnym seansie gram nieco inaczej.

Właśnie – jak takie improwizowanie pod obraz wygląda z perspektywy muzyka?

Obraz w tym wypadku dyktuje niemal wszystko. Muzycy muszą się mu podporządkować. I jest to bardzo ciężka praca. Nie tylko trzeba improwizować, grać na poczekaniu, ale to wszystko musi być zgodne z duchem prezentowanego obrazu. Jak człowiek występuje podczas „normalnego” koncertu, to jest skupiony po prostu na muzyce. A tutaj nie może skupić się wyłącznie na tym, musi także kreować odpowiednią atmosferę. A to wszystko w czasie rzeczywistym.

A jak się Panu współpracuje z Agnieszką Makówką i Igorem Gwaderą?

Frank Zappa powiedział kiedyś tak: „U mnie mogą zagrać wszyscy, którzy mają wyobraźnię”. A wymienione przez Pana dwie osoby bez wątpienia mają tę wyobraźnię, dzięki czemu współpracuje nam się świetnie. Powiem więcej: jednym z moich marzeń jest wydanie płyty z nagraniem każdego wykonania muzyki do Metropolis. Teraz właśnie będziemy rejestrować ten materiał, ale to tylko pojedyncze wydawnictwo. A ja bym chciał, żeby rejestrowano każdy występ, każdy. Bo każdy kolejny koncert różni się od poprzedniego. Dlatego to czasami jest odbierane z zaskoczeniem przez innych artystów, gdy mówię, że się do tych występów niewiele przygotowuję. Oczywiście wymieniamy w obrębie naszego tria jakieś pliki, czasami przerzucamy się pomysłami, ale to do niczego nas nie zobowiązuje na scenie. Tam i tak idziemy na żywioł. Dlatego trzeba być bardzo czujnym, cały czas patrzeć na obraz, mieć kontakt z pozostałymi muzykami.

Ja po raz pierwszy Metropolis obejrzałem w 2014 roku, gdy podczas projekcji filmu odegrany był soundtrack do niego autorstwa Abla Korzeniowskiego. Wcześniej, przed Panem czy przed Korzeniowskim, za temat ścieżki dźwiękowej do tego filmu wziął się np. Giorgio Moroder czy…

Tak jest! Masa, masa ludzi!

No właśnie – dlaczego akurat Metropolis cieszy się wśród muzyków – i to z różnych środowisk, o odmiennej wrażliwości – taką popularnością?

Wydaje mi się, że kluczowy jest tutaj aspekt wizualny tego filmu. Scenografia, kostiumy, efekty specjalne – to wszystko sprawia, że do Metropolis świetnie się gra. Oczywiście po pewnym czasie mógł zacząć działać taki mechanizm, że ktoś wziął się za muzykę do filmu Langa, bo zrobił to wcześniej taki czy inny artysta. Jest coś jednak w tym dziele, co po prostu przyciąga artystów. Co więcej, do Metropolis pasuje wiele różnych gatunków muzycznych. Słusznie Pan zwrócił uwagę, że do tego zagadnienia podchodzili muzycy z zupełnie różnych środowisk. Ja sam nie gram cały czas tego samego – pole muzyczne mam szerokie. Nie mógłbym grać do Metropolis tylko muzyki awangardowej – i to pomimo faktu, że ją bardzo lubię. Przecież gdybym musiał słuchać wyłącznie awangardy przez ponad dwie godziny, to sam bym się znudził. Cała sztuka polega na tym, by przybliżyć widzowi film w odpowiedni sposób.

A zna Pan wersje innych muzyków? Np. ten oryginalny soundtrack Gottfrieda Huppertza?

Przyznam się szczerze, że ja tych innych wersji nie słyszałem. Może poza jedną, ale nawet nie pamiętam kto był jej autorem. To było, swoją drogą, dość nudne przeżycie – przez bite dwie godziny królowała wyłącznie awangarda. To przecież jest nie do przyjęcia. Cenię sobie awangardę, sam gram awangardę! Ale ten film jest za długi, by traktować widza tylko jednym, w dodatku wymagającym gatunkiem muzycznym. Innych wersji, powtórzę, nie znam. Ale nie dlatego, że nie chcę, tylko dlatego, że nie mam czasu. Dotarcie do tej muzyki w internecie nie jest zawsze proste.

Dobrze – uzgodniliśmy już, że Metropolis to dzieło, po które chętnie sięgają muzycy. A co z innymi filmami? Czy jest jakiś, do którego chciałby Pan zagrać muzykę na żywo?

