Z mar twych – recenzja

Autor: Piotr Kleszewski
Zdjęcia: Varmia

 

Varmia to nowy byt na polskiej scenie metalowej powstały z inicjatywy niejakiego imć Lasoty, „zrodzony z fascynacji prasłowiaństwem, dziedzictwem Warmii i polskim metalem”. Z pewnością żeby nazwać swój zespół w ten sposób i niejako rościć sobie prawo do reprezentowania muzycznie regionu trzeba mieć odwagę, jednak do odważnych świat należy a metal niespecjalnie jest muzyką bawiącą się w subtelności, prawda? Ponieważ jestem gorącym zwolennikiem robienia „po swojemu” i regionalnie (i tak się akurat składa, że sam również pochodzę z tej wyjątkowej krainy), moje serce szybciej zabiło gdy usłyszałem pierwszą wzmiankę o tym zespole. Co prawda gdy poznałem nazwę albumu zapaliła się z tyłu mojej  głowy alarmowa lampka – jest taki jeden band z okolic Szczytna, który lubuje się w koszmarnych grach słownych i nie kojarzy mi się zbyt dobrze. Na szczęście szybko sobie przypomniałem, że Szczytno to już Mazury i ani z Warmią ani – jak się wkrótce okazało – Varmią, nie ma zbyt wiele wspólnego.

Płyta zaczyna się niezwykle kameralnie, może nawet filmowo. Delikatne dźwięki gitary miarowo narastają podbudowane uderzeniami bębna i instrumentarium ludowym, a po chwili włącza się w to wszystko ludowy zaśpiew, który okaże się być wkrótce jednym z najważniejszych elementów płyty. Intro jednak szybko się urywa (nienaturalnie szybko, brzmi to wręcz jak efekt niekompetencji kogoś w studiu) i zostajemy rzucony w wir blackmetalowego łomotu. Chociaż może nie do końca blackmetalowego – sam Lasota określa muzykę Varmii jako „root metal”, czyli ani black metal (do którego nie pasuje „przaśność” Varmii), ani folk (kojarzący się z biesiadnymi potupańcami pokroju Korpiklaani), ale muzyka odwołująca się w jakiś sposób do korzeni, czym by one nie były. O ile z wyodrębnianiem całego nowego podgatunku na podstawie jednej płyty i nieco mglistych deklaracji bym się wstrzymał, to muszę przyznać, że są to pretensje w pewien sposób uzasadnione. Brzmi to inaczej. Szarpiące, agresywne riffy i perkusyjna nawałnica łagodzone są przez znaczną ilość czystych wokali. Czy przy szybszych, wściekłych utworach, czy też wolniejszych, duszących momentach – śpiew pozostaje zawsze ostatecznym punktem odniesienia do którego dąży kompozycja, klamrą spinającą to wszystko w całość. Nie brakuje w tym wszystkim deathmetalowego ciężaru, obok blackowego skrzeku pojawia się też rewelacyjny, niski growl.

Nie do końca mi to wszystko jednak gra. I nie chodzi o to, że jest źle. Do riffów nie można się przyczepić, jest różnorodnie, nawet jeśli miejscami to „zaledwie” twórcze przerabianie znanych już patentów.  Może to ta ludowość, brzmienie folkowe będące raczej wyobrażeniem o tym, jak powinna brzmieć muzyka ludowa niż faktyczną jej rekonstrukcją? A może to przesyt bodźcami – podobnie brzmiącymi zaśpiewami i konstrukcją utworów – sprawia, że niekoniecznie zostają mi w głowie poszczególne utwory a „klimat” płyty? Są na albumie momenty, które niezwykle mi się podobają (kapitalne intro, druga połowa utworu Slava!, Ptak i Gali– chyba moje ulubione utwory na płycie) i naprawdę chciałbym, żeby było ich więcej. Wydaje mi się, że gdyby nieco skrócić część kompozycji (chociażby Omnikoronę z zupełnie niepotrzebną solówką lub zamykający płytę In Tenebris z frazami po łacinie – ulubionym języku metalowców, ale niekoniecznie Prusów) i ograniczyć czyste wokale (które po prostu – jak na moje ucho – sprawiają, że jest to wszystko trochę zbyt jednorodne i przesłodzone, a nie „bardziej mistyczne”) lub zastąpić je częstszym wykorzystaniem instrumentarium ludowego, materiał by sporo zyskał.

A jak Z mar twych prezentuje się brzmieniowo? Płyta, jak można się dowiedzieć z wywiadów, została nagrana w drewnianej stodole, gdzieś pośród warmińskich lasów i jezior, w dodatku zespół zdecydował się nagrywać „na setkę”. Jest więc naturalnie, żywiołowo i na szczęście nie tak nieczytelnie, jak można by się spodziewać. Najbardziej ucierpiały instrumenty ludowe, mimo tego, że były dogrywane oddzielnie; jeśli występują jednocześnie z instrumentarium metalowym, po prostu giną w miksie. Nie mogę się też pozbyć wrażenia, że nieco płasko brzmi perkusja, zwłaszcza blachy. Całościowo płyta jednak zdecydowanie zyskuje, ma wygar i aż nie mogę się doczekać zobaczenia Varmii na koncercie.

Na razie jednak dam i sobie, i albumowi odpocząć. Czy jest to faktycznie – jak reklamuje płytę wytwórnia – blackmetalowy polski debiut roku? Wydaje mi się, że – po pierwsze – jest jeszcze za wcześnie na takie sądy, a po drugie, takie śmiałe deklaracje ze strony wydawcy nie zawsze są zespołowi pomocne i tylko prowokują złośliwych. Materiał jest solidny i zespół ma duży potencjał, musi tylko nieco okrzepnąć. Chociaż Z mar twych nie kupuję w całości, to z pewnością będę uważnie śledzić poczynania Varmii. Lasota ma spójną wizję zespołu, począwszy od wizerunku i procesu twórczego, poprzez muzykę a na fantastycznej okładce z apokaliptyczną babą pruską kończąc. Mogą sporo namieszać.

Pasek - wydanie

Album został wydany na płycie CD w pudełku typu jewelcase. Chętni mogą go nabyć TUTAJ.

Pasek - informacje

Wykonawca: Varmia
Tytuł: Z mar twych
Wytwórnia: Via Nocturna
Data wydania: 28.02.2017
Gatunek: Black metal/”root metal”
Czas trwania: 53:13