Wojna domowa #1 – 24K Magic

Autorzy: Kamil Brycki, Bartosz Pacuła
Zdjęcia: Atlantic Records

 

Najpierw był artysta. Potem była jego płyta, a za nią – pewna recenzja. Z recenzją tą, autorstwa Kamila Bryckiego, zgodzić się zupełnie nie mogłem. W ostatecznym rachunku pochwalony przez niego krążek 24K Magic Bruno Marsa mnie zupełnie od siebie odrzucił. Postanowiłem więc odbyć męską rozmowę z Kamilem, która (dość nieoczekiwanie) zapoczątkowała nowy cykl na Music to the People. Postanowiłem go zatytułować Wojna domowa.

W felietonach takich jak ten redaktorzy MttP zaprezentują swoje poglądy na kontrowersyjne płyty/książki/koncerty. No – może nie zawsze kontrowersyjne, ale takie, które wśród członków redakcji wzbudziły niemało emocji. Z przyjemnością prezentuję Wam pierwszy artykuł z Wojny domowej!

Pasek - kreska

Bartosz Pacuła: Chociaż lektura Twojej recenzji sprawiła mi wiele przyjemności, to odsłuch poleconej przez Ciebie płyty już nie. Niestety nie uśmiechnąłem się na myśl o Perm, nie tańczyłem też w tramwaju w trakcie słuchania Finesse. Przeszedłem też obojętnie obok Chunky. Ostatecznie stało się to, czego się obawiałem: że album Bruna jest one-hit-wonder. Nie znalazłem na nim nic poza utworem tytułowym, swoją drogą znakomitym. Wszystkie numery wyleciały mi z głowy i do tej pory pamiętam tylko dwa – singiel oraz dojmująco zły kawałek o Versace na podłodze.

Kamil Brycki: O ile zgodzę się, że 24K Magic jest utworem najlepszym i że Versace on the Floor trochę (mocno) kuleje, to jednak pomiędzy tymi dwoma utworami znajduje się jeszcze całe siedem piosenek – w tym dwie co najmniej bardzo dobre i jedna dobra. Tak, mówię właśnie o Perm, w którym naprawdę nie mogę się opędzić od tanecznych wizji, o Finesse, którego refren nucę do dzisiaj i o Chunky, która – choć najsłabsza z wymienionych – dalej trzyma się w lubianym przeze mnie klimacie. Bo braku klimatu 24K Magic zarzucić nie można.

Właśnie na to po Twoim tekście napaliłem się najbardziej – na ten cudowny, bezpretensjonalny, luzacki klimat lat 50. I zgodzę się, że na pierwszych dwóch kawałkach jest go całkiem sporo. Co jednak kładzie w moich oczach tę płytę to wspomniane przez Ciebie numery wolne. Nie dość, że Bruno ewidentnie nie ma na nie pomysłu, to jeszcze słabo czuje się w tej stylistyce: kawałki te najlepiej ukazują jego niedostatki jako kompozytora i wokalisty. Te same niedostatki, które bez żadnego wysiłku udało mu się przykryć w numerze tytułowym. Zwróć zresztą uwagę, że sam na wolniejsze piosenki narzekałeś, prawda? A one zajmują przecież ponad połowę płyty.

Owszem, narzekałem – moim zdaniem jednak nie przyćmiewają one tych utworów, które poleciłem w recenzji. Uważam nawet, że choć nie jestem ich wyjątkowym fanem, to potrafię znaleźć jedną, która mi się podoba – Calling All My Lovelies. To chyba jedyna wolna piosenka, która wyszła w moim odczuciu całkiem nieźle, ponieważ nawiązuje do oldschoolowego R&B. Inne, fakt faktem, mają tej magii zdecydowanie mniej (żeby nie powiedzieć, że wcale) i przez to mocno ubolewam nad faktem, że aż tyle się ich znalazło na płycie (przypomnijmy tę proporcję – są cztery utwory szybkie na pięć wolnych). Te szybkie zdecydowanie lepiej oddają klimat lat 50., ale mimo to jestem w stanie po części zrozumieć, co Bruno chciał zrobić z wolnymi piosenkami.

Do mnie zamysł ten niestety nie dotarł, a przynajmniej chyba nie w taki sam sposób, jak do Ciebie. Weźmy przywoływane już Versace on the Floor: dawno nie słyszałem tak infantylnego refrenu, który autentycznie wzbudzał swoją naiwnością agresję we mnie. Czy mógłbyś zatem powiedzieć co według Ciebie Bruno chciał uzyskać pakując aż pięć wolnych kawałków, które – co do tego się zgodziliśmy – wyraźnie odstają poziomem od propozycji imprezowych?

Dlaczego jest ich aż tyle, to dla mnie jest równie niezrozumiałe, co dla Ciebie. Uważam jednak, że Bruno chciał zrobić coś pomiędzy utworami szybkimi a wolnymi – nagrać wolny wokal z wesołymi (choć częściowo) słowami, który zostanie wzbogacony o przesycony atmosferą dawnych lat. Wyszło, jak wyszło – myślę, że pomysł był, za to realizacja nie za bardzo poszła po myśli producenta czy artysty. Z tego też powodu chciałbym, aby płyta była odrobinę dłuższa, bo wtedy dwie nowe, szybkie piosenki mogłyby znacząco przechylić szalę na korzyść 24K Magic.