Rok temu na moje urodziny ten sam człowiek, który zapoznał mnie z Metropolis zaproponował mi wspomniany już Gabinet doktora Caligari. I też raz w życiu do niego zagrałem. To w ogóle bardzo mądre pytanie z Pana strony: ja marzę, żeby rozszerzyć swój repertuar o filmy, które będą miały dla mnie wartość. Tylko to ktoś musi je mi podsunąć, zaproponować.

Jak tak sobie myślę, to najchętniej – z tych starszych rzeczy – bym obejrzał oryginalnego Nosferatu (Nosferatu – symfonia grozy – dop. aut.) z pańską muzyką.

Musiałbym to najpierw zobaczyć i ocenić. Mam pewne braki w tej kwestii, dlatego póki co Panu nie odpowiem czy byłaby na to szansa.

Wspominał Pan już o nagrywaniu płyty przy okazji koncertu, który odbędzie się 10 stycznia w studiu S1 Polskiego Radia

Tak, zgadza się. Oczywiście dźwięk będzie rejestrowany, ale na płycie nie znajdą się dwie godziny nagrań, na pewno nie. Dokonamy jakiegoś wyboru, selekcji. Ale przepraszam, przerwałem Panu.

Nie ma problemu. Wracając do pytania: czyj to był pomysł, jak będzie wyglądała realizacja i kiedy możemy spodziewać się premiery.

Jeżeli chodzi o pomysł, to dwoma czynnikami sprawczymi było Polskie Radio i Festiwal Soundedit. Jeśli chodzi o realizację, to będzie wyglądało tak: na pewno pojawi się fortepian akustyczny – nie we wszystkich momentach, ale będzie go tam trochę. Wykorzystamy też w trakcie nagrania naszego akustyka, który zna się na brzmieniu i wie czego nasze trio oczekuje. Jego rola będzie niezwykle ważna, bowiem od dźwięku zależy naprawdę wiele. Potem to wszystko zostanie poddane procesowi obróbki w studiu, żeby stało na odpowiednio wysokim poziomie. Pan tam jeszcze pytał o trzecią rzecz, ale już zapomniałem…

O datę premiery, taką orientacyjną chociaż.

Z tego co wiem, album ten ma być dostępny już w kwietniu tego roku. Proces wydawniczy potrwa najprawdopodobniej trzy miesiące.

Mam do Pana jeszcze jedno pytanie, już niezwiązane z projektem Metropolis. W tym roku – z tego co pamiętam: w maju – nakładem wydawnictwa GAD Records ukazało się wznowienie pańskiego albumu Dotyk chmur, po raz pierwszy w historii na CD. Krążek ten bardzo przypadł mi do gustu, więc bym sobie nie wybaczył, gdybym się o to nie zapytał (śmiech).

Przepraszam, że znów przerywam, ale z którego jest Pan rocznika?

94.

To mnie naprawdę bardzo ciekawi co Pan mówi o Dotyku chmur. Takie stare nagranie i taka młoda osoba. Odpowiadając na pytanie: to moje pierwsze solowe nagranie, które było zrealizowane już dawno. A ja jestem taką osobą, która woli robić nowe rzeczy. Ale bardzo mnie to podniosło na duchu, że Panu podoba się ta płyta (śmiech). To przy okazji pochwalę się Panu, że ja z tamtych lat mam naprawdę wiele materiału, który nigdy nie był opublikowany. Starczyłoby go na kilka płyt!

Gdzieś już natrafiłem na tę informację, że Pan do starszych rzeczy wracać nie lubi. A jednak wrócił Pan – i to nie po raz pierwszy jeśli chodzi o GAD Records.

GAD Records to chyba jedyna polska firma, która interesuje się wznawianiem tego typu muzyki. I jej właściciel – pan Michał Wilczyński – po prostu podsuwa mi kolejne propozycje. Znam go już na tyle, że wiem czego się po współpracy z nim spodziewać. To dla mnie bardzo ważne. Dlatego też realizujemy kolejne wznowienia. Wiem, że na tapecie wylądował następny mój album, Hibernacja nr 1. Jestem z GAD Records bardzo zadowolony, bo to poważni, profesjonalni ludzie.

To będę czekał w takim razie na to.

Właśnie – to będzie wszystko powoli wydawane, ale trzeba cierpliwie czekać. A jest, moim zdaniem, na co. Planujemy opublikować utwory, których nawet radio nie miało. Jest ich naprawdę cała masa. Największym problemem jest dla mnie kwestia ich zgrania z taśm szpulowych. Mam profesjonalny magnetofon wielośladowy, który niestety nie jest już pierwszej młodości i wymaga renowacji. Na sam koniec dodam jeszcze, że nowego materiału też zgromadziłem całkiem sporo. Gdzieś na siedem-osiem płyt (śmiech).