Zanim posłuchasz… Melodrama

Autor: Kamil Brycki
Zdjęcia: Lorde (nr 1-2), „Rolling Stone” (nr 3), Universal Music Group (nr 4)

 

Do Lorde, nowozelandzkiej piosenkarki, nie mogłem się przekonać przez naprawdę długi czas. A to jej barwa głosu mi nie odpowiadała, a to piosenki – wymówki zmieniałem regularnie, ciągle nie rozumiejąc, co ludzie w niej widzą. Pewnego razu jednak dałem jej ostatnią szansę i przesłuchałem Pure Heroine od początku do końca. I była to jedna z najlepszych muzycznych decyzji, jakie mogłem wtedy podjąć.

Lorde, a właściwie Ella Marija Lani Yelich-O’Connor (pozwolicie, że do końca tekstu będę po prostu pisał Lorde) to pewnie jedna z młodszych piosenkarek, które osiągnęły aż tak duży sukces. Pure Heroine, jej pierwszy album, został wydany, kiedy artystka miała tylko 16 lat. Co więcej, choć zawsze zakładano (już w wieku 12 lat dostrzeżono jej talent wokalny i zadbano o jej umuzykalnienie), że Lorde będzie tylko śpiewać piosenki napisane przez uzdolnionych i „hitowych” songwriterów, to koniec końców nastolatka postanowiła swoje utwory pisać sama. Dzięki temu udało jej się stworzyć coś nowego, czego jeszcze wtedy nie było – co zresztą przełożyło się na sprzedanie 900 tysięcy kopii płyty w pół roku od debiutu.

Ten sukces oczywiście nie wziął się znikąd. Lorde już na samym początku udowodniła, że wie, jak tworzy się muzykę. Zresztą, czy jest ktoś, kto nie zna Royals? Albo Tennis Court? Te piosenki były inne, dziwne, nie pasowały do radia, a jednak stały się wielkimi przebojami, jakby wyczekanymi przez ludzi znudzonych bylejakością pierwszych numerów na listach przebojów. A przecież Pure Heroine to nie tylko te dwa hity – nie możemy zapominać o świetnym Buzzcut Season, które początkowo może wydawać się ubogie muzycznie, bo podkład, mimo że chwytliwy, jest oparty na bardzo prostym motywie; o Glory And Gore w wersji trochę przypominającej trap, ale będącej jednak znacznie bardziej złożoną piosenką; o elektronicznym Ribs czy gitarowym A World Alone… tych piosenek jest naprawdę wiele, a do tego każda jest inna. Dzięki temu Pure Heroine jest płytą wyjątkową i choć teraz może nie robić już takiego wrażenia (niektóre sztuczki Lorde zrobiły się dość popularne), to jednak dwie nagrody Grammy zostały tutaj w pełni zasłużone.

Po latach piosenkarka wraca z nowym materiałem, rozpoczynając promocję nowej płyty – Melodrama – od smutno-wesołego utworu Green Lights. Muzycznie wesoły, lirycznie smutny, jednocześnie bardzo wpadający w ucho i, po raz kolejny, dość nietuzinkowy. Osobiście nie mogę wyjść z wrażenia, jak płynnie Green Lights buduje napięcie przez zwrotki do refrenu; przypomina to piosenkę elektroniczną, gdzie wszyscy czekają w zasadzie tylko na drop, lecz nie jest tak puste i proste, jak zdecydowana większość EDM. Zresztą, jak mogłoby być, kiedy mamy do czynienia z Lorde? Nową Lorde?

Poza Green Lights otrzymaliśmy jeszcze Liability (pierwszą piosenkę napisaną na nowy krążek) oraz Perfect Places, czyli utwór o bardzo dużym znaczeniu dla artystki. Obydwa pokazują nowy kierunek, w jakim podąża Lorde, lecz mimo to jeszcze za wcześnie, aby wyrokować, biorąc pod uwagę jak zróżnicowaną płytą było Pure Heroine. Wydane single napawają optymizmem – sama piosenkarka co prawda boi się, czy uda jej się stworzyć coś równie dobrego lub lepszego od pierwszej płyty, ale póki co jestem dobrej myśli. Bo jeżeli Melodrama utrzyma poziom singli, to zapowiada się jedna z lepszych płyt tego roku.

Tak, czekam na Melodramę, co zresztą wspominałem już w tekście o nadziejach płytowych na rok 2017, gdzie tylko Ed Sheeran był stuprocentowym pewniakiem. Lecz o ile Sheeran to świetna rozrywka dla wszystkich, tak Lorde to całkiem inny poziom popu – bardziej artystyczny i głębszy. I właśnie dlatego nie mogę doczekać się, aż uda mi się przesłuchać nowy krążek artystki w całości. I, prawdopodobnie, się nim zachwycić.