No właśnie – realizacja nie poszła po myśli artysty, ponieważ Bruno – z całym szacunkiem dla jego dorobku i 50 milionów lajków na Facebooku – jest, a przynajmniej takie mam wrażenie, artystą jednego stylu. Wystarczy spojrzeć na teledyski do dwóch jego ostatnich przebojów: Uptown Funk oraz 24K Magic. Są one oparte dokładnie na tej samej zasadzie (podobnie zresztą jak same kompozycje od strony muzycznej): mamy więc grupę kolesi, którzy tańczą, jeżdżą samochodami, bawią się i cieszą życiem. W takiej stylistyce Bruno czuje się znakomicie, jednak widać co się dzieje, gdy się go wyrzuci na nieznane wody: tonie, na dodatek przy tych koszmarnych dźwiękach piosenki o podłodze i Versace na niej. Muszę odnieść się jeszcze do Twojego zarzutu związanego z długością trwania płyty: dla mnie jest to akurat jedna z największych zalet 24K… – i nie mówię tego tutaj złośliwie. Gdyby krążek ten zasiliło dziewięć świetnych kompozycji, to i tak nie chciałbym, żeby płyta była dłuższa. No… może o jeden utwór, ale to wszystko. Po co psuć coś zapychaniem tego do granic możliwości? A jako, że jestem złośliwy, to dodam, że nie masz przecież pewności, że Bruno nie dorzuciłby dwóch-trzech kawałków wolnych 😉

Tak, nie mam, ale skoro już gdybamy o dorzuceniu nowych piosenek, to życzyłbym sobie dwóch szybszych 😉 A wracając do stylu – owszem, Uptown Funk jest w bardzo podobnym klimacie i po odsłuchu tylko najnowszego albumu mógłbym się z Tobą zgodzić, ale przecież w dorobku artysty są świetne piosenki, które jednocześnie nie należą do najbardziej skocznych – mamy fenomenalne Grenade, którego słucham do dzisiaj, czy też Billionaire (z jednej strony tylko refren, choć według mnie daje dobry obraz, do czego zdolny jest Bruno). Na Unorthodox Jukebox była jeszcze jedna piosenka spokojna, z wykorzystaniem samego pianina, także nie mogę przyznać Ci racji w tym, że Mars nie umie śpiewać wolnych piosenek. Za to zgadzam się całkowicie, że na 24K Magic nie wyszły one najlepiej, a jeżeli weźmiemy pod uwagę wszystkie naraz, to nie wyszły nawet średnio.

Z Billionaire argument jest – moim zdaniem – nietrafiony: to przecież nie jego piosenka, on tam się tylko udziela jako artysta wspomagający. Co prawda sprawdził się tam znakomicie i być może rzeczywiście nie mam racji, że Bruno nie umie śpiewać wolniejszych rzeczy. Być może na 24K Magic poległ na nich właśnie dlatego, że nie były one najwyższych lotów? Resztę dyskografii Bruna znam pobieżnie, więc nie będę się wypowiadał o pozostałych nagraniach sygnowanych jego nazwiskiem. Problem w tym, że po odsłuchaniu 24K Magic nie za bardzo mam ochotę się z nimi zapoznać.

Billionaire jest dobrym przykładem z jednego powodu – śpiewa tam Bruno Mars. Nie chce mi się wierzyć, że dostał od producenta konkretne wytyczne, co i jak ma zaśpiewać, co dokładnie wyciągnąć, kiedy wstrzymać oddech i zawibrować. Prawdziwy artysta dodaje swój pierwiastek do każdego wykonywanego utworu, a ja na pewno nie mogę powiedzieć – znając poprzednie piosenki Bruna – że nie jest on prawdziwym artystą. Ale żeby do tego dojść, musielibyśmy się zagłębić dokładnie w to, kto i jaką piosenkę napisał – a i prawdopodobnie i tak nigdy nie dowiemy się prawdy.

Pasek - kreska

MOWA KOŃCOWA

 

Mówi się, że w XXI wieku muzyka rozrywkowa zatoczyła pełne koło: artyści w latach 40., 50., a niektórzy (vide Aretha Franklin) i później nie nagrywali albumów jako takich, ale zbiór piosenek, z których część miała być po prostu hitami. Podobnie jest teraz: Beyonce czy Katy Perry nie nagrywają albumów, ale kilka-kilkanaście piosenek, z których część staje się przebojami. Dlatego też tak mocno trzymałem kciuki za Bruna, który podjął wysiłek nagrania dzieła kompletnego od A do Z. Niestety chyba słuszne jest to stwierdzenie, że muzycy nagrywają teraz pojedyncze przeboje, a album jest trochę efektem ubocznym tego procesu. Co na 24K Magic – moim zdaniem – niestety widać. BP

Najlepszy utwór: 24K Magic
Najgorszy utwór: Versace on the Floor

W wielu przypadkach artyści zyskują ogromną popularność dzięki jednej piosence. Staje się ona ich znakiem rozpoznawalnym i otwiera drzwi do nowego świata; pozwala wykorzystać nowe możliwości. Ciężko powiedzieć, czy dla Bruno Marsa takimi drzwiami było szalejące po każdym zakątku internetu, telewizji czy radia Lazy Song, a także bijące rekordy popularności Uptown Funk – łatwo jednak stwierdzić, że swojego potencjału artysta nie wykorzystuje w pełni. 24K Magic jest tego świetnym przykładem – są tutaj przebłyski i trafione pomysły, jest niestety również dość sporo rzeczy nieprzemyślanych lub niewykonanych wystarczająco dobrze. To jednak nie jest powód, aby album całkowicie skreślać, gdyż ciągle może on dawać sporo radości. KB

Najlepszy utwór: 24K Magic
Najgorszy utwór: Versace on the Floor