Zanim obejrzysz… Piraci z Karaibów: Zemsta Salazara

Autor: Kamil Brycki
Zdjęcia: Walt Disney Records

 

Usłyszałem kiedyś, że Piraci z Karaibów mieli stać się serią na miarę Gwiezdnych Wojen. Dwie luźne powiązane ze sobą trylogie miały wejść do kanonu filmów przygodowych w sposób zbliżony do sagi George’a Lucasa, zaliczanej bezsprzecznie do klasyki filmów science-fiction. I choć trudno powiedzieć (jeszcze) czy Piratom się to uda (moim zdaniem nie – BP), to nie da się ukryć, że są to filmy nad wyraz przyjemne, wciągające i zabawne, sprawiające frajdę już od kilkunastu przecież lat. Czym byłaby jednak karaibska saga, gdyby zabrakło w niej niezwykle charyzmatycznego Jacka Sparrowa oraz muzyki skomponowanej przez legendarnego w „soundtrackowych” kręgach Hansa Zimmera?

A dokładniej Klausa Badelta, który już tak legendarny niestety nie jest – a to przecież on odpowiada  za główny motyw i oprawę muzyczną Piratów z Karaibów. Każdy, kto choć raz miał styczność z filmami, z pewnością zna utwory takie jak Medallion Calls, Black Pearl czy He’s a Pirate!. Wszystkie one zostały skomponowane właśnie przez Badelta na potrzeby pierwszej części, i to właśnie on wytyczył ścieżkę, którą później podążał Hans Zimmer.

Pierwszy krążek ze ścieżką dźwiękową, trzeba przyznać, jest różnorodny i jednocześnie niezwykle spójny – wszystkie utwory pasują do siebie, jednak słuchając ich po kolei nie odnosi się wrażenia, że kompozycje się powtarzają lub nie mają same w sobie nic do zaoferowania. Mimo że wiele motywów powtarza się w kolejnych kawałkach, to nigdy nie brzmią one tak samo ze względu na zmiany tempa, modulacji czy wykorzystanych instrumentów. Przyznam szczerze, że kiedyś nie byłem w stanie dostrzec złożoności tej ścieżki dźwiękowej i dopiero niedawno zdałem sobie sprawę, że jest to kawał naprawdę solidnie wykonanej roboty, który nie stracił absolutnie nic ze swojego uroku przez te wszystkie minione lata.

Zimmerowi jednak nie można zarzucić spoczęcia na laurach i odtwórczego „przerobienia” ścieżki dźwiękowej z pierwszej części na potrzeby kolejnych filmów. Już w Skrzyni Umarlaka pojawia się przecież fenomenalny Davy Jones czy przezabawna Tortuga, a to dopiero początek przygody kompozytora z pirackim uniwersum. Motywy skomponowane przez Badelta przewijają się przez cały album, nie da się tego ukryć, lecz Zimmer wykorzystał je w bardzo dobry sposób, tworząc kolejne ścieżki w zgodzie z duchem swojego poprzednika. Dzięki temu mało wprawny słuchacz nie będzie nawet w stanie wychwycić zmiany kompozytora, co w sadze o takiej skali ma przecież duże znaczenie.

Skrzynia Umarlaka z pewnością jest mroczniejsza od poprzednika i stanowi też świetne wprowadzenie do spektakularnego finału, który wieńczy pierwszą trylogię o kapitanie Jacku Sparrowie. Zanim jednak do niej przejdę, chciałbym jeszcze na moment wrócić do drugiego filmu i wskazać kolejny wkład Zimmera w album – wszystkie utwory są dłuższe, niż w przypadku pierwszego krążka. Tamten mógł wydawać się bardziej poszatkowany, choć miało to bardzo pozytywny wpływ na jego różnorodność. Czy tę zmianę można więc uznać za wadę, czy zaletę – to już zależy tylko od gustów słuchających.

Soundtrack z filmu Na Krańcu Świata kupił mnie jednym utworem – Up is Down. Po mrocznej Skrzyni Zimmer w końcu uchwycił piracki klimat w bardziej luźny sposób i zostawił mnie już po pierwszym seansie ze szczęką na podłodze. Na Krańcu Świata charakteryzuje się szerokim przekrojem kawałków, zaczynając od utworów smutnych (Hoist the Colours), wesoło-przygodowych (jak właśnie Up is Down) czy zabawnych, kończąc zaś na upamiętniających świetną trylogię (kolejny faworyt –  Drink Up Me Hearties). Ścieżki dźwiękowe z Piratów z Karaibów w moim odczuciu należą do jednych z najbardziej spójnych (również w odniesieniu do samych siebie) i przyjemnych, z jakimi miałem do czynienia, a każdy kolejny film tylko utwierdzał mnie w tym przekonaniu. Na koniec polecam odsłuchać What Shall We Die For, które po dodaniu do poprzednich utworów pokazuje, jak bardzo rozbudowanym muzycznie dziełem jest cała piracka trylogia.

Na Nieznanych Wodach, przynajmniej filmowo, stanowił dla mnie pewien spadek formy. Mam nadzieję, że kolejna część odbuduje utracone zaufanie, szczególnie że saga dysponuje naprawdę potężnym kredytem zaufania wśród fanów. Ścieżka dźwiękowa, znów będąca owocem rąk Hansa, w tym wypadku jest wyjątkowo długa (może nawet aż za długa) i – rzecz jasna – nie daje zapomnieć o motywach z poprzednich części. Uczucie wtórności jednak jest sprawnie zamaskowane przez bardzo długi czas oczekiwania na kolejną część, zamiast znudzenia więc przez pewien moment – przyznaję się – odczuwałem wręcz niedosyt. Na nowym krążku pojawia się również Rodrigo y Gabriela – wiele utworów zyskało dzięki temu hiszpański posmak, co zresztą odpowiada klimatowi najnowszego filmu. Ja jestem jednak zwolennikiem tej starszej, pirackiej atmosfery i choć raczej nie staję przeciw zróżnicowaniu, to w tym konkretnym przypadku chciałbym usłyszeć – parafrazując klasyka – trochę więcej Zimmera w Zimmerze.

Piraci z Karaibów to bardzo dobre przygodowe i familijne filmy o dobrze skomponowanej i wpadającej w ucho muzyce. Jest ona również bardzo przemyślana – najpopularniejsze motywy nie powtarzają się bezmyślnie, a całość nawet w przypadku samodzielnego odsłuchu nie nudzi; wręcz przeciwnie; bawi i sprawia dużo przyjemności. W oczekiwaniu na najnowszy film szczególnie polecam odsłuch OST z Na Krańcu Świata, który powinien umilić oczekiwanie na piątą już część (w naszym kraju ma się ona ukazać jako Zemsta Salazara) sagi o kapitanie Jacku Sparrowie.