Zanim posłuchasz… Divide

Autor: Kamil Brycki
Zdjęcia: Atlantic Records

 

I See Fire. Wydaje mi się, że to właśnie przy okazji premiery tego kawałka o Edzie Sheeranie usłyszała znaczna część muzycznego świata. Choć po The A Team z pewnością nie mógł narzekać na brak sławy, to – przynajmniej w moim otoczeniu – Sheeran pojawił się właśnie po nagraniu piosenki do drugiego Hobbita. W moim przypadku Ed zadomowił się trochę wcześniej i do dziś znajduje się na samym szczycie wśród moich ulubionych artystów. I póki co nie zapowiada się na to, żeby zechciał opuścić podium.

A wszystko zaczęło się od You Need Me, I Don’t Need You. Ale nie takiego „zwykłego”. Owszem, jest to dobra piosenka sama z siebie, jednak wykonanie, które w dość szybkim czasie przeniosło Eda Sheerana na najwyższe miejsce w mojej osobistej hierarchii to wykonanie z Live Roomu. Artysta w trakcie śpiewania na żywo wykorzystuje tylko swój głos oraz gitarę, poszczególne partie nagrywając i zapętlając, używając w tym celu zaawansowanego loopera. Dzięki temu piosenki śpiewane na żywo znacznie się różnią od swoich studyjnych odpowiedników – często posiadają dodatkowe zwrotki, inne przejścia czy zmodyfikowane bity, co sprawia, że odkrywamy je całkowicie na nowo.

Choć Sheeran nagrywał piosenki i epki w zasadzie od 13 roku życia (wtedy ukazało się coś na miarę albumu, choć pewnie sam artysta chciałby ten temat przemilczeć) to na punkt zwrotny w jego karierze musiał jeszcze trochę poczekać. Dopiero w 2010 roku, kiedy postawił wszystko na jedną kartę i kupił bilet do Los Angeles, jego kariera artystyczna zaczęła nabierać tempa. Atakował wszystkie możliwe wieczorki „open-mic” rapując, śpiewając, beatboxując i grając na gitarze – czyli robiąc dokładnie to, co robi teraz, lecz na „ciut” mniejszą skalę – aż w końcu został zauważony przez Jamiego Foxxa. Ten był tak zafascynowany, że udostępnił muzykowi nagraniowe studio i swoje mieszkanie do końca pobytu Sheerana w Stanach. Machina ruszyła.

Dalej poszło z górki. Po zagraniu koncertu dla łącznie około tysiąca fanów, Sheeran podpisał umowę z Asylum Records. Dalej: The A Team okazało się najlepiej sprzedającym się singlem artysty debiutującego, rozchodząc się w pierwszym tygodniu w 58 000 kopii. Stąd była już prosta droga do wydania pełnoprawnego albumu, ale chyba nikt nie spodziewał się, jaką popularność zdobędzie Ed Sheeran. Kilka lat później wystąpił nie dla tysiąca, a dla (łącznie) dwustu pięćdziesięciu tysięcy fanów, dając popisowe trzy koncerty na stadionie Wembley. Drogę na szczyt wywalczył sobie nie wyglądem czy znajomościami, a ciężką pracą i wiecznie szlifowanymi umiejętnościami. Z pewnością nie chciał zaprzepaścić takiej szansy i wyszło mu to na dobre – stał się gwiazdą światowego formatu, ze wszystkimi tego plusami i minusami.

Multiply rzeczywiście było albumem znacznie lepszym pod każdym względem od +. Prawdopodobnie wyglądało to tak, że Eda wpuszczono do studia z looperem, kazano zająć się swoimi piosenkami, a potem pozwolono producentom stworzyć z nich radiowe hity. Co oczywiście nie ruszyło wyjątkowo samego artysty, wszak ten na koncertach dalej grał swoje wersje wykorzystując gitarę, trochę elektroniki oraz, oczywiście, swój głos. Przełożyło się to na nowe wersje takich piosenek jak Don’t, które zostało połączone z Niną, jak Take It Back, przy którym Sheeran coveruje również legendarne Superstition Steviego Wondera. Te piosenki po prostu żyją, dlatego koncerty Eda są tak wielkim wydarzeniem dla wszystkich jego fanów – każdy w końcu chce usłyszeć swoją ulubioną piosenkę po raz kolejny, ale przeżywając ją na nowo, w całkowicie inny sposób.

Spójrzmy na przykład na Bloodstream – piosenkę smutną, lecz raczej należącą do tych spokojniejszych. W wersji na żywo nabiera ona całkiem innego charakteru, staje się agresywna i mocna, energiczna i przejmująca. Co ciekawe, jej autor jakoś wyjątkowo nie przepadał za graniem tego utworu, przynajmniej póki nie wystąpił wraz z zespołem Rudimental, remixując ją. Po tym wydarzeniu okazało się, że ten utwór ma niesamowity potencjał i wylądował on na stałe (mam nadzieję) w repertuarze koncertowym artysty.

A teraz, po dokładnie roku przerwy od jakichkolwiek wzmianek w social media, Ed Sheeran powraca z nowym materiałem. Zapowiedzi nowego albumu – zatytułowanego Divide – mogą wprawić w osłupienie. Nic dziwnego, że z miejsca stały się najczęściej odsłuchiwanymi singlami na Spotify. Świetne Castle on the Hill i niezwykle skoczne, napisane początkowo dla Rihanny, Shape of You dają niesamowity przykład tego, jak dobrym „songwriterem” jest Ed Sheeran. I jeżeli cała płyta będzie tak wyglądać, to chyba mam już swojego kandydata do albumu roku (co według TEGO tekstu nie jest przecież takie oczywiste). Gdyby jednak te single w wersji studyjnej nie były tak przekonujące, to wykonanie na żywo z BRIT Awards (warto obejrzeć, naprawdę polecam – TUTAJ) z miejsca rozwiewa wszystkie wątpliwości.

Tak, jestem niesamowicie podekscytowany nowym albumem Eda Sheerana. Cała historia artysty brzmi trochę jak „american dream”, ale jest szalenie motywująca; wiarygodności dodają jej „sheeranowe” występy na żywo, gdzie nie ma całego zespołu muzyków, a tylko sam wokalista-gitarzysta. Te piosenki są naprawdę dobre i szybko wpadają w ucho, a biorąc pod uwagę wcześniej wymienione fakty, jeszcze zyskują na wartości podczas koncertów. Divide po prostu musi być genialne. Musi.